poniedziałek, 29 listopada 2010

Droga do szpitala

Ostatni wpis zakończyłem słowami:
Zrobiło mi się niesamowicie gorąco. Strużki potu lały się po twarzy zalewając oczy, jak w czasie ulewy. Całe ciało zrobiło się kompletnie mokre. Czułem się jak w płaszczu wodnym. Na piersiach coś mnie gniotło, tak jakby ktoś mi stawał butami na klatce piersiowej. Ale świadomości nie traciłem. Zrobiłem kilka kroków i położyłem się na wznak na ławeczce.
Po chwili zrobiło się zbiegowisko. Ktoś podał mi kubek z wodą. Starszy Pan unosił kilkakrotnie nogi do góry obserwują czy mi to przynosi ulgę. Zjawiły się dziewczyny z Harcerskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w czerwonych kombinezonach. Pomierzyły mi dwukrotnie ciśnienie.Wyniku nie usłyszałem. Zawezwano Pogotowie Ratunkowe. Przyjechało na sygnale po kilku minutach. Położono mnie od razu na nosze. Byłem na tyle przytomny, że leżąc uniosłem głowę i po raz ostatni spojrzałem na postać Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, na mojego Króla, na Króla mojej rodziny, mojej parafii, diecezji, Polski i całego Świata.

Zdjęcie to wykonał mój brat wyjąwszy aparat fotograficzny z moich dłoni. Proszę się mu przyjrzeć w powiększeniu: Z lewej strony tuż przy krawędzi zdjęcia widać lewą rękę Chrystusa Króla. Na obrazie siostry Faustyny Jezu Ufam Tobie Jezus błogosławi prawą ręką. Tu ruszająca się lewa ręka Jezusa wyraźnie dodawała mi otuchy. (to moja głowa ruszała się na noszach dając wrażenie jakby to Chrystus ruszał ręką). Będzie dobrze pomyślałem. Dobrzy ludzie mi pomogą.

Kilka osób chwyciło nosze i po momencie byłem już we wnętrzu karetki. Od razu podłączono mnie pod aparaturę.
Pan ma rozległy zawał serca wymagający natychmiastowej operacji kardiochirurgicznej w specjalistycznym szpitalu. Czy pan się godzi na operację?
Proszę robić to co dla mnie najlepsze, odpowiedziałem.
Poproszono o dowód osobisty i legitymację emeryta.
Te dokumenty zabieramy, pojadą z panem do szpitala.
Bule w klatce piersiowej nie ustępowały. Nadal byłem zlany potem. Nie pomogło zdjęcie kurtki, którą z resztą dokumentów zabrał ze sobą Brat. Zdążyłem mu podać kluczyki do samochodu i dowody rejestracyjne samochodu i przyczepy z dzwonem i już ruszyliśmy na sygnale. Z parkingu ostry skręt w prawo, poczułem po sile odśrodkowej, a więc jedziemy na południe. Cały czas byłem podłączony pod aparaturę tlenową i rejestrującą ciśnienie. Łyknięcie 6 tabletek, które mi podano nie poprawiło sytuacji. Pierwszy raz w życiu jechałem karetką pogotowia i to jeszcze na sygnale. Na ustach miałem założoną maskę tlenową i nieco lepiej mi się oddychało. Lekarze dyskutowali czy Gorzów (71 km), czy Zielona Góra (43 km). Gdy sprawdzili że Zielona Góra przyjmie mnie na operację skierowali się na południe. Natychmiast też zawezwali śmigłowiec z Zielonej Góry.
Co czułem jadąc karetką? Dziękowałem Bogu że udzielono mi tak szybko pomocy. Mimo że samochód trząsł oczy mi się zamykały gdy się modliłem.Lekarze zmuszali mnie bym nie przymykał powiek i cały czas coś do mnie mówili. Odczuwałem, że byłem dla nich najważniejszy. To dawało jakiś spokój. Byłem w dobrych rękach. Po kilku minutach jazdy karetka zwalnia i staje. Starszy lekarz poinformował, że przekażą mnie do śmigłowca, który zawiezie mnie do Zielonej Góry. To uświadomiło mi w jakim jestem ciężkim stanie. Skoro dla przebycia 40 km odcinka drogi ze Świebodzina do Zielonej Góry opłaca się ściągnąć śmigłowiec z Zielonej Góry to mój stan musi być naprawdę krytyczny.
Chwilę postoju karetki w spokoju wykorzystałem na rachunek sumienia. Jestem w stanie łaski uświęcającej. Przyjąłem rano do serca Pana Jezusa, nie mam sobie nic specjalnego do zarzucenia. Jestem spokojny i przygotowany na najgorsze, nawet na śmierć pomyślałem. Już słyszę lądujący opodal helikopter. Spadają obroty silnika, słyszę jak śmigło wytraca prędkość i w końcu staje. Nie pamiętam czy przeniesiono mnie na drugie nosze. Słyszę tylko słowa: "wszyscy trzymają, to idziemy". Szybkim krokiem zostaję przeniesiony do śmigłowca,. Wsunięty przez boczne drzwi i w środku obrócony,.głową w kierunku lotu. I tu zostaję podłączony pod urządzenia rejestrujące na bieżąco pracę serca. Na twarz założono mi maskę tlenową, a na uszy nauszniki. Dostarczany cały czas tlen powoduje, że nie tracę świadomości. Już cała maszyna się trzęsie. Pilot uruchomił silniki. Po chwili słyszę narastający świst wirnika i maszyna unosi się w górę, by po kilku sekundach przejść do lotu poziomego.
Nosze w których leżę przypięty pasami trzęsą się niemiłosiernie. Nie raz latałem śmigłowcem, ale tak nigdy nie trzęsło. Ale wtedy byłem młody i zdrowy i do tego siedziałem a nie leżałem. Skupiam się na Koronce do Bożego Miłosierdzia. Ale mam szczęście, przypominam sobie obietnicę Pana Jezusa uczynioną Św. Siostrze Faustynie (Dz.1075)

"Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia mojego, osłaniam je przez życie całe., jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinie śmierci nie będę im Sędzią, ale miłosiernym Zbawicielem. W ostatniej godzinie nic dusza nie ma na swą obronę , prócz miłosierdzia  mojego; szczęśliwa dusza,która przez całe życie zanurzała się z zdroju miłosierdzia, bo nie dosięgnie jej sprawiedliwość". 

Jest 15:00 Godzina Miłosierdzia, rozpoczyna się procesja z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia pod figurę Chrystusa Króla myślę sobie. Lekarz w śmigłowcu nie każe mi trzymać otwartych oczu. Mogę się swobodnie modlić mając je przymknięte. Udało mi się zmówić całą Koronkę.  Dzisiaj już nie pamiętam czy mówiłem miej miłosierdzie nade mną i nad całym światem, czy też nad nami i nad całym światem. Gdy skończyłem  pilot wyłączał po kolei kolejne silniki, a śmigło wytracało prędkość. Przyziemienie było na tyle delikatne, że nie poczułem żadnego wstrząsu. Fachowiec siedzi za sterami, pomyślałem.



To załoga która udzieliła mi pomocy . Na czele trzy osobowej załogi stoi  Pan pilot Paweł Gątkowski. Widoczny na zdjęciu śmigłowiec Mi-2 plus stacjonuje na stałe na lotnisku w Przylepie, pod Zieloną Górą.
Na zabranie pacjenta wystarcza płaszczyzna 30x30 m z wolnymi podejściami.




Gdy otwarto drzwi śmigłowca, buchnęło rześkie powietrze. Po kilku sekundach zostałem szybkim krokiem przeniesiony do kolejnej karetki pogotowia. Otwarły się tylne drzwi i wsunięto nosze ze mną do środka. Natychmiast ruszyła. Jazda była bardzo krótka. Zostaję wyjęty i wniesiony do budynku. Nad głową widzę belki stropu i płaskie powierzchnie sufitów. Natychmiast zostaje mi pobrana krew.
W jasno oświetlonym pomieszczeniu zostaję rozebrany do podkoszulka i slipów z mokrych jak ściery przepoconych ciuchów. Ktoś ściąga mi buty potem zdjęto resztę. Wszystkie ciuchy  lądują w niebieskim plastikowym worku podobnym do tego, jaki wkładam jako wkład do kubła na śmieci. W kieszeniach spodni zostają pieniądze. Okulary, które cały czas trzymałem w dłoniach i dwa długopisy ktoś delikatnie wyjmuje mi z dłoni (dostaję je zaraz po operacji z powrotem do rąk). Ciuchy w worku  przekazano do szpitalnego depozytu.
Jeszce raz słyszę pytanie czy wyrażam zgodę na operację na sercu. Zgadzam się. Rozebrany czuję się trochę lepiej ale ból w klatce piersiowej nie ustępuje. Ktoś robi ze mną wywiad taki jak przy przyjęciu do szpitala. Na co jestem uczulony , na co chorowałem, kiedy ostatni raz byłem w szpitalu,  jakie leki zażywam i wiele podobnych pytań, których już nie pamiętam. Dają mi do podpisania kolejne dokumenty. Jestem w takim stanie, że nie jestem wstanie ich czytać ani  prosić o ich streszczenie. Podpisuję wszystkie jak leci starając się stawiać parafki. Pierwsze dwie  przypominają jeszcze moje, następne już w niczym nie przypominają mojego podpisu. Dajcie mi wreszcie spokój z tym podpisywaniem i bierzcie się do roboty. Tych podpisów naliczyłem około dziesięciu. Nawet wyrok śmierci bym podpisał, tak mi było w tym momencie wszystko jedno. Robi mi się coraz chłodniej. Marzę o jednym, by mnie wzięto wreszcie na stół operacyjny. Na ścianie na wprost duży zegar zbliża się 16:00 za  kilka minut rozpocznie się Msza św. przed Jezusem Chrystusem Królem Wszechświata.
Myślami wracam pod figurę do Świebodzina.

c.d. nastąpi.

sobota, 27 listopada 2010

Chrystus Król

O tym, że pojedziemy na poświęcenie Figury Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata do Świebodzina mówiło się w naszej rodzinie od dwóch tygodni. Że pojedziemy na tą uroczystość z dzwonem Pojednanie, było dla mnie sprawą oczywistą i nie podlegającą dyskusji. Nie zraziła mnie rezygnacja Księdza Proboszcza Zygmunta Zimowody z udziału dzwonu w uroczystościach. Mimo, że napisałem do Niego tydzień wcześniej, scenariusz uroczystości był już zatwierdzony przez Księdza Biskupa i trudno było go uzupełniać o głos dzwonu w czasie procesji i Podniesienia. Z imiennego zaproszenia do wspólnej modlitwy i świętowania niezależnie od udziału "Pojednania" w poświęceniu i tak zamierzaliśmy skorzystać.

