poniedziałek, 31 stycznia 2011

Dzień Babci i Dziadka

Babcią i Dziadkiem można być z krwi i kości, ale można być na własne życzenie. Ot, tak z własnego wyboru. Słyszeliście pewno o duchowej adopcji. Duchowa adopcja odnosi się do dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Ruch ten zrodził się w Kościele jako odpowiedź na wezwanie Matki Boskiej Fatimskiej. Polega na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy różańca oraz specjalnej modlitwy w intencji dziecka , którego życie w jakiś sposób jest zagrożone, oraz w intencji jego rodziców.

Chciałbym Wam opowiedzieć o innej adopcji.
Na początku zrobię zastrzeżenie. Wszystkie imiona zostały wymyślone. Zbieżność sytuacji z imionami przypadkowa. A cała opisana sytuacja stanowi zlepek kilku prawdziwych historii,  które znalazły, bądź aktualnie  znajdują potwierdzenie w rzeczywistości.
Pewno adopcja to za duże słowo do poniższej historii. Nazwijmy ją dyskretną opieką.

Są takie sytuacje, że matka bardzo chce urodzić dziecko i robi wszystko, aby się urodziło żywe i zdrowe. Przestaje palić papierosy, nie bierze do ust alkoholu, ani innych używek.
I rodzi. Na świat przychodzi nowy człowiek. Ale matka dajmy jej imię "ONA" nie ma żadnego oparcia w ojcu dziecka. Będę mówił o nim "ON". Różne mogą być tego przyczyny.

Położna z Oświęcimia odbierała w obozie koncentracyjnym setki żywych dzieci, które potem w przeważającej liczbie ginęły z rąk hitlerowskich oprawców. To drastyczny przykład. Ale są  i takie matki np ofiary gwałtu, które chcą urodzić dziecko w nich poczęte. Są matki, które rodzą dziecko jako wdowy. Życie jest bardzo bogate i pisze najprzeróżniejsze scenariusze. Nie będę wchodził w szczegóły. ONA rodzi dziecko. Rodzi się dziecko, które nie ma ojca i nie ma dziadków.

Do metryki urodzenia (załóżmy, że to dziewczynka)  ANELI  matka nie potrafi podać imienia ojca. Urzędniczka proponuje matce: wpiszmy ANELI imię mojego męża. ON nie będzie miał nic przeciwko temu. A jakie nazwisko wpiszemy  ANELI zastanawiają się obie?
Ja jestem po porodzie taka słaba, lepsze dla niej będzie jak Pani dla niej coś wymyśli, mówi ONA.
Mówi Pani że jest Pani słaba i że lepsze nazwisko ja wymyślę?
Wobec tego nie będziemy się dużo zastanawiać i nazwijmy małą SłABO-LEPSZĄ. Tylko ostrzegam, tak jak teraz wpiszemy tak już zostanie w dokumentach.
Proszę mi powtórzyć jak to brzmi w całośći.
Anela Słabolepsza.
Może być?
Niech tak będzie,  przytakuje ONA.

Nie łatwo było wrócić ONEJ do rodzinnej wsi. Wprost nikt nie śmiał zapytać co z ONYM, a ONA  nie kwapiła się do zwierzeń. Nie była najlepszego zdrowia. Zachorowała na śmiertelną chorobę. Trzy letnia Anela pamięta dzisiaj jak chwaliła się koleżankom; "A moja mama umarła".
Taką wiadomością nie mogło się pochwalić żadne dziecko w okolicy. Anela pamięta do dzisiaj, jak ktoś z rodziny szył dla jej mamy białą suknię do trumny. Nie było wesela, niech choć do grobu złożą ją w białych szatach mówili sąsiedzi. Zasłużyła sobie na nie.
Wszyscy wkoło, gdy chodziła z brzuchem, doradzali jej przerwij ciążę, nie bądź głupia, a ONA wiedziała swoje. Od pierwszego drgnienia kochała ANELĘ, tą swoją  głuchą na "dobre" rady matczyną miłością. Sąsiedzi i znajomi mówili, żę zmarła ze zgryzoty. Bez męża, wyklęta za życia przez własną matkę, bez żadnych szans na pomoc dziadków odważyła się urodzić ANELĘ.  Przed nią był dom samotnej matki. Znała go z autopsji. Mieszkała w nim przez rok, a trzy lata przed urodzeniem ANELII. Sąd odebrał jej prawa rodzicielskie nad dwójką starszego rodzeństwa ANELII i przyznał je ojcu tych dzieci.