W samochodzie dwa miejsca  będziemy mieli wolne. Na jedno już tydzień przed wyjazdem zgłosił się brat Tomek, a drugie zaproponowałem koledze Beniowi. Wiedziałem, że zleży mu na Intronizacji Chrystusa na Króla Polski i sądziłem, że zabierze się ze mną. Zrezygnował na kilka dni przed wyjazdem, tłumacząc że nie czuje się dobrze na masowych imprezach.

Niedzielny poranek 21 listopada,  Uroczystość Chrystusa Króla. Budzę się o 7 rano. Do bloga wpisuję odnalezioną w archiwum pracę konkursową ogłoszoną 3 lata temu przez Przewodnik Katolicki dot. najładniejszej okładki roku. Cała praca kręci się wokół postaci Chrystusa Króla i Świetlistego Krzyża. kto nie czytał - warto przeczytać:

Ewę budzę o 8:30. Już wczoraj czuła się niewyraźnie. Wybacz, ale nie czuję się na siłach by jechać z wami. Nie za bardzo może określić co jej jest. Mierzy temperaturę na dwóch termometrach. Na obu 36:0, a więc osłabienie. A co z kościołem? Pomagam jej się ubrać i do samochodu. W świątyni jesteśmy 5 min przed czasem. Wyjątkowo wolno i z wielkim trudem pokonuje drogę od parkingu do "swojego" miejsca w kościele. Zostawiam ją przez moment, a sam wychodzę zrobić zdjęcie fundamentu budującej się dzwonnicy.

W czasie Mszy świętej Ewa jest na tyle słaba, że cały czas siedzi. Nie wstaje i nie klęka bojąc się, że nawet przy mojej pomocy nie podniesie się z klęczek. Pytam czy Ksiądz Andrzej ma jej podać Pana Jezusa do ławki. Mobilizuje siły i podtrzymywana przeze mnie przyjmuje na stojąco i na rękę Pana Jezusa. Nie mogąc jej puścić i ja przyjmuję Pana Jezusa na stojąco.

Po Mszy św. odprowadzam Ewę do samochodu. Do domu, czy na wybory - pytam? Jedź do gimnazjum. Zakreślone karty wyborcze wkłada do urny sama. Spełniwszy obywatelski obowiązek wracamy na śniadanie do domu. Po chwili zjawia się Tomek gotowy do wyjazdu.Montuje na drzewcach z tyczek mierniczych dwie biało czerwone flagi. Śmiejąc się do Ewy,  która chce oglądać transmisję w TV Trwam mówię, że na pewno nie zginiemy w tłumie, mając w dłoniach każdy 3,5 metrowej wysokości flagę.


Kończymy śniadanie i podczepiamy dzwon pod samochód. Sprawdzenie świateł i mocowań dzwonu i możemy już ruszać. Zostań z Panem Bogiem! Jedźcie z Bogiem. Całuję Ewę na pożegnanie nie myśląc o tym, że to mógł być ostatni pocałunek. A może zawsze należałoby się tak żegnać, jakbyśmy się już więcej nie mieli spotkać? Chyba nie. Trzeba żyć normalnie, a robić wszystko tak, byśmy się spotkali u Boga.

I kto by pomyślał, że zdjęcie to mogłoby być ostatnim zapamiętanym przez Ewę moim obrazem? Stojąc w progu domu robiła je dokładnie o 11:37. Po trzech godzinach leżałem już w karetce pogotowia z wyrokiem: rozległy zawał serca, konieczna natychmiastowa operacja w specjalistycznym szpitalu.

Całą drogę do Świebodzina samochód prowadzę osobiście. Ruszając ze znakiem krzyża w imię Boże, tak jak nas uczyła matka, zaprosiliśmy z Tomkiem Jezusa między nas, na przednie siedzenie. Nie spiesząc się zbytnio, po półtorej godzinie jesteśmy na miejscu. Do Świebodzina prowadziły nas drogowskazy, a w samym mieście drogę wskazywał sam Chrystus, Król Wszechświata. Podjeżdżamy na parking pod sanktuarium. Jest pusty. Służby porządkowe mają zadanie nikogo nie wpuszczać. Dzwon okazuje się dobrą przepustką. Dostajemy zgodę na zaparkowanie.

Pierwsze kroki skierowujemy do Niego. Wchodzimy w czasie Mszy św. Pierwsze zdjęcie robię spod chóru. Za moment będzie Przeistoczenie. Szukam wolnego miejsca w środku kościoła. Klękam w ławce i dziękuję za szczęśliwą drogę oraz proszę Jezusa Miłosiernego by znalazł jakieś rozsądne wyjście byśmy legalnie mogli dzwonić "Pojednaniem". Wręcz powołuję się na "znajomości"  z Chrystusem Miłosiernym z Baranowa. Panie wskaż z kim tu rozmawiać? W konfesjonałach, w bocznej nawie, po prawej stronie siedzą kapłani. Twoi zastępcy od pojednania. Spowiadają szybko. Kolejka penitentów. Zjechało się dużo pielgrzymów, chcących skorzystać z Sakramentu Pojednania. To nie czas, ani miejsce bym załatwiał sprawy mojego Pojednania.


Oto Ciało Pańskie.... Oto Krew Pańska .... Bezkrwawa ofiara na krzyżu. Za trzy godziny zaprosisz mnie Panie bym sam składał podobną. Nikt z ludzi nie mógł tego przewidzieć. Nie mogę Cię przyjąć Panie do serca bo nie byłem na całej Mszy św. Zapraszam Cię wobec tego duchowo. Wskaż co mam czynić, z kim, kiedy i gdzie rozmawiać?


Tym razem nie otrzymuję żadnej podpowiedzi. Czyżbym nie tak się modlił? Jaką Ty mi Panie szykujesz niespodziankę? Wiem, że jak Ci zaufam do końca, zawsze znajdziesz dla mnie najlepsze rozwiązanie. Jezu Ufam Tobie.

Święta Siostro Faustyno moja droga orędowniczko, może Ty mi coś mądrego podpowiesz. Nic! Tylko Jezu Ufam Tobie. Kończy się Komunia św. wiernych, wychodzimy z Tomkiem z kościoła. 

Idziemy na zaplecze kościoła pod budynek plebanii. Może tu podjechać ze dzwonem, zadzwonić i ktoś się zainteresuje. No nie! myślę sobie. Od razu jesteśmy spaleni z dzwonieniem.
O jest Ksiądz Biskup dr Stefan Regmunt  - Ordynariusz Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej udzielający wywiadu. Póki co czekamy pokornie w pobliżu aż skończy.  Przy nim stoi pewno  Ksiądz Proboszcz Zygmunt Zimnawoda, a więc najbardziej kompetentne osoby do rozwiązania sprawy dzwonienia Pojednaniem. Co za radość myślę sobie. Za chwilę podejdę, przedstawię się i poproszę o możliwość dzwonienia. O tym że Ksiądz Biskup od 2007 roku jest dodatkowo Przewodniczącym Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds.Służby Zdrowia dowiedziałem się po opuszczeniu szpitala. Będę miał wobec tego komu przekazać podziękowania dla całej Służby Zdrowia od świebodzińsko - zielonogórskiego zawałowca.

Po kilku minutach podjeżdża samochód i wychodzi z niego nie kto inny, a dzisiejszy celebrans Ksiądz Kardynał  Henryk Gulbinowicz Arcybiskup Wrocławski w latach 1976-2004. Nie zrażony tytułami podchodzę do Księdza Kardynała i wyłuszczam sprawę dzwonienia. Wysłuchawszy odsyła mnie do Księdza Biskupa Ordynariusza, który tyle co skończył wywiad a mnie daje na pamiątkę obrazek. Jest godzina 13:36. Równo co do minuty za godzinę o 14:36 będę leżał na noszach z rozległym zawałem serca. Póki co rewanżuję się Księdzu Kardynałowi  pocztówką z moim Świetlistym Krzyżem Pojednań przed Pałacem Prezydenckim. Dziękuje i chowa ją do kieszeni sutanny.

Na rewersie jest jubileuszowe błogosławieństwo Księdza Kardynała i prośba o modlitwę. Księże Kardynale, ja się każdego dnia modlę za naszych polskich kardynałów i biskupów. Przepraszam, że tą modlitwę łączę z ludźmi świeckiej władzy Panem Premierem, Panem Prezydentem , Państwem Posłami i Senatorami. Od dzisiaj przyjdzie mi dołączyć Księdza Kardynała do grona moich ulubionych osób za które się szczególnie modlę. Nie tyle za Księdza Kardynała 25 lat Kardynalatu, nie tyle za 40 lat Biskupstwa, także nie za 60 lat Kapłaństwa, a za jedną  jedyną Mszę św. odprawioną w Świebodzinie 21 listopada między godziną 16:00 początkiem mojej operacji, a 17:30 końcem mojej operacji Mszy św. z okazji poświęcenia figury Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. W tym czasie obaj i Jego Eminencja i ja łączyliśmy się z bezkrwawą ofiarą naszego Pana Jezusa Chrystusa.

To, że Jego Eminencja siądzie po skończonych uroczystościach do stojącego czarnego samochodu było dla mnie oczywiste, ale o tym, że mnie, o bez mała dwadzieścia lat młodszego, zapakują z rozległym zawałem do stojącej pod Domem Pielgrzyma karetki sanitarnej, wiedział tylko On, Pan Dawca Życia i Śmierci.

Nie doszło do mojej rozmowy z Ks.Biskupem Ordynariuszem. Skończywszy wywiad podszedł do Księdza Kardynała i razem udali się na plebanię. A my brat i ja udaliśmy się pieszo drogą mającej się rozpocząć procesji w kierunku figury Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata wypatrując dogodnego miejsca na ustawienie dzwonu. Tak maszerując nieco pod górkę, mijając z prawej kolejne bloki mieszkalne doszliśmy robiąc sobie zdjęcia na tle figury Chrystusa Króla do parkingu przed Tesco.

O Chryste Królu, Władco świata,
Twoimi zawsze chcemy być.
W Tobie mieć Wodza, w Tobie Brata,
Pod berłem Twoim wiecznie żyć.
Króluj nad nami, Boże nasz,
Drogą świetlaną prowadź w przód,
Wspieraj Swą mocą, łaską darz,
U wiekuistych przyjmij wrót.
W królestwie Twoim miłość włada,
Trwa wieczny pokój pośród burz.
W nim Boska czeka nas biesiada,
Radość niebieska ciał i dusz.
Króluj nad nami, Boże nasz,Drogą świetlaną prowadź w przód,
Wspieraj Swą mocą, łaską darz,
U wiekuistych przyjmij wrót.
A przed Tesco na parkingu tylko samochody obsługi i autobusy. Zwykłe osobowe samochody pielgrzymów policja kieruje na bardziej odległe od wzgórza parkingi. Upatrzywszy sobie idealne miejsce dla Pojednania z widokiem na trasę pielgrzymki i na wprost figury docieramy do zarządcy placu.
Ten przystaje na naszą propozycję i zwoławszy kilku kierujących ruchem poleca rezerwować miejsce  między dwoma reflektorami zamontowanymi na samochodach ciężarowych. Szczęśliwi z idealnej lokalizacji jak na skrzydłach zbiegamy do zaparkowanego przed kościołem samochodu  z podczepionym dzwonem. 
Po kilkunastu minutach, mijając kolejne policyjne bramki, zostajemy wpuszczeni na zarezerwowane puste miejsce na parkingu. Radośni  ustawiamy samochód z dzwonem na stanowisku w taki sposób, by móc po skończonych uroczystościach swobodnie wyjechać.



Ustawiwszy dzwon proponuję bratu spacer do figury Chrystusa Króla. Do rozpoczęcia procesji zostało jeszcze 40 minut. Uzgadniamy, że biało czerwone flagi rozłożymy po powrocie. Robię jeszcze jedno zdjęcie bratu. Dlaczego jest takie ciemne? Nie mam pojęcia. Gdy je tylko  zrobiłem zaczęło się coś ze mną dziać. Zrobiło mi się niesamowicie gorąco. Strużki potu lały się po twarzy zalewając oczy, jak w czasie ulewy. Całe ciało zrobiło się kompletnie mokre, bardziej niż po wyjściu z wody na pływalni. Czułem się jak w płaszczu wodnym. Na piersiach coś mnie gniotło. Było to podobne uczucie do tego gdy w młodości dla zabawy ktoś mi stawał butami na klatce piersiowej. Ale świadomości nie traciłem. Podszedłem kilka kroków i położyłem się na wznak na białej plastikowej ławeczce przy punkcie sprzedającym (rozdawającym) pielgrzymom wodę.

Po chwili zrobiło się zbiegowisko. Ktoś podał mi kubek z wodą. Starszy Pan unosił kilkakrotnie nogi do góry obserwują czy mi to przynosi ulgę. Po chwili Harcerska Służba Medyczna w czerwonych kombinezonach mierzyła mi dwukrotnie ciśnieni - wyniku nie usłyszałem. Zawezwano Pogotowie Ratunkowe, które na sygnale zjawiło się po kilku minutach. Położono mnie od razu na nosze. Byłem na tyle przytomny, że leżąc uniosłem głowę i po raz ostatni spojrzałem na postać Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, na mojego Króla, na Króla mojej rodziny, mojej parafii, diecezji, Polski i całego Świata.

c.d. w następnym odcinku.

piątek, 26 listopada 2010

Podziękowanie

Bardzo, ale to bardzo dziękuję wszystkim osobom, które się przyczyniły do tego, że mogę do Was Kochani jeszcze pisać. Nie sposób mi wymienić wszystkich, którzy się do tego w jakikolwiek sposób przyczynili, a już wymienienie wszystkich tych, którzy w intencji mojego zdrowia się modlili, jest po prostu niewykonalne. Bardzo wam Wszystkim dziękuję. Postaram się w pewnym stopniu spłacić dług wdzięczności tak jak umiem modlitwą i Komunią św. za Was Kochani i opisując krok po kroku to co się wydarzyło.
Od początku zawału oraz później w czasie operacji ani przez moment (tak mi się przynajmniej wydawało) nie straciłem świadomości, będę miał więc o czym pisać.W końcu nie każdemu dane jest przeżyć rozległy zawał  i nie każdy chce się dzielić przeżyciami.
Wszystkich, a zwłaszcza najbliższych żonę, synowe, synów, wnuczki i  wnuków, brata, siostrę ich rodziny, rodzinę z Zielonej Góry proszę o wyrozumiałość, że ich nie wymieniam, że nie wymieniam tego co zrobili w tych dniach dla żony, dla mnie. Postaram się to opisać i tam podkreślić Waszą Kochani rolę jaką odegraliście w tych dniach. Nie wszystko jednak co uczyniliście będzie opisane, bo po prostu, nie może być opisane. To co najważniejsze, Wasze modlitwy, Wasze szczere zatroskanie pozostanie do końca Wasze i za to odbierzecie nagrodę od Pana. A za to co najbardziej intymne i osobiste szczególnie Wam dziękuję. .
Musicie się trochę uzbroić w cierpliwość. Wczorajszy post zakończyłem pisać o 21:00. A  po powrocie z modlitwy dziękczynnej za Was kochani (starałem się nią objąć wszystkich którzy  o mnie pamiętali)  Ewa poprosiła bym już nie siadał do komputera. To co powyżej piszę z przerwami od 7 rano.
Idzie mi wolno, ale myślę że się z czasem rozkręcę.
Wiadomość z ostatniej chwili: Jutro w sobotę 27.11..2010 ks. Jacek Bałemba SDB o godz. 8:00 odprawi u siebie Mszę św. w mojej intencji zamówioną przez internetową Ewę, za co już dzisiaj szczególnie Ewie i Księdzu Jackowi bardzo dziękuję (za wcześniejsze modlitwy także).
Nie mogę, nie wymienić w tym miejscu Kuby,  który uruchomił ten łańcuch modlitw w mojej intencji. To dzięki jego wpisowi Ksiądz Andrzej już w poniedziałek 22.11. razem z parafianami modlił się w mojej intencji. Księże Andrzeju bardzo się ucieszyłem, gdy się jeszcze tego samego dnia o tym dowiedziałem. Serdeczne Bóg zapłać Księdzu i  parafianom, zwłaszcza tym, którzy  modlili się za mnie oraz  tym,  którzy czytają tego bloga.
Podziękowania za  modlitwę  i życzenia skierowane do mnie kieruję za granicę do chrześniaka Artura i Agnieszki, bratowej oraz Mateusza i Oli. Serdeczne dzięki.
Zaskoczony jestem błyskawiczną reakcją internetowej Patki i Linum. Pierwsza uruchomiła kolejny modlitewny łańcuszek, a drugiej dziękuję za słowa pociechy i wsparcia dla Ireny - Ewy. Wasze wpisy, te na blogu i poza nim świadczą, że warto mi pisać w internecie. Odwzajemniam się pamięcią w modlitwie.
Wasza Kochani reakcja z jaką się spotkałem osobiście i z jaką się spotkała mama, babcia, Irena-Ewa zwłaszcza ze strony najbliższych utwierdziła mnie w przekonaniu, że mój wyjazd z "Pojednaniem" do Świebodzina wyzwolił tyle dobra w innych za co Bogu i Wam jeszcze raz dziękuję.
Bóg zapłać!

czwartek, 25 listopada 2010

Słówko po powrocie

Po czterech dniach wróciłem do domu bogaty w przeżycia i doświadczenia, które zesłał na mnie Pan, abym mógł jeszcze świadczyć o Nim. Pojechałem z dzwonem "Pojednanie" oraz będąc pewien, że mam serce jak przysłowiowy dzwon, na uroczystość poświęcenia Pomnika Chrystusa Króla w Świebodzinie.
Wydawać by się mogło, że to był mój plan, mój zamysł. Dzisiaj wiem, mam tą świadomość, że wszystko co się w tych dniach wydarzyło było od początku do końca realizacją Bożego planu, co bardzo wyraźnie do mnie dotarło. Do domu wróciłem radosny nie z tego że żyję, ale z tego, że bez reszty całe życie bez żadnego żalu mogłem w tych krytycznych dla życia godzinach, jak to oceniali kolejni lekarze zajmujący się moim ciałem oddać do dyspozycji Bogu. Dziękuję Jezusowi, że dał mi dostąpić bólu, boleści podobnych do tych, jakich sam dostąpił umierając na krzyżu. Dziękuję Bogu, że mogłem powtarzać: bądź wola Twoja, Totus Tuus i Jezu ufam Tobie, oraz będąc na cienkiej granicy utraty świadomości (śmierci) o której mówili lekarze potrafiłem się modlić słowami naszej małżeńskiej modlitwy: Panie mój Boże nasz, siłę masz, siłę dasz. Gdy kolejni lekarze walczyli o utrzymanie mnie przy życiu ja zaufawszy Bogu miałem tą wiarę, że On nie pozwoli by Ewie stała się krzywda i wybierze takie rozwiązanie, które będzie uważał za najlepsze dla nas obojga.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Prośba o modlitwę

Szanownych czytelników tego bloga informuję iż kolejne posty Jerzego ( mojego Ojca) pojawią się prawdopodobnie dopiero pod koniec tygodnia.
Wczoraj  tato pojechał ze swoim bratem na odsłonięcie pomnika Chrystusa Króla do
Świebodzina. Jeszcze przed uroczystościami źle się poczuł -zawezwane pogotowie stwierdziło oznaki zawału serca.Przetransportowano go helikopterem do szpitala w Zielonej Górze, gdzie potwierdzono diagnozę. Po badaniu koronarografii lekarze niezwłocznie dokonali zabiegu założenia dwóch stendów. Teraz tato wygląda i czuje się dobrze.
Serdecznie dziękuję Wujkowi Tomkowi- bratu ojca, za opiekę i pomoc w tych trudnych chwilach.
Podczas mojej wczorajszej wieczornej wizyty z mamą tato oczywiście "nie popuścił" i prosił o zrobienie "fotki" - pewnie do tego bloga - tak więc zamieszczam zdjęcie kochanych Rodziców
i tą krótka relację prosząc wszystkich czytelników o modlitwę w intencji szybkiego powrotu do zdrowia.

Kuba


niedziela, 21 listopada 2010

Chrystus Król Wszechświata

Odpowiedź na konkurs: WYBIERAMY OKŁADKĘ ROKU 2007


„PRZYJDŹ KRÓLESTWO  TWOJE”


Dlaczego wybrałem stojącego na skale Chrystusa ?