Tak więc ANELA po śmierci mamy została sama na świecie. Pełna sierota. On nieznany, matka w grobie. Dziewczynkę przygarniają z urzędu niechętni za życia matki dziadkowie. Długo trwało nim prawnie stali się ustawowymi opiekunami ANELI. Sprawa rozbiła się o zasiłek rodzinny i pomoc społeczną. Dziadek emeryt miał kłopot z wyżywieniem rodziny, a babcia nigdy nie pracowała, to i nie miała żadnej emerytury.
 ANELA rosła w latach. Do przedszkola ją dziadkowie nie zapisali. Nie mając rodzeństwa uciekała dziadkom na ulicę do dzieci do towarzystwa. Szkołę podstawową skończyła ze świadectwem z czerwonym paskiem. Nie wiadomo po kim odziedziczyła zdolności, bo nauka przychodziła jej stosunkowo łatwo. Szczególny pociąg miała do muzyki i jako samouk nauczyła się gry na fortepianie. Do szkoły średniej zapisała się sama. Od dzieciństwa była samodzielna i wszystko co dotyczyło jej osoby potrafiła sobie załatwić. Po szkole podjęła pracę, a z oszczędności zarobiła sobie na studia.

To historia mojej babci powiedział Witek, ależ nie to historia mojej babci powiedział Kuba, w tej opowieści dużo jest o mojej babci podsumował Jerzy, nieprawda to o mojej babci powiedziała Ewa. Co wy tam wszyscy gadacie to historia naszej przyszywanej wnusi podsumowała Irena z Jurkiem. I bądź tu mądry o kogo tu chodzi zakończyła dyskusję Iwona.

niedziela, 16 stycznia 2011

Msza Święta w szpitalu

Wychodzący na spacer pacjenci Szpitala Sanatoryjnego w Kiekrzu, o ile się odważą wejść zimą na śliską taflę lodu pokrywającą kierskie jezioro, spojrzawszy w kierunku północnym, dostrzegą na horyzoncie  wieżę kościoła p.w. św. Michała Archanioła i Wniebowzięcia NMP w Kiekrzu. Cóż z tego? Skorzystanie z niedzielnej Mszy Świętej w tym zabytkowym kościele, zwłaszcza przez pacjentów Oddziału Neurologicznego jest praktycznie wykluczone.
Bardzo dobrze, że Kościół nie pozostawił ich samym sobie. Na tablicach ogłoszeń, na obu szpitalnych oddziałach, wiszą ogłoszenia informujące o niedzielnych Mszach Świętych odbywających się na terenie szpitala w każdą niedzielę o 11:30.
Dla chorych, to doskonale wybrana pora dnia. Msza Św. kończy się pół godziny przed obiadem. A do tego, co dla osób ledwo się poruszających jest bardzo istotne, to istnieje możliwość skorzystania z Sakramentu Pokuty przed i po Mszy Świętej.
Niedziela 16 styczeń 2011 roku godz. 10:25. Na sali rehabilitacyjnej, gdzie każdego dnia dziadek ma zajęcia rehabilitacyjne, zgromadziła się spora grupa chorych, tych, którzy nie rozjechali się na przepustki do domów. Czy przybyli wszyscy, którzy zostali w szpitalu? Pewno nie. Mimo, że dzisiaj babcia z dziadkiem, który dostał przepustkę do domu,  pojechali z dzwonem Pojednanie na Mszę Świętą do szpitala, i dziadek na pół godziny oraz na 15 min przed Mszą Świętą zwoływał głosem dzwonu wszystkich chorych na Eucharystię, znaleźli się tacy, którzy nie skorzystali z okazji.  Nie chodzi o obłożnie chorych, przykutych do łóżka, ale o tych, którzy schodzą ( zjeżdżają windą) na parter do stołówki na posiłki.

Dziadek mówi, że zna takiego jednego Pana,. Mówi, że to bardzo nieszczęśliwy człowiek i dlatego stara się z nim dużo rozmawiać. W szpitalu oprócz pacjentów z chorym sercem są pacjenci po udarze mózgu. Dziadek mówi, że inni od tego Pana stronią, nazywając go dziwakiem.Dziadek, który czyta dużo o glejaku i wie jak bardzo może być uszkodzona psychika ludzka niczemu się nie dziwi. Podobnie ksiądz kapelan, który przyjechał z macierzystego szpitala przy ul. Juraszów. On mimo, że stosunkowo młody, ma doskonałe podejście do chorych. Dzisiejszą Mszę Świętą odprawił w intencji tych, którzy nie przyszli na Eucharystię. Im najwięcej potrzeba łaski wiary.

Dzisiejszą homilię Ksiądz Kapelan rozpoczął od przypomnienia zebranym świadectwa św.Jana Chrzciciela.
Mówi św. Jan:
"Ja ujrzałem".
"On jest Synem Bożym".
"Oto Baranek Boży".
Te słowa wystarczyły by uczniowie Jana poszli za Jezusem.
Podobnie my. idziemy z Tym, którego wskazuje kapłan.
Ale dlaczego baranek?
Dla Żydów baranek zabijany w Święto Paschy nawiązywał do krwi baranków zabijanych przez Izraelitów w Egipcie. Gdy krwią baranka pomazywali swoje odrzwia,  Bóg zachował ich potomstwo.
Jezus skazany na śmierć, Jego Krew odkupieńczo za nas przelana. Oto Baranek Boży. Dla uczniów Jezusa było jasne, aby to czynili. Sprawując Eucharystię naśladowali z dziękczynieniem, że Chrystus umarł i zmartwychwstał. Odwracam się plecami od Jezusa, jak nie idę na Mszę Świętą. Wielu wybiera coś innego. Mówią, że wolą pomodlić się w ciszy. Zapominają, że kto spożywa Ciało Moje  ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. To słowa Jezusa Chrystusa. To dar łaski Pana Boga.
Kończąc Ksiądz Kapelan prosił byśmy modlili się za siebie nawzajem, zwłaszcza za tych którzy gardzą Eucharystią.