Ano dlatego, że wybieram Go każdego dnia. Każdego dna, po wstaniu rano, wychodzę na skwer nazwany przeze mnie Placem Pojednań przed Bożym Miłosierdziem. Klękam przed Chrystusem Miłosiernym wykutym w kamieniu i modlę się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia za przyczyną św. siostry Faustyny i przyszłego św. Jana Pawła II o pojednanie:
w rodzinie, między sąsiadami, w parafii, w ojczyźnie naszej, w kościele i na całym świecie, upraszając Boga między innymi słowami: „Przyjdź Królestwo Twoje”.
            Rozważając tę sekwencję, mam pełną świadomość, że nie nastanie Królestwo Boże we wszechświecie, jeśli Pan nie ogarnie mnie i moich najbliższych od wewnątrz. Błagam więc Miłosiernego Boga o łaskę sakramentu pokuty-pojednania dla tych, którzy przestali się już modlić słowami Modlitwy Pańskiej. Modlę się szczególnie za tych, którzy tu na ziemi budują swoje królestwo: królestwo pracy, królestwo pieniądza, sukcesu, rozrywki, królestwo ziemskiego szczęścia, za tych którym zupełnie nie zależy na tym, aby tu, na ziemię przyszło Królestwo Twoje Panie. Modlę się i za tych, którzy przechodząc obok pomnika albo przejeżdżając samochodem nie raczą nawet spojrzeć na Twoje oblicze Panie, by westchnąć do Ciebie: „Pan mój i Bóg mój”
albo „ Jezu ufam Tobie”.
            Ten Chrystus z rozpostartymi ramionami, stojący na wzgórzu Corcovado, to ten sam Chrystus Miłosierny co na moim pomniku. To po prostu mój Chrystus. To nie tylko mój, ale i twój i każdego mieszkańca planety Ziemia, który Go przyjmuje do swego serca w Eucharystii.
Nie jest przypadkiem, że Zmartwychwstały Chrystus z Rio de Janerio został pokazany na tle białej kuli ziemskiej widocznej z przestworzy wszechświata. Ciemna postać Chrystusa, widziana z daleka, podobna do krzyża, obejmuje zasięgiem cały glob ziemski: od zachodu po wschód i od północy po południe. Wszyscy mieszkańcy ziemi, czy tego chcą, czy nie, znajdują się w zasięgu rozpostartych rąk Chrystusowych. Jakże konkretne stają się dla patrzącego na okładkę 47. numeru Przewodnika słowa koronki: „Miej miłosierdzie dla nas i CAŁEGO ŚWIATA”.
            Ta biała kula, to także biały krążek, to postać Ciała Chrystusa, które staram się przyjmować każdego dnia do swego serca z pragnieniem przyjścia Królestwa Pana.
            Zauważ, postać Chrystusa na okładce nie buja gdzieś w obłokach nieba. Ona twardo stoi na skale, na ziemi, na tej naszej ziemi.
Oj, nie na naszej!
On stoi na ziemi, którą sam stworzył i tu przyjdzie królować.
Jego postać oglądana na tle nieba z dalekiej odległości podobna jest do krzyża witającego przybywających  żeglarzy do kraju  w którym zamieszkuje  obecnie największa liczba chrześcijan.
            Podobnego jak w Rio de Janerio symbolu wiary chrześcijańskiej witającego gości zdążających do naszego grodu brakuje prastaremu Poznaniowi. Wizytówke przedwojennego Poznania Pomnik Chrystusa Króla na centralnym placu Poznania zburzył najeźdźca.  Na Placu Wolności nie stanął przed kilkoma laty pomnik papieża.
            Obecnie nadarza się doskonała okazja by i Poznań początków trzeciego tysiąclecia mógł zamanifestować swoje przywiązanie do wiary chrześcijańskiej w oczekiwaniu na przyjście Królestwa Pana.
            Moja parafia pw. św. Józefa Oblubieńca NMP w Baranowie, z ks. prob. Andrzejem Strugarkiem na czele, stoi przed zadaniem budowy wieży – dzwonnicy. Bryła 10 metrowej wysokości kościoła parafialnego, zdaniem naszego ks. Proboszcza, gdyby nie 1 metrowej wysokości krzyże nad oknami (patrz zdjęcie świątyni w nr.36 z 9 września 2007 Przewodnika Katolickiego) , bardziej przypomina bożnicę niż kościół katolicki. Wtopiona w osiedle domków jednorodzinnych, gdy podrosną młode drzewa, stanie się z upływem lat mało widoczna.
            W październiku ubiegłego roku parafia nasza otrzymała pisemną informację od kompetentnych władz, że wieża-dzwonnica może mieć 40 metrów wysokości.
            Rodzi się pytanie. Czy zamiast nieco wystającej nad bryłę kościoła dzwonnicy nie ustawić smukłego 40 metrowej wysokości krzyża we wnętrzu którego swoje miejsce znajdą dzwony, a może tylko jeden dzwon.
            Jeśli krzyż ten będzie „świetlistym krzyżem” podobnym do tego jakim miał być projektowany przed pięcioma laty „świetlisty obelisk” upamiętniający Ojca św. Jana Pawła II  na poznańskim Placu Wolności, to nie dosyć, że będzie promieniował na całą okolicę dziennym światłem odbitym, ale i w nocy, podświetlony od wewnątrz będzie świecił własnym światłem. Tak wysoki „świetlisty krzyż”, ustawiony przy zachodnim wlocie do Poznania,  mógłby być pomnikiem – darem złożonym Chystusowi Ukrzyżowanemu i Zmartwychwstałemu za kanonizację Jana Pawła II. Wyrażał by on duchowość i przywiązanie do krzyża zarówno samego Jana Pawła II ale i nas samych, może nie tyko Baranowskich parafian, łożących na jego budowę.
            Pod tym „świetlistym krzyżem” - pomnikiem znaleźć mogą swoje miejsce dwie świetlne postacie modlącego się św. Jana Pawła II  i św. siostry Faustyny, które zamierza wykonać autor tych słów.
            Spoglądając kolejny raz na okładkę 47 numeru Przewodnika Katolickiego zastanawiam się co na ten pomysł powiedziałby sam zainteresowany przyszły święty Jan Paweł II.
Dla mnie odpowiedź nasuwa się jedna:
            Od krzyża zaczęło się zbawienie świata. Stawiajcie więc krzyże  nie tylko na cmentarzach, stawiajcie je za życia w sercach swoich i sercach swoich najbliższych. Ale nie tylko w sercach. Stawiajcie je właśnie dzisiaj: na placach i skwerach, w najpiękniejszych miejscach Polskiej ziemi. Gdy inne narody Europy i świata odstępują od tego znaku, wy trwajcie jak Maryja przy krzyżu Chrystusowym.
            Niech ten krzyż, we wnętrzu swym białym światłem podświetlony, z czerwonymi światłami przeszkodowymi w miejscu Chrystusowych ran, z czerwonymi plamami spływającymi w dół z Chrystusowego serca („dzwonu jak serce” ) widoczny w promieniu kilku kilometrów oraz z okien startujących i lądujących samolotów  z klęczącymi po nim świetlnymi postaciami dwóch świętych, będzie nie tylko znakiem naszych chrześcijańskich korzeni, ale i znakiem duchowości Polaków początków III tysiąclecia.
            A wtedy napis na wybranej przeze mnie okładce stanie się całkowicie realny „i przyjdzie i nastanie Królestwo Twoje Panie”

                                                                                                            Amen.

                                                                                                mgr inż. Jerzy Zygarłowski
                                                                       

Ps. Załączam zdjęcie pierwszej makiety „Świetlistego Krzyża” pokazanej Radom Parafialnym dnia
            5 grudnia 2007 r. 


Redakcja prosiła by wybrać trzy okładki. By formalnie spełnić warunki konkursu podaję jeszcze dwie z krótkim uzasadnieniem: Są to okładki z nr 27 i nr 37.
            Brzozowy krzyż stojący gdzieś w polu, jest mi tak samo bliski, jak ten opisany wyżej  żyjący w moim wnętrzu od półrocza. Nie jeden raz przyszło w przeszłości klecić taki prosty brzozowy krzyż. Harcerskie obozy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych bez takiego krzyża były nie do pomyślenia. Podobnie spędzane wakacje na spływach i obozach wędrownych Duszpasterstwa Akademickiego oo. Dominikanów, wymagały stawiania takich krzyży pod którymi sprawowana była Eucharystia. Krzyży tych nigdy nie niszczyliśmy. Znaczyły one w ustronnym terenie nasz kajakowy bądź pieszy szlak. Gdy przyszło nam z żoną przystąpić do budowy pomnika Bożego Miłosierdzia w Baranowie, pierwszą czynnością jaką wykonaliśmy, była inwentaryzacja wszystkich krzyży i kapliczek na terenie naszej gminy. Posłużyła jako jeden z argumentów, by na terenie naszej wsi, jedynej z 22 wsi gminy pozbawionej pozakościelnego miejsca kultu religijnego uzyskać pozwolenie na budowę pomnika w publicznym. miejscu. Takim „rodzimym” pięknem są też krzyże przydrożne i kapliczki nie tyko w naszym kraju. Przed świętami Bożego Narodzenia wróciłem z nart w Tyrolu w Austrii. Każdego dnia o świcie wspinałem się na 300 metrową górę ciągnąc sanki, by pod oświetlonym reflektorami drewnianym 9. m wysokości krzyżem,  z wiszącym nań
6,6. m wysoką postacią Chrystusa (z drewna)  z rozpiętymi ramionami na 5,5.  m zmówić swoje ranne modlitwy, a następnie zjechać na śniadanie torem saneczkowym. I ten górujący nad Feichten krzyż i kilkanaście innych napotkanych przy górskich drogach i na górskich szczytach przypominały mi rodzime Tatry i Pieniny.
            Jeśli chodzi o okładkę z nr. 37 to patrząc na postać papieża Benedykta XVI i jego wyciągnięte ręce w uszach słyszę jego słowa wypowiedziane 9 listopada 2005 roku po polsku do pielgrzymów zgromadzonych na placu św. Piotra w czasie środowej audiencji: BOŻEMU MIŁOSIERDZIU  ZAWIERZAM  WAS  I WASZE  RODZINY,  Z  SERCA  WAM BLOGOSŁAWIĘ.  Poprzedniego dnia 8 listopada 2005 roku jako kierownik budowy  „ustawiłem”  przy pomocy 17 tonowego dźwigu kamień pomnikowy z Chrystusem Miłosiernym na skwerku przed moim domem. Te papieskie słowa odebrałem jako znak dany od Boga. To były pierwsze zarejestrowane w L’ Oserrwatore Romano słowa tego Papieża od początku Jego pontyfikatu na temat Bożego Miłosierdzia wypowiedziane po Polsku. To nie mógł być przypadek - uważam.