 Naszą odpowiedzią na te słowa była wspólna modlitwa wszystkich obecnych na sali, Ojcze Nasz i podanie sobie rąk na znak pokoju.


Oto Ciało Pańskie ....
Oto Krew Pańska ...


 Przez Chrystusa,  z  Chrystusem i w Chrystusie .....



Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata.
Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka.
Panie nie jestem godzien, abyś wszedł do serca mego, ale rzeknij tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

 Msza Święta kończy się błogosławieństwem Kapłana. Krzyż uczyniony Jego ręką i słowa do zobaczenia za tydzień. To ostatnie zdanie wypowiadane w szpitalu ma szczególną wagę. Chorzy mimo, że są pod troskliwą opieką służby medycznej lekarzy, pielęgniarek, rehabilitantek i całej obsługi szpitala są szczególnie narażeni na utratę zdrowia.
Bóg zapłać Księże Kapelanie za Twoją posługę wśród chorych. Jest równie ważna i potrzebna dla chorych, jak praca służby zdrowia.
Chory z Bogiem szybciej dochodzi do zdrowia bo tak jak powiedział Ksiądz  Kapelan cytując jednego z chorych: " Dziadek czuję się lekko, bo wie, że z nim jest Chrystus".

Ps. Na chodziku - urządzeniu do nauki chodzenia dla dorosłych - dziadek ustawił przed Mszą Świętą swój Świetlisty Krzyż. Pewno daleka jeszcze droga, zanim dojdzie do jego realizacji.w naturze. Podobnie w oknie za Kapłanem dziadek ustawił portret Czcigodnego Sługi Bożego Jana Pawła II. Dzisiaj 16-ty dzień  miesiąca wieczorem pod pomnikiem Bożego Miłosierdzia wotum wdzięczności za pontyfikat Papieża Jana Pawła II zgromadziła się na modlitwie spora grupa osób wśród których stała babcia z dziadkiem i tato


DOPISANE 9 LUTEGO 2011
SPOWIEDŹ

Opiszę Wam jak ostatnio doświadczyłem Boga w Sakramencie Pojednania:
Mam stałego spowiednika. Będąc w stanie łaski uświęcającej, przyjmując Jezusa prawie każdego dnia do serca swego nie spowiadałem się dwa miesiące. Tego dnia od rana czułem, że muszę się wyspowiadać. Nie to żebym miał wielki grzech. Bo czy grzechem może być puszczenie na swoim blogu reportażu ze Mszy Świętej w której uczestniczyłem będąc w szpitalu?
A jednak tym razem miałem „kaca” . Kilkanaście już razy zamieszczałem reportaże (zdjęcia + tekst) z różnych okolicznościowych Mszy św. na swoim blogu, ale nigdy tak nie było. Tak jak zawsze miałem dwa zdjęcia z Przeistoczenia tyle, że tym razem celebrujący Mszę św. młody kapelan szpitalny poprosił mnie, bym ich nie umieszczał na blogu. Przytaknąłem mu i jeszcze tego samego dnia fotoreportaż znalazł się w sieci.
Po kilku dniach Prowadzący ten blog Ksiądz Jakub wpisał mi pod tym reportażem takie oto słowa:
„ Eucharystia to wyjątkowy moment. Jesteśmy wtedy bardzo blisko zjednoczeni z Panem Bogiem. Wspaniale, że tyle osób może uczestniczyć we Mszy Świętej w szpitalu. Pozdrawiam serdecznie, z Panem Bogiem!”
To mnie upewniło, że nic takiego złego nie zrobiłem. A jednak . Sumienie mnie gryzło a ciekawość zżerała. Co powie szpitalny kapelan gdy mnie spotka w następną niedzielę.
On załatwił sprawę krótko: Prosiłem by pan tych zdjęć nie umieszczał, a Pan nie dotrzymał słowa. Proszę je zdjąć. A tekst spytałem? Tekst jest doskonały.
Pierwsze co zrobiłem gdy dotarłem do kompa to usunąłem te dwa zdjęcia z Przeistoczenia.
Następnego dnia w poniedziałek po nieprzespanej nocy pojechałem do miasta do spowiedzi. W konfesjonale zasiadł znany mi z widzenia młody kapłan (nie kapelan i nie mój stały spowiednik). Miałem tylko praktycznie ten jeden grzech. Po jego wyznaniu
Przemówił do mnie Jezus. Musiał mówić długo, bo gdy spowiedź się skończyła, było akurat Podniesienie. (rozpocząłem się spowiadać na początku Mszy św). Czy coś spamiętałem z nauki? Żadnej konkretnej treści, żadnego przesłania. Jedno co pamiętać będę z tej spowiedzi to świadomość, że mówił do mnie Jezus. Świadomość tego, że nie chciałeś bracie posłuchać Mojego Kapłana dałem ci posłuchać Siebie. Dziękuję Ci Jezu.
Z Panem Bogiem.
Ps. Po przeistoczeniu wyszedł z konfesjonału ten sam młody kapłan, który 20 min wcześniej wszedł na moich oczach do konfesjonału.

sobota, 15 stycznia 2011

Dziadek w sanatorium



Ul. Uzdrowiskowa w Poznaniu prowadzi tylko do szpitala sanatoryjnego.


Poznaniacy mówią, że to szpital w Kiekrzu. Na zdjęciu widok w nocy zza płotu, na frontową elewację szpitala.
Ten budynek to dawne biuro przepustek. Biało- czerwony szlaban i wartownicy z bronią ochraniali przed laty, budynek szkoleniowo sanatoryjny Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
Drugi balkon od lewej na pierwszym piętrze to pokój w którym zakwaterowano dziadka.
Stany pozawałowe wymagają po zabiegu koronagrafii dalszego leczenia. Najlepiej jak to się odbywa bezpośrednio po opuszczeniu szpitala, Wtedy wszystko prawidłowo się leczy pod nadzorem lekarskim i współczesnej techniki. Niestety dziadkowi Jurkowi udało się załapać na Kierskie sanatorium dopiero po 7 tygodniach. Nie obyło się bez trudności, bo podobno, gdy w wypisie ze szpitala nie ma wprost wyraźnej klauzuli, że pacjent wymaga dalszego leczenia, to NFZ nie chce zwracać szpitalowi uzdrowiskowemu kosztów leczenia. Na to nałożył się kłopot z tym że dziadek był operowany w Zielonej Górze, a nie na terenie Wielkopolskiej Kasy Chorych, gdzie płaci podwójną składkę zdrowotną. Ostatecznie wyznaczono dziadkowi termin na przyjęcie do szpitala na poniedziałek 10 stycznia. Zawiozła go do niego z bambetlami babcia i zostawiła lekarzom na pożarcie. Poczekała aż dziadek wybierze sobie jedno z dwóch jeszcze wolnych łóżek, w pokoju 102 na pierwszym piętrze i pojechała do domu.

Dziadkowi  zrobiło się trochę smutno, bo bez babci ani rusz. Od pierwszego dnia lekarze wzięli się od razu za dziadka. Zrobiono mu eho serca, które miało być wykonane po miesiącu od operacji. Lekarz powiedział dziadkowi, że sprawność serca ma aktualnie na poziomie 40%  co bardzo ucieszyło dziadka, który sobie to dość pokrętnie wytłumaczył.. Skoro bezpośrednio po operacji miał sprawność 30%, to nastąpiło wyraźne polepszenie, bo aż o 33% w stosunku do wyjściowego 30 %. A że to i tak dużo za mało, tym się dziadek nie przejmuje. Ważne, że nastąpił zauważalny postęp w dobrym kierunku.

Tablica przy wejściu do budynku szpitala.
 Z prawej tablica poświęcona Związkowi Zawodowemu "Solidarność " dzięki któremu były budynek PZPR został przekazany na Szpital Rehabilitacyjny.

Na ścianie w hollu na reprezentacyjnym miejscu umieszczono błogosławieństwo Papieża Jana Pawła II dla pracowników Oddziału Kardiologicznego w Kiekrzu.

Na tablicy ogłoszeń poczesne miejsce zajmuje Ramowy Plan Dnia, który dziadek zna na pamięć. Z prawej strony wejście do pokoju Ordynatora Oddziału.udekorowane podziękowaniami studentów Wydziału Rehabilitacji.


Jedną z bardzo ważnych przyczyn powstawania zawału jest nieprawidłowa dieta. W szpitalu starano się podawać chorym prawidłowe jedzenie. Oto przykład jadłospisu z dnia 14.01.2011



To widok na szpitalną stołówkę. Z prawej dziadek siedzący ze współpacjentem. Pan ten jest od siedmiu lat w połowie ciała sparaliżowany


Paraliż dotyka nie tylko starsze osoby, takie jak dziadek. Proszę spojrzeć na tę młodą dziewczynę. Nie ma więcej niż 25 lat. I ona uśmiechając się do wszystkich, cierpi na paraliż jednej strony ciała i chodzi o kulach.