czwartek, 18 listopada 2010

Bł Siostry Nazaretanki z Nowogródka

Piszę dzisiaj o siostrach Nazaretankach z kilku powodów:
1. Będąc dwie doby we wrześniu (17-19.09) w klasztorze Sióstr Nazaretanek w Żdżarach  doznaliśmy łaski tego miejsca za przyczyną bł siostry Franciszki Siedliskiej założycielki tego zgromadzenia ( beatyfikacja  Rzym 23.041989).
2 W domu zakonnym w Żdżarach mieliśmy okazję  "otrzeć się" tylko o beatyfikowane 5 marca 2000 roku przez papieża Jana Pawła II Siostry Męczenniczki z Nowogródka. 
3.Bezpośrednim impulsem do zajęcia się historią życia i męczeństwa 11 Sióstr Nazaretanek był dzisiejszy wpis ks. Jacka Bałemby SDB podający informację o rozpoczęciu przez Archidiecezję Wrocłwską procesu beatyfikacyjnego  Sługi Bożego Księdza Prałata Aleksandra Zienkiewicza w związku z obchodami 15. rocznicy śmierci i 100. rocznicy urodzin Wujka (w dniach 19-21 listopada br.).
4. Dostrzegłem wyraźny związek przyczynowy miedzy postawą Obrońców Krzyża na Krakowskim Przedmieściu chroniącą modlących się tam Kapłanów i Naród Polski, a postawą TRWANIA i ochrony ks. Prałata Aleksandra Zienkiewicza oraz społeczeństwa Nowogródka przez Siostry Męczenniczki. Siostry Nazaretanki sprowadziły się do Nowogródka w 1929 roku i gdy po początkowych niepowodzeniach chciały opuścić miasto, zastosowały się z pokorą do polecenia Matki Generalnej Zgromadzenia Laurenty Lubowidzkiej:
„Zdecydowanie trwać na stanowisku — ustąpić nie wolno, tu chodzi o Dom Chrystusa Króla. On ma zwyciężyć. O Jego królestwo walczyć nam trzeba, nieustraszenie przetrwać wszystkie trudności, bo wielkie rzeczy tam się dokonają”.
6. Nie potrafiłem sobie dać rady z tym "Domem Chrystusa Króla". Czy chodzi tylko o fizyczny budynek gimnazjum w Nowogródku, w którym obecnie mieści się dom zakonny Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek, czy chodzi o zupełnie inny "Dom Chrystusa Króla" w naszych sercach, w naszej ojczyźnie, w Europie i na całym świecie?
7. Jak ten "Dom Chrystusa Króla" ma się do obchodzonej za trzy dni w Kościele Katolickim uroczystości Chrystusa Króla i poświęcenia w Świebodzinie figury Chrystusa Króla?
****
5 marca 2000 roku zostały beatyfikowane męczenniczki nowogródzkie, czyli jedenaście sióstr nazaretanek zamordowanych przez hitlerowców w 1943 r., które do końca wypełniły polecenie bp. Zygmunta Łozińskiego: „Nowogródka nie opuszczać, na stanowisku trwać, taka jest wola Boża i moja”.
 
 Nowogródka nie opuszczać - bł. Maria Stella i Towarzyszki

Słowa te skierował biskup do sióstr w roku 1929, gdy z powodu niechętnego przyjęcia nie mogły otworzyć w Nowogródku „Domu Chrystusa Króla” i chciały opuścić miasto. W obliczu męczeńskiej śmierci siostry pozostały tym słowom wierne.

Kilka słów o męczeństwie Sióstr wg. Siostry Marii Teresy Górskiej CSFN
(wytłuszczenia pochodzą od autora)


Wybuch II wojny światowej 1 września 1939 r. i okupacja ziem wschodnich, najpierw sowiecka, a potem niemiecka, zburzyły ład i porządek nowogródzkiej wspólnoty. W czasie okupacji sowieckiej siostry żyły w rozproszeniu, spotykały się jednak na Mszy św. i nabożeństwie wieczornym w Farze...  Wyrzucone z domu, borykały się z problemami życia codziennego i z bliska poznawały cierpienie innych. W czasie okupacji niemieckiej siostry powróciły do klasztoru i starały się być dla udręczonej ludności znakiem nadziei. Takim światłem w mroku stała się podczas obu okupacji Fara, nic też dziwnego, że wierni wypełniali ją tłumnie. Sytuacja była bardzo trudna. Najeźdźcy próbowali poróżnić Białorusinów i Polaków zgodnie z zasadą divide et impera. Wraz z przybyciem do Baranowicz grup specjalnych gestapo wzmógł się terror wobec ludności cywilnej w mieście i całym województwie.
31 lipca 1942 r. odbyła się pierwsza zbiorowa egzekucja, podczas której rozstrzelano 60 osób.
Siostry były ostoją dla Polaków nie tylko poprzez swą gorliwą modlitwę w kościele, ale także przez działalność charytatywną.... Wysyłały paczki deportowanym w głąb Rosji, pomagały wszystkim potrzebującym pomocy, zorganizowały chór, który śpiewał podczas nabożeństw. S. Maria Kanizja przygotowała trzy grupy dzieci do I Komunii św. i prowadziła w domach tajne nauczanie języka polskiego i historii. Udręczeni nowogródczanie szukali pociechy i ukojenia w Eucharystii, którą sprawował codziennie ks. Aleksander Zienkiewicz, jedyny w tej okolicy ocalały kapłan. Wieczorem przed wystawionym Najświętszym Sakramentem wierni, razem z księdzem i siostrami, odmawiali różaniec.
W nocy z 17 na 18 lipca 1943 r. gestapo aresztowało w Nowogródku ok. 120 osób i zamierzało je rozstrzelać. Ich rodziny dzieliły się swoim bólem z siostrami. W tej sytuacji po południu owego dramatycznego dnia s. Maria Stella przy spotkaniu z ks. Aleksandrem Zienkiewiczem powiedziała: «Mój Boże, jeśli potrzebna jest ofiara z życia, niech raczej nas rozstrzelają, aniżeli tych, którzy mają rodziny — modlimy się nawet o to». Tę decyzję siostry podjęły wspólnie, a s. Maria Stella jako przełożona domu wyraziła ją wobec księdza kapelana. Informacja dotarła do uwięzionych i jak wspomina jedna z aresztowanych: «nowa otucha i nadzieja wstąpiła w nasze serca».
W końcu skazanym zamieniono karę śmierci na wywóz do pracy w Niemczech. Niektórych zwolniono. Transport wyruszył na zachód 24 lipca 1943 r. Wszyscy wywiezieni przeżyli wojnę i ocaleli.
Na liście osób poszukiwanych przez gestapo znajdował się również ks. Aleksander Zienkiewicz. S. Maria Stella powiedziała do niego: «Mój Boże, ksiądz kapelan jest o wiele potrzebniejszy niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara».
31 lipca 1943 r. jeden z gestapowców nakazał siostrom stawić się wieczorem, o godz. 19.30, w komisariacie okręgowym, w gmachu dawnego urzędu wojewódzkiego. Wieczorem, po nabożeństwie różańcowym, jedenaście sióstr nazaretanek ze swą przełożoną udało się na gestapo. Siostry spodziewały się w najgorszym wypadku wywiezienia na prace przymusowe do Niemiec. W domu pozostała dwunasta z nich, s. Maria Małgorzata Banaś, pracująca w szpitalu. Wracając z pracy, spotkała współsiostry, które szły na komisariat. Pragnęła do nich dołączyć, ale przełożona poleciła jej wrócić do klasztoru i zaopiekować się Farą i księdzem.
Wyrok na siostry był przesądzony z góry. Eksterminacją księży i zakonnic w Nowogródku i jego okolicach zajmowała się policja bezpieczeństwa z Baranowicz, kierowana przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy, która dążyła do «rozbicia chrześcijaństwa». Tętniąca życiem religijnym Fara, nazywana «kolebką nadziei, gniazdem polskości i bastionem katolicyzmu», musiała zostać zlikwidowana. Stąd też nie oskarżano sióstr o nic ani nie przeprowadzono dochodzenia. Spędziły noc na modlitwie zamknięte w niewielkiej piwnicy komisariatu.
W niedzielę 1 sierpnia 1943 r. o świcie gestapowcy wywieźli siostry i rozstrzelali je w niewielkim brzozowo-sosnowym lesie, w odległości 5 kilometrów od Nowogródka. Okoliczności męczeństwa sióstr znane są z fragmentarycznych wypowiedzi uczestników egzekucji. Jeden z gestapowców, Niemiec pochodzący z Łotwy, który stołował się u Polki, Marii Tarnowskiej, w niedzielę 1 sierpnia 1943 r. zjawił się na śniadaniu. «W pewnym momencie złapał się za głowę i powiedział: 'Ach, jak one szły, trzeba było widzieć, jak one szły!'. Na pytanie gospodyni domu: 'Kto szedł?', odpowiedział: 'Siostry'. Innym razem powiedział: 'Tak, one rzeczywiście były niewinne'». Estończyk pracujący w komisariacie, który widział siostry w piwnicy przed śmiercią i uczestniczył w egzekucji, opowiedział, że siostry «w lesie przed straceniem poklękały wszystkie, modliły się, a następnie klęcząc żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Ostatni cios odbierały na klęczkach». U innej rodziny polskiej, państwa Cieślewiczów, stołowali się dwaj oficerowie z brygady lotnej z Baranowicz i ich kierowca. Pan Cieślewicz próbował dowiedzieć się czegoś o losie sióstr od szofera. Powiedział on, że «sami oficerowie z lotnej brygady rozstrzeliwali siostry. I że tylko jedną ich prośbę wykonali, mianowicie siostry prosiły, aby nie zdejmowano z nich ubrania zakonnego. Tak się stało — miały wszystko na sobie». Potwierdziła ten fakt ekshumacja dokonana w dniu 19 marca 1945 roku.
Śmierć sióstr była heroicznym gestem miłości w obliczu nienawiści, świadectwem wiary w Boga, który pierwszy nas umiłował. Męczennice z Nowogródka w 125-letniej historii Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu stanowią najcenniejszy i niezniszczalny skarb, przykład chrześcijańskiego bohaterstwa i mocy Ducha Świętego, który słabe, zwykłe niewiasty uzdalnia do dawania świadectwa o Chrystusie i ofiarowania życia «za przyjaciół swoich» (J 15, 13).

Podsumowanie:

Krew męczenników zawsze wydaje owoce. Dzieło nazaretanek trwało. Nowogródzka fara była po wojnie nieprzerwanie czynna i władze sowieckie nie odważyły się jej zamknąć. Siostra Małgorzata dbała o nowogródzką farę i grób swych sióstr, aż do śmierci w 1966 roku, przyczyniając się znacznie do podtrzymywania katolicyzmu na ziemi nowogródzkiej, a także przetrwania zgromadzenia sióstr nazaretanek na Białorusi. Białoruskie dziewczęta wstępowały do ich tajnej placówki w Grodnie, dzięki czemu zachowała ona ciągłość przez cały okres sowiecki. Obecnie nazaretanki są jedynym zarejestrowanym zgromadzeniem zakonnym na Białorusi. Na nowo otworzyły też dom w Nowogródku.