niedziela, 9 stycznia 2011

Chrzest Dziadka Jurka

Ślub moich pradziadków Heleny i Ludwika odbył się w 1941 roku w Poznaniu. Choć akt ślubu był spisany po niemiecku młodzi przysięgę małżeńską składali po polsku, bo taki tylko język oficjalnie znali. Wesele było takie, jakie mogło być w warunkach okupacji. Dwoje świadków i prapradziadkowie ze strony Pradziadka.
Pani młoda dostała od Niemców przepustkę na przejazd z Kępna do Poznania na jeden dzień przed ślubem. Poinformowana listownie, że Niemcy robią łapanki i rewizje na dworcu Głównym w Poznaniu, miała wysiąść jedną stację wcześniej w Starołęce. Tu z rowerem i kwiatami czekał na nią przyszły mąż, mój pradziadek Ludwik.  Szczęśliwie przez całe miasto dotarli na przeciwległą stronę Poznania.
     Prawie wszystkie ozdobne telegramy ślubne były nie tylko pisane po Polsku, ale i miały polskie nadruki mimo, że w Poznaniu można było wtedy oficjalnie drukować i sprzedawać niemieckojęzyczne druki okolicznościowe (stemple, datowniki na kopertach są oczywiście z nazwą POSEN bo tak Poznań  nazwali Niemcy.
        Wśród  telegramów był jeden szczególny. To była niewielka kartka  z życzeniami od  najstarszego kuzyna mego dziadka Jurka - Henryka Powelskiego z obozu koncentracyjnego w Matchauzen Guzen  W 1940 roku  jako 17 letni chłopak za udział w strukturach poznańskiego ruchu oporu został przez Niemców zatrzymany i osadzony najpierw na poznańskim forcie VII (pierwszy na ziemiach polskich niemiecki obóz koncentracyjny), a potem przewieziony z wyrokiem 20 lat do obozu koncentracyjnego a Buchenwaldzie, a następnie do Matchauzen. On to po oswobodzeniu  obozu przez armię amerykańską,  po skończonej wojnie, wrócił okaleczony (Niemieccy lekarze robili na nim eksperymenty medyczne) ale żywy do domu, do Poznania.
          Po roku od ślubu moim pradziadkom w 1942 roku urodził się synek – mój dziadek Jurek. Na świat przyszedł w maleńkim mieszkaniu na poddaszu, w którym dorośli musieli chodzić zgarbieni z pochyloną głową (można je obejrzeć jeszcze dzisiaj)  W szpitalu położniczym na Polnej były wtedy miejsca dla Niemek. Polki musiały wtedy rodzić dzieci po domach, a porody odbierały zazwyczaj położne.
Noworodka  ochrzcono 13 września 1942 roku po trzech tygodniach od przyjścia na świat w jednym z dwóch czynnych na terenie Poznania kościołów pw. Matki Boskiej Bolesnej na Łazarzu, z którego zdjęcia zamieściłem obok. Ze znalezieniem chrzestnych był wielki kłopot. Polacy nie mogli swobodnie podróżować między Rzeszą Niemiecką (Poznaniem), a Częstochową gdzie na okres wojny schroniła się rodzina mojej prababci. Ostatecznie chrzestnymi  dziadka Jurka został kuzyn mojej Prababci Marian Nowak z Paczkowa pod Poznaniem (pochowany na cmentarzu w Swarzędzu) oraz siostra mojego Pradziadka Barbara Borkowska pochowana w jednym grobie z moimi prapradziadkami w Krzyżownikach.
Rodzice małych  Polaków mogli w Kraju Warty w okresie okupacji nadać swoim dzieciom tylko kilka imion: Wojciech, Jerzy, Kazimierz , Marek  i Zbigniew. Inne imiona zarezerwowane były tylko dla Niemców.  Te niby to „słowiańskie” imiona miały ich w przyszłości odróżniać od pozostałych Niemców Wielkiej Rzeszy Niemieckiej jaka miała powstać po skończonej zwycięskiej wojnie. I odróżniają  w szkolnej klasie dziadka Jurka było 5 Jerzych, 4 Wojtków, 3 Kazików i 3 Zbyszków  wszyscy rodowici poznaniacy.
  Przez całą wojnę pradziadek Ludwik pracował w dużej stolarni przy ul Dąbrowskiego dojeżdżając do pracy z Ławicy (obecnie mówi się z Woli) w okolice Rynku Jeżyckiego rowerem. Nie było wtedy pętli tramwajowej na Ogrodach . Tramwaj jeździł tylko do ul. Polnej. A linię trolejbusową uruchomiono z Ogrodów na Ławicę dopiero po wojnie. Dziadek Ludwik był inwalidom i z tego powodu nie służył przed wojną w Wojsku Polskim.
Na wypadek wojny miał tylko przydział mobilizacyjny do Straży Pożarnej. Gdy wybuchła wojna  i tam okazał się niepotrzebny. Nie wcielili go też Niemcy do swojej armii. Zbyteczny był im na froncie kolejny inwalida. Jako, że był dobrym fachowcem, szanowanym przez polską załogę folksdojcz  Oziemkowski (Polak który wyparł się polskości i przyjął obywatelstwo Niemieckie, zrobił się Niemcem )  który przejął fabrykę mebli zrobił mego pradziadka majstrem.
        Sam mając babkę  narodowości niemieckiej namawiał prapradziadka Ludwika by też zrobił się folksdojczem., korzystając z tego, że twoja praprapra Babcia Jadwiga, żona Stefana organisty  była z domu Meller. Mimo że miała niemieckie nazwisko była gorącą patriotką Polką ,W  jej szerokiej rodzinie nikt nie wszedł w lukratywny układ z okupantem i nie zrobił się Niemcem. Miał pradziadek przez całą wojnę pracę i kartki na żywność, a gdy mu się urodził syn (mój dziadek Jurek) dostał z niemiecką skrupulatnością nawet całą wyprawkę dla dziecka.
Na zdjęciu obok chrzcielnica przy której był chrzcony dziadek Jurek
Prababcia Helena po urodzeniu niestety musiała iść obowiązkowo do pracy. Był czas wojny i okupantowi zależało na każdych sprawnych rękach do pracy. Pracowała u Niemca jako pomoc domowa, zostawiając mego maleńkiego dziadka Jurka pod opieką siedemdziesięcioletnich teściów.  Gdy pod koniec wojny na niebie ukazywały się amerykańskie bombowce zrzucające bomby na fabrykę uzbrojenia mieszczącą się na terenie obecnych Targów Poznańskich cała moja rodzina chowała się w niewielkiej piwnicy. to dziadek stojący dzisiaj przy chrzcielnicy.
   Dom stał niedaleko zabudowań koszarowych i hangarów z samolotami i sprzętem  lotniczym i zachodziła obawa, że któraś z bomb wybuchnie w pobliżu. Niemiecki system alarmowy był w miarę sprawny i w Poznaniu wyły syreny na kilka minut przed nalotem bombowców. Gdy wojna się miała ku końcowi wszyscy Polacy w wieku do 60 lat zobowiązani byli stawić się do kopania rowów przeciwczołgowych , które okalały kilkoma pierścieniami całe miasto.  Miasto Poznań ogłoszono twierdzą, a jej ostatnim bastionem była poznańska cytadela. .
  Gdy zbliżał się front mieszkający w Poznaniu Niemcy opuszczali w pośpiechu miasto. Radowały się wtedy serca moich pradziadków. W mieście został tylko silny garnizon wojskowy. Wojska radzieckie okrążyły Poznań idąc dalej na zachód, a do miasta od zachodu  weszły jednostki drugiej linii.

                                                      
       23  Lutego armia radziecka oswobodziła Poznań  i tego też dnia 23 lutego 1945 roku mój pradziadek Ludwik Zygarłowski dostał z Polskiego już Magistratu Miasta chyba jako pierwszy stolarz zgodę na prowadzenie pod własnym nazwiskiem stolarni przejętej po Niemcach. I tak ruszyła Stolarnia Ludwik Zygarłowski produkująca okna, drzwi i meble dla urzędów, szpitali i szkół, gdyż tam były najpilniejsze potrzeby.
       Potrzeby były i w innej dziedzinie. Polska straciła w czasie wojny 6 mln obywateli. Po roku urodziła się moja ciocia Marysia siostra mego dziadka Jurka  a po kolejnych dwóch latach mój wujek Tomek brat dziadka.
   

I tak to szczęśliwie zakończył się ten  5 letni okres II wojny światowej w mojej rodzinie. Nikt nie zginął, nikt z blisko 100 osobowej rodziny nie umarł nawet śmiercią naturalną w tym okresie. I za to do końca życia dziękowali Bogu moi prapradziadkowie Stefan i Jadwiga dożyszy 60 lecia swojego małżeństwa oraz Stanisław i Jadwiga oraz moi pradziadkowie Ludwik i Helena.

spisał dziadek Jurek Zygarłowski 20.04.2008

Uwaga: Wszystkie zdjęcia zrobił dzisiaj dziadek  Jurek w kościele w którym był przed laty chrzcony.

sobota, 8 stycznia 2011

kolęda

Kolęda - odwiedziny duszpasterskie. Spotkanie opłatkowe w Parafii. Heppening na placu Marszałka Piłsudskiego w Warszawie. Trzej Królowie i szopka na Krakowskim Przedmieściu. Msza Święta za duszę m.innymi Ani z relacją z ostatnich miesięcy jej życia. Czcigodni. Oj dużo się tych spraw nazbierało, o których warto by choć kilka słów powiedzieć.