Pierwszy dom zakonny Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, bo tak brzmi pełna nazwa Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek  założony został przez bł. Siostrę Franciszkę Siedliską w Rzymie w 1884, pierwszy w Polsce siostry założyły w 1888 w Krakowie i nosił on nazwę Dom Serca Jezusowego, a pierwszymi siostrami były trzy siostry Lubowickie: Gabriela, Michaela i Rafaela. Założycielka zgromadzenia położyła w szczególny sposób przed siostrami sprawę modlitwy, pracy i osobistego oddania się za Papieża i Święty Kościół Katolicki.
(co za zbieżność z Św. Janem Bosco). 




środa, 17 listopada 2010

Sisi

Zginął PIESEK

Mam 8 lat, na imię mam Patryk
i mieszkam w Baranowie przy Wiosennej 1.
Kilka dni temu zginął mi piesek rasy
PEKIŃCZYK.
Jest trochę chudy, biało - czarny, ma okrągły puchaty ogon,
oczka małe i mały ryjek, nosek jest czarny,
Nazywa się SISI
Bardzo wczoraj płakałem z siostrą, bo go bardzo lubię.
Gdyby ktoś coś wiedział proszę o informację.

 Podjechał rowerem powiedział dzień dobry i  zapytał:
Czy ma pan drukarkę?
A o co chodzi?
Zaginął mi piesek.
Wydrukowałem mu kilkanaście ogłoszeń. Pomagał mi pakować je w folie by nie zamokły na deszczu.
Był nad wyraz rozgarnięty. Chodzę do pierwszej klasy do szkoły w Zielonej Górze, a teraz do babci przyjechałem na tydzień. Nie płakał, ale do śmiechu mu nie było. Afisz przeczytał jk na pierwszoklasistę płynnie. Przypomniał mi się jego tato , lub wujek, który chodził z którymś z moich synów do szkoły podstawowej. Gdy pani od polskiego poprosiła go by przeczytał coś głośno on powiedział z miłym uśmiechem: Pani, ale Wam to tak dobrze idzie to po co to ja mam tak źle czytać.   Bo muszę Ci wystawić ocenę. Pani ale ja potrzebuję nie ocenę a świadectwo, a liczyć umiem najlepiej w klasie. Dzisiaj jego ziomek o 30 lat młodszy pochwalił się nie tylko tym że umie liczyć do tysiąca a nawet do miliona.Gorzej było z tabliczką mnożenia. Zamówił dwadzieścia ogłoszeń. Dwanaście kartek, na każdej dwa ogłoszenia to  ile razem będzie? Jak Pan przetnie to policzę odpowiedział rezolutnie.
Zachowywał się wzorcowo. On sobie w życiu z tą grzecznością i tą ciekawością świata da radę .
Na odchodne życzyłem mu by piesek się odnalazł


Przyjechał po trzech godzinach. Połowę plakatów już rozwiesiłem, a nikt się jeszcze nie zgłosił poskarżył mi się. Ludzie mówią, że go widzieli, ale już dawno temu.
A może Wy coś pomożecie małemu Sabie.

Noc Papieska

Jest trzecia w nocy 17 listopad.
Nie mogę spać. W pół jawie, w pół snie spoglądam na ścianę z zegarem.
Ciemno! Nie widać dużej tarczy, nie mówią o wskazówkach.
Zegar , zeegar,  zygar dźwięczy mi w uszach. Tak mnie w młodości koledzy przezywali.
Dwie wskazówki, to Ewa i ja. Kręcimy się wokół siebie z nierówną prędkością. Nim Ona zrobi jeden obrót, ja muszę dwanaście razy Ją okrążyć.
"Tak bym chciała aby nasz ziemski czas w jednej chwili się zatrzymał," - zwierzyła mi się po tragedii smoleńskiej, jak u Pary  Prezydenckiej.
U zegara nie ma innej opcji . Jak się zatrzyma, to obie wskazówki stają.
A o której pytasz?
Ja bym chciał by serce które rusza obiema wskazówkami przestało bić w godzinie miłosierdzia.
A czy może być inaczej?
Po moje dusze przyjdę w Godzinie Miłosierdzia powiedział Jezus siostrze Faustynie.

Słyszę jak mu serce bije.
To POJEDNANIE bije.
Dzisiaj (16.11.2010) wyjątkowo wolno ciągnąłem za jego serce, za jego duszę.
Zerwany sznurek!
Jurek ogórek, kiszka i sznurek
Zerwany sznurek, stoję tuż przy dzwonie.
Jeden ,dwa,  trzy ....osiem, dziewięć gongów.
Biję wolno, czekam aż głos całkowicie zaniknie rozchodząc się po Baranowie.
Może ktoś jeszcze usłyszy i mu się przypomni, i podejdzie do Ciebie Jezu.
Pada deszcz i komu się będzie chciało wyjść na taką pogodę?
Znalazło się dwunastu współczesnych apostołów.
W większości to były kobiety.
Przyszli, niektórzy przyjechali samochodami do Ciebie Jezu.
Matki Różańcowe?
Nie umiem powiedzieć.
Stanęli pod parasolami na środku Placu Pojednań.
Nie patrzyłem im w twarze.
Nie przyszli dla księdza.
Gdy skończyłem dzwonienie i stanąłem na placu - modlitwy już trwały.
Dla Twojej bolesnej męki,
miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Tak Jezu, dla Twojej bolesnej męki powtarzały kobiece usta.
Duży wazon z dwudziestoma, dorodnymi kwiatami białych chryzantem przesłaniał wypisane na planszy słowa koronki.
Po co je piszesz Jerzy, słyszałem zewsząd.
Dla siebie odpowiadałem, bym miał podpórkę jak przyjdzie mi publicznie prowadzić modlitwy.
Rozumiał to Ksiądz, który części stałe Mszy św. zna na pamięć, a jednak na co dzień korzysta z mszału.
Jezu ufam Tobie po trzykroć i już się rozchodzimy.
Zaśpiewajmy coś proszę.
Pada deszcz.
Ewie zimno, idzie sama do domu.
Ja klękam i odmawiam wieczorne pacierze.
Jak zwykle: za całą rodzinę, za władze i za kapłanów.
Oj, namnożyło mi się Tych, z którymi zetknął mnie Pan.
Jeszcze Pod twoją Obronę,  za tych którzy prosili o modlitwę, i za tych którzy szczególnie potrzebują mojej modlitwy.
Namoknięta kurtka robi się coraz to cięższa.

Szykuję kolację i do prywatnego komputera.
Od popołudnia siedziałem przy służbowym i tak się zarobiłem, że nawet na Mszę św. nie zdążyłem.
Już nie idę pieszo, wsiadam w zastępcze auto i powoli jadę do Niego.
Zdążyłem na Przeistoczenie.
Coraz więcej utrudnień.
Pewno będę musiał klękać ministrantom na buty, tak blisko stają przy krawędzi stopni.ołtarza.
Po Mszy św.śpiewamy jubilatom z racji  53 rocznicy ślubu.
Prosiłoby się zrobić im zdjęcie, jak ks.Proboszcz składa im życzenia.
Mieli by pamiątkę.
Nie mam aparatu. Od jakiegoś czasu nie robię zdjęć u siebie w kościele.
Po mszy zostaję i przepraszam Go, że się spóźniłem.
Myśli wędrują pod Krzyż na Krakowskie Przedmieście.
Czy choć jedna osoba z modlących się przychodzi pod Krzyż dla Księdza?
Pewno nikt, mimo, że codziennie prowadzony Uniwersytet pod Krzyżem jest na wysokim poziomie.
To dobrze, myślę sobie.
Źle by było  gdyby dla walorów wykładowcy przychodzili od Krzyż.
A prawda jest taka, że im lepsi studenci, tym lepszych powinni mieć wykładowców.


Po mszy zaglądam na budowę dzwonnicy.
Mimo deszczu i późnej pory, jeszcze pracują. Wczoraj zaczęli zbroić płytę fundamentową, a dzisiaj muszą skończyć zbrojenie bo jutro mają przywieźć beton.
Wracam do domu po aparat i robię kilka zdjęć.
Pewno koś robi dokumentację fotograficzną zbrojenia. To roboty zanikające i należy takową dokumentację posiadać.

Utul mnie, słyszę głos Ewy.
Przecież się cały czas do Ciebie tulę.
Ale tak mocno prosi.
Obejmuję ją, tak jak to lubi.
Przywieram do jej posiniaczonych pleców całym ciałem (odbiła sobie kręgosłup).
Rękę kładę na piersi.
Oczyma spoglądam na jarzące się diody w ładowarce baterii włączonej w gniazdko pod zegarem.
Czyżby jeszcze nie usnęła od wieczora?
Dlaczego ty  nie śpisz pyta mnie?
Odpowiem Ci rano.
Zasypia wtulona w moje ramiona
.
A ja patrząc na czerwoną diodę kontaktu wspominam wieczną lampkę w klasztornej kaplicy w Żdżarach i Jego rozkrzyżowane ramiona.
Dziś pod pomnikiem nie było na zakończenie błogosławieństwa.
Było za to inne.
Jego Błogosławieństwo.
Jego prawa ręka odziana w białą szatę, po której, tak jak po nas modlących się, spływały krople deszczu uniesiona w górę  - błogosławiła Wszystkim.

Mnie od samego rana zaciekawiły  w gałęziach lipy pozbawionej liści baraszkujące wróble ćwierkające donośnie.
Co też mi dzisiaj wyćwierkają?
Beniu nie jedzie do Skwierzyny, ks.Zygmunt rezygnuje z dzwonienia, za to Ewa obiecuje podjechać z bractwem pod pomnik. Jak przyjadą, to im zadzwonię.

Budzi mnie dzwonek, ubieram się błyskawicznie
To pani Wanda, moja słuchaczka brudnopisów.
Ja czytam ona wklepuje w kompa cyferki.