*****
Tym razem odwiedził nas Ksiądz Kanonik. Stół jak zawsze przykryty białym obrusem. Na nim stojący niewielki metalowy Krzyż z Ukrzyżowanym, woda święcona w miseczce, kropidło, świeczka (z wrażenia nie pamiętam czy się świeciła) i żywy kwiatek w doniczce, różowy fiołek alpejski. Po wspólnym odśpiewaniu kolędy, modlitwa z błogosławieństwem domu i jego mieszkańców oraz pokropienie wodą święconą. Ksiądz podaje nam do pocałowania Krzyż stojący na stole. To nowość, która mnie zaskoczyła i bardzo ucieszyła. Zastanawiam się kiedy to ja ze czcią całowałem ostatnio Krzyż. Taki malutki przy różańcu,całuję można powiedzieć machinalnie, ale taki trochę większy jakich kilka mam w domu i taki duży, misyjny, jaki stoi przy parafialnym kościele? W Wielki Piątek, tak to już było  dziewięć miesięcy temu. Dziewięć miesięcy - każdy z synów się w takim czasie zdążył począć i urodzić. A ileż to razy w tym czasie przykładałem ucho do brzucha Ewy i całowałem jej błogosławione łono. Ale nie o taki wielkopiątkowy, przed ludźmi, pocałunek Krzyża  mi chodzi. Chodzi o coś więcej. O pocałunek w swoich czterech ścianach. Spoglądam w domu na różne Krzyże. Mam ich kilka, opisałem je chyba kiedyś wszystkie na blogu,. Ale żeby je z czcią całować? Nie można być godnym czci, jak mi ostatnio kilka osób napisało z Apostołem Józefem na czele, jak się samemu ze czcią nie całuje się własnego, domowego Krzyża. Dobrze, że jest, dobrze że wisi  w centrum domu na reprezentacyjnym miejscu. Dobrze, że się przed nim modlę. Ale to mało. Krzyż wymaga większej  czci  na co dzień. Adoracji. Ileż to trwa wzbudzić w sobie chęć adoracji i złożyć na Nim pocałunek czci, a potem zająć się codziennymi zajęciami. Nie nauczył mnie tego rodzony Ojciec w młodości. A szkoda. A może i nie szkoda. Do tego trzeba dojść samemu.

****
Rozmowa z Kapłanem schodzi na temat postawy klęczącej przy udzielaniu Komunii Świętej. Ksiądz Kanonik - parafialny rezydent przyznaje się, że bardziej odpowiadał mu sposób udzielania Komunii Świętej do  ust i na klęcząco. Przez wiele lat, tak ją udzielał i z chęcią wrócił by do tej praktyki i to z bardzo prozaicznego powodu. Ma chyba 74 lata i bardzo Go boli kręgosłup,  gdy dłużej stoi w jednej pozycji. W czasie Mszy Świętej stara się ruszać przy ołtarzu i jest dobrze, ale przy dłuższym komunikowaniu w stojącej pozycji jest mu po prostu ciężko. Z góry zastrzegł, że nie chciałby niczego zmieniać w kościele, w którym nie jest proboszczem. Skoro Ksiądz Arcybiskup wprowadził pozycję stojącą, to widocznie taki jest trend i tak należy jej udzielać - stwierdził. Nie raz chwalił  nawet naszych parafian za równy dwuszereg i porządek przy przyjmowaniu Komunii Świętej. O ten porządek dba od lat nasz Ksiądz Proboszcz. Widocznie za zmusztrowanych parafian zbiera biskupie pochwały. A może by tak tytułem próby Ksiądz Kanonik udzielał Komunii Świętej wzdłuż jednej połowy balasek, gdy drugi kapłan udzielał by jej jak dotychczas,  na stojąco i w dwóch rzędach. Ale czy ludzie zechcą z powrotem klękać?  Trzeba spróbować, zachęcić do postawy klęczącej. Może trzeba iść pod prąd? Czy muzułmanie w ramach ekumenizmu mają nas uczyć naturalnej ludzkiej pozycji klęczącej?
 ****

Na spotkaniu opłatkowym w Parafii, po przeczytaniu przez Księdza Proboszcza fragmentu Ewangelii dotyczącego narodzin Jezusa wg Św. Marka (wg Biblii Poznańskiej), śpiewaliśmy kolędy. Każda osoba siedząca przy stole miała rozpocząć śpiewanie swojej ulubionej kolędy. Gdy przyszła  na mnie kolej, nim rozpocząłem śpiew zwróciłem uwagę na bliski memu sercu refren "Dzisiaj w Betlejem" mówiący o tym, jak to "bydlęta klękają, gdy na Jego twarz patrzają". Przeszło to jakoś niezauważone.
Gdy wczoraj pytała mnie Pani Basia o wrażenia z parafialnego opłatka zwróciłem uwagę, że sporo miejsc było pustych przy stole. Zapytała co zrobić? Zabrakło mi języka w gębie. A należało odpowiedzieć: żarliwie się modlić. Ale Pani Basia się tak modli. No to może ze czcią klękać do Komunii Świętej. Tego Pani Basia nie czyni. A gdyby tak klęknęła obok mnie. Może za jej przykładem poszłyby i inne Matki Różańcowe? Przemyślcie to Szanowni Parafianie czytający ten blog.