Środa, jak co tydzień z głośnika płynie donośny głos papieża Jana Pawła II:
Tym razem do młodzieży zgromadzonej 05.08.1979 na krakowskim rynku:
To takie przedłużenie ostatniej katechezy ks.bpa Józefa Zawitkowskiego
Stawiajcie sobie wysokie wymagania. One was pociągną.
Wydawałoby się, że młodzież nastawiona jest na konsumpcję.
Nie ona idzie tam gdzie są wysokie wymagania.
Ona idzie pod Krzyż (mój dopisek)
Prawda o młodzieży jest inna niż się mniema,
nie można ich wziąć na żadne konformizmy.
Trzeba im pokazać prostą Prawdę, pokazać czym jest Prawda.
Młodzi śpiewają pieśń:  ...Aby ludzie widzieli dobre czyny w nas ...
My jesteśmy na ziemi światłem Twym
Sakrosong, ciekawy warsztat. Życzę aby się rozwijał. Co rok festiwal.
A jak się nie będziecie pilnować, to pokona was orkiestra z Zielonek.
Na to młodzi śpiewają "Sto lat"
Macie szczęście, że nie leje.
Jesteście przyszłością świata- tak mam napisane...
Gaudeamus igitur Mu śpiewają.
...Po co ja te Zielonki pochwaliłem.
Od Was zależy jutrzejszy dzień . Proście Chrystusa i Maryję abyście sprostali przenieść to całe doświadczenie dziejów któremu na imię Polska.
I znów gruchnęła "Barka" ulubiona pieśń papieska.
...gdzie ma pójść człowiek jak nie do Matki?...
Jest to doświadczenie trudne, jedno z trudniejszych w Europie w świecie.
Z tego można wywieść wielkie dobro
Bądźcie wierni temu dziedzictwu w wierze.
Niech Chrystus pozostanie dla Was Drogą Prawdą i Życiem.
Amen!
Proszę Was wysłuchajcie papieża Jana Pawła II w oryginale,dzisiaj w Radio Maryja o 17:10

wtorek, 16 listopada 2010

5 Skórzewskie Spotkania Chóralne

W 5 Skórzewskich Spotkaniach Chóralnych "Bogu i Ojczyźnie śpiewamy" wzięły udział cztery chóry liczące łącznie 114 osób. Spotkanie odbyło się w kościele w Skórzewie. Kościół w Skórzewie zbudowany został na kształt krzyża.W górnym ramieniu krzyża mieści się prezbiterium. Poziome jego ramię zajęli członkowie zespołów śpiewaczych. Słuchacze siedli w ławkach w trzonie krzyża.

My siedliśmy w sercu Krzyża, skąd mieliśmy widok i na prezbiterium i na boczne nawy.
Bogu i Ojczyźnie śpiewali.
Na wejście Gaude Mater Polonia ze 114 gardeł wypełniło donośnym głosem całą świątynię.
Kolejne pieśni i stałe śpiewane części Mszy św. wykonywały oddzielnie poszczególne chóry.




w lewej nawie chóry z gminy Tarnowo Podgórne i Dopiewo. W prawej nawie chór Gaudeamus z parafii pw. św. Antoniego Boboli z Junikowa i stojący pod ścianą męski chór Arion z Poznania.
Po Mszy św. Pan Konferansjer z werwą i znajomością rzeczy prowadził koncert.


Jako pierwszy wystąpił chór Gminy Duszniki.
Z kolei dołączył do niego Chór im. F.Nowowiejskiego z Tarnowa Podgórnego. Udało mi się uzyskać nuty i słowa dwóch pieśni w wykonaniu tego chóru: "O polski kraju święty" muz. Feliks Nowowiejski, słowa Władysław Bełza (od "Kto ty jesteś Polak mały..") i drugiej  "O Panie, któryś jest na niebie"


O polski kraju święty , warowny domu nasz.
O jakiż niepojęty Ty dla nas urok masz.
Potężna w tobie siła, żywota wieczny zdrój
O Polsko moja miła, o drogi kraju mój!


Z nad murów Częstochowy Bogurodzicy wzrok.
Twej Pani i Królowej,Twój każdy śledził krok.
I Jej puklerzem zbrojna, w Jej upowita czar,
Szłaś wielka i dostojna pod Chocim, Wiedeń, Bar.

Ojczyzno moja miła, o polski kraju mój!
Potężna w tobie siła, żywota wieczny zdrój!
Za wolność twą i chwałę radosny wznosząc śpiew
Oddamy życie całe, przelejem wszystką krew.

O Panie któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń.
Wołamy z cudzych stron do Ciebie o polski dach i polską broń
Refr:
O Boże  skrusz ten miecz co siekł nasz kraj,
Do wolnej Polski nam powrócić daj,
by stał się twierdzą naszej siły,
Nasz dom , nasz kraj.

O usłysz Panie skargi nasze, o usłysz ten tułaczy śpiew.
Z nad Warty, Wisły, Sanu, Bugu męczeńska do Cię woła krew
Refr:
O Boże  skrusz ten miecz co siekł nasz kraj,
Do wolnej Polski nam powrócić daj,
by stał się twierdzą naszej siły,
Nasz dom , nasz kraj.


Z kolei na scenie na stopniach przed ołtarzem z repertuarem wystąpiły jeszcze dwa chóry: "Gaudeamus" z par. św. Jana Bosko z Junikowa i chór męski Arion . Z udziałem tego chóru wysłuchaliśmy na zakończenie poematu muzycznego Lachmana z udziałem śpiewaka operowego i młodej sopranistki.

Występy, które razem ze Mszą św. trały bez przerwy 2,5 godziny zakończyły się bez bisów i aplauzów. Pan prowadzący Skórzewskie Spotkania Chóralne w pośpiechu wręczył wiązankę kwiatów ks. prob. Franciszkowi Drozdowi, gdyż od razu  rozpoczęła się wieczorna Msza św. o 18:00. Chórzyści przenieśli się do pobliskiej świetlicy, gdzie przy kolacji dokonano podsumowania.

My zadowoleni i nieco zmęczeni wróciliśmy do domu.
A opisał to ten, któremu słoń na ucho nadepnął, który w kościele śpiewa podobno za trzech (na trzy głosy).

poniedziałek, 15 listopada 2010

Oko Boga

"Warszawa. Nasza Stolica. Nasza polska ziemia. Krakowskie Przedmieście. Nasza ulica. Polska ulica. Plac przed Pałacem Namiestnikowskim. Nasze miejsce. Jesteśmy u siebie. Cóż się tam działo i dzieje w ostatnich miesiącach! Zmieniają się okoliczności. Podejmowane są jakieś decyzje. Na jaw wychodzą zamysły serc wielu. Diabeł się miota. Jesteśmy obserwowani. Patrzy na nas ludzkie oko. Bezpośrednio i z kamery. Ale mam lepszą wiadomość: Bóg na nas patrzy! Dobroczynne Oko Opatrzności!"  ...
Tak rozpoczyna się wpis z 12 listopada ks. Jacka Bałemby SDB na jego blogu  http://novushiacynthus.blogspot.com/
Dzisiaj w ramach pracy przejściowej Uniwersytetu Świętości pod Krzyżem będę pisał na temat
ostatniego zdania z tego cytatu: "Bóg na nas patrzy! Dobroczynne Oko Opatrzności!"
Czy ja , tak do końca zdaję sobie sprawę z tego że Bóg na mnie patrzy?
Gdy byłem dzieckiem, mama brała mnie za rękę i prowadziła do kościoła.Tu mieszka Pan Jezus mówiła. Do przedszkola chodziłem prowadzonego przez siostry zakonne. W narożu sali stała figurka NMP i przed nią uczyliśmy się pacierza do Boga, do Najświętszej Panienki.
W szkole już nie było krzyża i nikt na mnie nie z krzyża nie spoglądał. Na ścianie wisiał Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz i marszałek Konstanty Rokossowski. Już nie jedno oko ale te trzy pary oczu dokładnie śledziły  moje ruchy.
Na lekcjach religii prowadzonych w salkach przykościelnych był Bóg i jego sprawy. Ksiądz katecheta prosił, byśmy choć na chwilę wstąpili do kościoła, bo tam jest ON. Klękałem przed wieczną lampką wierząc, w Boga ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Pierwsza Konunia Święta tylko mnie w tym upewniła. Do dzisiaj wiem, że spożywam Ciało Pańskie, niekiedy wyjątkowo zanurzone w Jego Krwi. Ale nadal funkcjonowała u mnie świadomość, że On był w kościele i tam tylko na mnie patrzył.
Jako Ojciec uczyłem chłopaków tego samego. W Kościele zachowujcie się nienagannie , bo to miejsce gdzie Bóg mieszka. I z takim przeświadczeniem wyszli z domu.
Aż przyszedł czas,  gdy Boga z domowej izdebki wyprowadziłem na plac przed domem.
Ale nie tylko.
Już wcześniej czułem, że ON jest Wszechobecny. Nie tylko w kościele, w domu gdy się modlę, na pielgrzymce, przed pomnikiem Miłosierdzia. Ale to coś innego doświadczać łaski wszechobecności Boga, a coś innego życia w świadomości, że On patrzy na każdy mój ruch, rejestruje każde słowo, każdy grymas twarzy.
Jak to pogodzić z wolnością, z intymnością skoro On wchodzi nawet do łóżka ze mną.
Zachowuj się, bo dzieci patrzą mawiała Ewa.
Ale teraz już nie patrzą.
Nikt nie patrzy.
Można spuścić rolety i będzie ciemno.
Czyżby?
A w ciemności to i kradną i mordują i robią tyle najrozmaitszych rzeczy, bo to niby  nikt nie patrzy. W internecie możesz pisać anonimy, ukrywać się  pod pseudonimami byle cię nie rozpoznano. Dlaczego masz być sobą.
To tylko utrudni Ci życie.
A ZŁY tylko na to ręce zaciera i szepcze "Nikt nie widzi. Bóg nie patrzy". Gdyby patrzył - reagowały.
Jesteś wolny, liczy się tylko prawo ludzkie.To sąd przesądza co dobre a co złe. Zagłosujesz a Twój poseł określi aktualne kryteria dobra i zła.

Boże oko na co dzień, w każdej chwili dnia i nocy wydaje się w pierwszej chwili straszne. Wszechwiedzący , wszystkowidzący, rejestrujący każde zachowanie i srogo każący za wszytko, to obraz Boga nie do przyjęcia dla współczesnego człowieka.
Ale mój Bóg jest nie tylko wszystkowidzący, ale oprócz tego że jest sprawiedliwy jest i miłosierny. Do mnie jako do syna należy powiedzieć Panie zgrzeszyłem , Ty wszystko wiesz, Ja tylko muszę zgiąć kolana i upaść przed Tobą. Wyznać w pokorze te grzechy, którymi Cię obraziłem i prosić o przebaczenie. Okaż mi Panie Miłosierdzie Swoje.

A teraz bardzo Was proszę wspomóżcie mnie i nie tylko mnie, w modlitwie za kapłana, który bardzo cierpi, na imię ma Adam. Proszę o modlitwę za Niego w myśl słów:
"Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych mnieście uczynili"
i "Jedni drugich brzemiona noście".

sobota, 13 listopada 2010

Uniwersytet Świętości

Są różne uniwersytety, w Polsce najstarszy i najbardziej znany Jagieloński, a w Poznaniu oprócz znanego wszystkim Uniwersytetu im Adama Mickiewicza pojawiły się, w czasie gdy mnie należało się zapisać  na Uniwersytet Trzeciego Wieku, jeszcze dwa: Uniwersytet Przyrodniczy i Ekonomiczny.

Jest jeszcze jeden uniwersytet na ziemiach polskich, obejmujący zasięgiem nie tylko cały kraj, ale wychodzący z wykładami poza granice. Ten, może się pochwalić ponad tysiącletnią tradycją. To Uniwersytet Świętości pod Krzyżem. Właśnie dzisiaj obchodzimy wspomnienie jego pierwszych wykładowców: świętych Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna, pierwszych męczenników Polski.

Nie sposób wymienić wszystkich jego wykładowców i słuchaczy. Jest w tym uniwersytecie szczególna cecha, która wyróżnia go wśród innych uniwersytetów świata. Na tej uczelni wykładowca prowadząc wykłady jest jednocześnie słuchaczem, a słuchacz słuchając staje się jednocześnie nauczycielem. Skąd się bierze takie przemieszanie? Wszyscy: i dzisiejsi wykładowcy, i słuchacze dostaliśmy na wstępie taki sam indeks, którym był sakrament Chrztu Świętego. "Ja ciebie chrzczę w imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego". To wystarczająca legitymacja do tego, by każdy z nas mógł zostać współczesnym apostołem.

Dzisiaj kilka słów o obecnym dziekanie, a zarazem wykładowcy Uniwersytetu Świętości pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, o ks. Jacku Pawle Bałembie. Ksiądz Jacek prowadzi jednocześnie blog internetowy  http://novushiacynthus.blogspot.com/.
Jest to miejsce, gdzie każdego dnia czekam na jego kolejny wykład.
Teraz pragnę mu zadedykować słowa z dzisiejszego pierwszego czytania, z 3 listu św. Jana Apostoła (3J 2 i 5-8).

"Umiłowany,
życzę ci wszelkiej pomyślności i zdrowia,
podobnie jak doznaje powodzenia twoja dusza.
Ty, umiłowany, postępujesz w duchu wiary, gdy pomagasz braciom, a zwłaszcza przybywającym skądinąd.
Oni to świadczyli o twej miłości do Kościoła;
dobrze uczynisz zaopatrując ich na drogę zgodnie z wolą Boga.
Przecież wyruszyli w drogę dla imienia Jego nie przyjmując niczego od pogan.
Powinniśmy zatem gościć takich ludzi, aby wspólnie z nimi pracować dla prawdy."
Przybyliśmy z Ewą do Ciebie księże Jacku skądinąd. Przyjąłeś nas księże Jacku, byśmy świadczyli o Twojej miłości do Kościoła. Zaopatrzyłeś nas w słowa Prawdy, Pamięci i Nadziei zgodnie z wolą Boga. Wyruszyliśmy z Baranowa dla imienia Chrystusa, w trzecim dniu po zabraniu Krzyża  Smoleńskiego Solidarnych 2010, w poszukiwaniach tych, co pod nim zostali.  Po drodze, a trwała trzy dni, nie przyjmowaliśmy niczego od pogan. Mieliśmy dar dla nich, pozostał zapomniany u Ciebie. Współczesnych apostołów zostaliśmy rozproszonych. Józefa, z sukcesją apostolską spotkaliśmy niespodziewanie 100 km od Krzyża u siebie w rodzinnych stronach. Stanisław szedł za krzyżem na Wólce Węglowej. Jerzy, misjonarz pojechał się leczyć, a Ty przyjąłeś nas w podwarszawskiej gminie. Ugościłeś nas, poświęciłeś kilka godzin na rozmowę z ludźmi, których pierwszy raz w życiu widziałeś, by wspólnie z nimi pracować dla Prawdy. Tak, dla prawdy. Znakiem rozpoznawczym był  niewielki krzyż na meilu z 27 sierpnia 2010, którego cytuję w całości, by dać świadectwo Prawdzie.
+
M
Szanowny Panie Jerzy,
uprzejmie dziękuję za dobre słowo.
Dobre treści warto nagłaśniać, dokumentować. Siejemy a Pan Bóg będzie zbierał plony.
Liczba komentarzy jest marginalna, jeśli chodzi o ocenę wartości strony internetowej czy bloga.
Osobiście zaglądam do niektórych wartościowych stron, na których ilość komentarzy jest minimalna.
Rozbawił mnie Pan tym zdaniem: " Na Mszy św nie było homilii. I dobrze, gdyż zebrani mieli w planie wysłuchać homilię bezpośrednio z Jasnej Góry."
Pozdrawiam serdecznie i życzę błogosławieństwa Bożego
na dalszą pożyteczną posługę Prawdy.
Szczęść Boże!
ks. Jacek Bałemba SDB
Z tak ważnych, milowych znaków na drodze życia wiary wydawałoby się, że należałoby zrobić dla potomnych zdjęcie.Tyle ich robię. Aparat fotograficzny leżał przez całą rozmowę na stole, w zasięgu ręki. Świętych, intymnych słów zwierzeń, nie rejestruje się. Niech pozostaną w sercach rozmówców.

Gdyśmy się już pożegnali, zaprowadziłeś nas księże dziekanie do miejsca, skąd na co dzień czerpiesz siły do głoszenia słów Prawdy Pamięci i Nadziei. Bóg zapłać, że nas tu na moment wziąłeś ze sobą.

 
Na słowa Pojednania jeszcze nie nadszedł stosowny czas. Kiedy to nastąpi? Kiedy zmądrzejemy. Tak dzisiaj zakończył swoją ranną katechezę o 8:30 apostoł Józef  (ten z sukcesją apostolską) na antenie Radia Maryja. Radzę posłuchać powtórki, będzie o 17:10. Jest to Jego pierwszy (w takim ogólnopolskim i nie tylko zakresie) publiczny głos po rozważaniach o "Bezradności mojego Boga"  patrz  http://zapiskijerzego.blogspot.com/2010/08/bezradnosc-mojego-boga.html za które mi osobiście podziękował.

piątek, 12 listopada 2010

Ambicje zawieść na krzyżu

Swoje ambicje z pokorą zawieść Jerzy na krzyżu,
taką radę sformułowaną z miłością dostałem jako prezent na wczorajsze Święto Niepodległości.
Ucieszyła mnie ta dobra rada.  To prawda, niczego tak nie pragnę, jak z pokorą wybudować Świetlisty Krzyż Pojednań i zawiesić w jego wnętrzu dzwon, który od dwóch lat wożę ze sobą. Gdy taka będzie wola Boża, wtedy z radością zawieszę  swoje ambicje jak Chrystusową Kapłańską, czerwoną, męczeńską stułę na Krzyżu Pojednań.  Wypiszę na czterech ścianach krzyża, w dziesięciu językach  poniżej końca stuły modlitwy do trzech osób Trójcy Świętej i Maryji, a moje ambicje wybrzmią do końca z wnętrza krzyża, pełnym głosem dzwonu Pojednanie.
         A dzisiaj, moje zdanie współbrzmi z komunikatem Episkopatu Polski, w którym zawarta była prośba skierowana do polskich władz: prezydenta, premiera, do marszałków Sejmu i Senatu o powołanie komitetów, które stworzą projekt godnego upamiętnienia ofiar smoleńskiej katastrofy na Krakowskim Przedmieściu. Ta prośba została zignorowana. Coraz ciszej jest o pomniku, nie na Powązkach – dobrze że go tam odsłonięto, ale na Krakowskim Przedmieściu. Tego przecież życzyły sobie rodziny tragicznie zmarłych, oraz duża część społeczeństwa polskiego.

Świadek modlitwy i żałoby Polaków przybywających po katastrofie na Krakowskie Przedmieście, Chrystusowy  Krzyż, zostaje po cichu przewieziony do kościoła św. Anny.  Przez wiele dni trwa w Polsce walka z krzyżem. Ludzie którzy się tam modlą są ośmieszani i wyszydzani. Są dni, że stoi tam i po 100 krzyży trzymanych w dłoniach przez modlących się.  Nie wydaje mi się aby pytaniem: a co z pomnikiem, który może być jednocześnie krzyżem nawołuję do nieposłuszeństwa, że potępiam kogokolwiek.  Ja oceniam i potępiam działanie, bądź jego brak. Poruszyłem tę kwestię na ostatniej swojej spowiedzi. Kapłan zwrócił mi uwagę, że mam „dworskie” podejście do osób duchownych i podał przykład kilku świętych, którzy zwracali uwagę nawet papieżom, gdy ich czyny były delikatnie mówiąc niegodne. Kościół to docenił - zostali świętymi.  Spowiednik powiedział mi jedną rzecz,  która tak dopiero dzisiaj, w pełni do mnie dotarła. Jerzy jesteś na mocy sakramentu Chrztu Świętego tak samo Kościołem, jak każdy inny ochrzczony. Jesteś za niego, za Kościół, odpowiedzialny i widząc złe czyny masz obowiązek w miłości zwrócić uwagę bratu, braciom swoim.  Gdy rzecz dotyczy jednej osoby, zwracaj uwagę tylko tej osobie. Gdy rzecz dotyczy jednej grupy,  tylko z nią  rozmawiaj, ale gdy rzecz dotyczy zachowań społeczeństwa masz obowiązek publicznie zwrócić uwagę społeczeństwu. Czyń to z miłością do każdego człowieka. Tyle spowiednik.
Może niektórych moich czytelników zabolało, gdy publicznie zadałem pytanie:
Czy Jezus przyzna się do tych, którzy ”w uroczysty” sposób przenieśli najpierw krzyż z Krakowskiego Przedmieścia do kaplicy Pałacu Prezydenckiego, a potem przewieźli go fizycznie lub przenieśli duchowo popierając tę przeprowadzkę z pałacowej kaplicy do kościelnej.
Pomnik- Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, przed Pałacem Prezydenckim, to nie jest  kwestia tylko mojej ambicji, to sprawa głoszenia Ewangelii na dachach.
Zakończę słowami z zaczerpniętymi z ogłoszonej wczoraj przez papieża Benedykta XVI adhortacji apostolskiej ”Verbum Domini” : „Głosząc Ewangelię , zachęcajmy się nawzajem do czynienia dobra i działania na rzecz sprawiedliwości, pojednania i pokoju”.
Kto tego nie rozumie, to trudno.


Pozwoliłem sobie wkleić zdjęcie Hortensji z portalu wobroniekrzyza.
Dokumentuje ono Celebransów Mszy św. za Ojczyznę z 10 listopada z godz.17:00 w Katedrze Warszawskiej. Wśród celebransów jest trójka kapłanów prowadzących z ludźmi wieczorne modlitwy na Krakowskim Przedmieściu.