http://otoczyniewszystkonowe.pl/komunia.html

Moja Ewa gdyby mogła z pewnością klęknęłaby obok mnie, ale dobrze wiecie, że nawet na stojąco i do ust boi się przyjmować Ciało Pańskie by się nie zachwiać i nie upaść. Choć muszę przyznać, że jeden z Apostołów nie wiedząc o jaj przypadłościach i chorobie odmówił jej podania Komunii Świętej na rękę. I co? Przymuszona nagłą sytuacją przyjęła Najświętszy Sakrament  do ust i nic się nie stało.
Rozumiem Ją, to zdarzenie, to zupełnie coś innego niż stres przez połowę Mszy Świętej i obawa, czy gdy podniesie nieco głowę w górę i mimowolnie przymknie oczy, to upadnie bo już takie ma neurologiczne schorzenie.(przy końcu roku przy spontanicznym zadarciu głowy, wpadła do wanny i się dotkliwie potłukła uderzając głową o metalową baterię nad wanną).


                                                    Dwa dni temu obchodziliśmy Święto Trzech Króli. Przywrócone po latach obchodzone było z wielką pompą w kilku miastach. Największy pochód przeszedł ulicami Warszawy. "Idąc do szopki, jesteśmy podobni do Trzech Króli, którzy z dalekich krajów przyszli , by się pokłonić Chrystusowi, a jednocześnie nie wstydzili się, że klękali przed małym dzieckiem" mówił Kardynał Kazimierz Nycz.
Trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego Czcigodni Magowie klękali? Klękali, bo na Jego Boską twarz patrzali.Bili pokłony, bo przed Bogiem ugnie się każde kolano. Nikt Wam nie każe stać. Instrukcja mówi że najpierw należy przyklęknąć na jedno kolano, a potem wstawszy podejść i przyjąć Pana na stojąco. Oni Magowie, uczeni w piśmie klękali przed Bogiem niemowlakiem. A my co?
Na Krakowskie Przedmieście gdzie ciągle, każdego dnia w miejscu Pamięci, Prawdy i Nadziei trwa modlitwa przyszli kolędnicy ze szopką. Gdy byłem dzieckiem także w okresie Bożego Narodzenia chodziłem po domach ze szopką śpiewając kolędy. Ze szopką po Baranowie chodzili i moi starsi dwaj synowie. Czy Łukasz chodził tego nie pamiętam. Warto by wrócić do tego starego zwyczaju zwłaszcza, że od kilku lat pierwszo-komunijne przebierańce chodzą z dyniami (po poznańsku z korbolami) po domach prosząc o cukierek przed Wszystkimi Świętymi,.które nazywają świętem zmarłych.
****
Przy kolacji i przy kawie przesiedzieliśmy w święto Trzech Króli, po wieczornej Mszy Świętej z rodziną zmarłej Ani, słuchając opowieści o ostatnim roku zmagania się z przykrą dla samej chorej i dla najbliższych chorobą.
Dla człowieka wiary nie pozostaje w takiej sytuacji nic innego,  jak tylko modlić się o błogosławione naturalne odejście cierpiącej, bez przyspieszania, ale i bez wymuszania i na siłę uporczywego zatrzymywania chorego przy sobie.
****
(na zdjęciu poniżej synogarliczka i Pismo Święte)

Czcigodni. Cóż to znaczy to słowo? Tak zwracamy się do kogoś kto jest godzien naszej czci. Czy jednak człowiek może być za życia godzien czci? Czy nie należy z tym poczekać, aż zejdzie z tego świata? Darzyć kogoś czcią. Mieć idola. Już kiedyś o tym pisałem o moim idolu, którym jest Jezus Chrystus. Oburzali się na to niektórzy. Darzyć czcią to nie to samo co kochać. Czcigodny , to bardziej szacowny, to nie Szanowny Panie. Zastanawiam się czy już samo zadekretowanie, że chce się być świętym, upoważnia mnie by taką osobę określić mianem "czcigodna". Rozglądam się wokół i widzę bardzo dużo takich czcigodnych osób. To dobrze. Bo z kim przestajesz, takim się stajesz jak głosi staropolskie przysłowie. A więc szukajmy wokół siebie czci godnych ludzi, czci godnego towarzystwa, aby i o nas inni mogli powiedzieć: to czci godny człowiek.
A teraz czas najwyższy szykować się na ranną Mszę Świętą którą w Łomiankach odprawi w naszej i nie tylko naszej intencji jeden z Księży Apostołów. Bóg zapłać Księże Jacku.

****
Gdy wróciłem z kościoła w rękę wpadła mi dzisiejsza prasa, a w niej artykuł Pani Ewy Polak Pałkiewicz o laureatce nagrody Nobla, a ostatnio orderu Orła Białego. Przeczytawszy artykuł, nie mam już żadnych wątpliwości, że do Pani Wiesławy nigdy nie zwracałbym się Czcigodna Pani, a zachowałbym bardziej obiegową formę Szanowna Pani. Zresztą przeczytajcie sami: