wtorek, 31 maja 2011

Bogosławieni , którzy uwierzyli

To już ostatnia  moja "doróbka" tekstu Księdza Biskupa Józefa Zawitkowskiego dokonana na podstawie usłyszanego słowa, które wniosłem do tekstu, jaki ukazał się w dzisiejszym Naszym Dzienniku. http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110531&typ=wi&id=wi03.txt  

Z ukwieconymi łąkami nieco się wczoraj pospieszyłem, ale zostało zrobione wczoraj jeszcze jedno zdjęcie, które na końcu dołączam. A teraz czytajmy (albo słuchajmy o 12:25) Księdza Biskupa.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica.

A to już ostatnie nasze zamyślenie. Dzień  31 maja.
A ja do was wołam:  Gaude, Mater Polonia!

Kończy się miesiąc maj, kończą się majowe zamyślenia o Papieżu Polaku, któremu na imię Totus Tuus, o Maryjo! Więc ciesz się, Matko Polsko, tak pięknych synów rodząca. Ciesz się, Matko Boska Umajona!  Usłysz modlitwę śpiewaną przy każdym krzyżu wioskowym i przy kapliczkach przydrożnych. Jesteś przecież naszą Matką i Królową.

Jesteś najpiękniejszym kwiatem tej ziemi - Lilio czysta, Różo duchowna. Jesteś naszym Domem złotym, Wieżą z kości słoniowej,  Zorzą poranną, Niebios błękitem, Jaskółek Matką, Opiekunką skowronków, Lipą pachnącą, naszą Zagrzewną, Jagodną i Siewną. Bądź pozdrowiona Gwiazdo śliczna, wspaniała!

Ojcze Święty, nasz Błogosławiony!
Czy Ty pamiętasz imiona wszystkich polskich kwiatków łąkowych?
Patrz, to są Matki Boskiej dzwoneczki, to łzy Matki Boskiej, a to są Matki Boskiej pantofelki, a tu wszystko jest Matki Boskiej.
A w sobotę zawsze świeci słońce, pamiętasz? Bo Matka Boska chusty pierze, aby na dzień Pański były czyste i łąką pachnące.


Naucz Świętych i Aniołów w niebie śpiewać polską litanię wieczorami, niech wiedzą, że Ty zawsze jesteś Totus Tuus - cały Twój, o Maryjo!
Radosny był ten maj, bo cały czas byłeś z nami byłeś Błogosławiony i umajony Ojcze Święty.

Boję się, że minie radosny maj i znów Polacy zapomną.       A tak nas książką prosiłeś: Zachowajcie pamięć i tożsamość!

Krótką mamy pamięć.
Ojcze Święty - Błogosławiony!
Zapomnieliśmy, że Bóg jest Jeden.
Nastawialiśmy sobie golemów ze złota.
Zapomnieliśmy, że imię Boga i dzień Święty jest Święty.
Ojcowie i matki nasze nie mają ani czci, ani poszanowania.
Rosną cmentarze nienarodzonych.
Miłość poplątała nam się z seksem.
Kradzież, oszustwo, afery stały się zwyczajem.
Tyle kłamstwa, oszustwa, bluźnierstwa w nienawistnej mowie i w Sejmie, i na ulicy, i w domu.
Boimy się o przyszłość.
Co się stanie z tym dziedzictwem, któremu na imię Polska?

Będą wybory, będą znów plwać na siebie.
Uczyłeś nas, Ojcze Błogosławiony, aby zło odrzucić, a wybierać dobro, ale tak się to wszystko poplątało: świętość z grzechem, mądrość z głupotą, prawda z kłamstwem, wiara z  bezbożnością.
Nie odróżnisz, Ojcze Święty jak to jest?
Kiedy przyjdzie nowych ludzi plemię, jakich dotąd ludzi nie widziano?  Czy Polska jeszcze będzie Polską?

Tak, przecież macie tu Królową!
Tylko wiary i nadziei nie traćcie!
Zwycięstwo przyjdzie przez Maryję i będzie to ostatnie zwycięstwo (por. A. Hlond).

Tak Ojcze ! Ale kiedy?

ks.bp. Józef Zawitkowski


Zakończenie: 
       Panie Boże dziękuję  Ci za te  piękne spotkania z Janem Pawłem II za przyczyną Księdza Biskupa i anteny Radia Maryja oraz Naszego Dziennika i proszę Cię by podobnych wydarzeń było jak najwięcej w moim życiu. 
       Niech Twój Duch Święty prowadzi mnie do ludzkich drzwi, do ludzkich serc – chcę być jak błogosławiony Jan Paweł II  cały TOTUS  TUUS  i dzielić się z innymi Twoją obecnością. 
       Niech Twój Duch Święty wypełnia mnie tak jak wypełniał błogosławionego Ojca Świętego – chcę przyjmować tych, którzy mnie odwiedzają, jakbyś to Ty Boże sam mnie przez nich spotykał  i poruszał ich wnętrze.  
       Amen.
Jerzy Zygarłowski

poniedziałek, 30 maja 2011

Miłość nam umarła

Dzisiejszego ranka przywitał nas Ksiądz Biskup Józef Zawitkowski słowami: 

Zbliżamy się do końca naszych zamyśleń.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica .
A dzisiaj moje zawołanie jest i przerażające, ale i pełne nadziei:  „Miłość nam umarła!”

Nie. Tak nie można mówić, bo miłość, co z Boga jest, mocniejszą jest od śmierci, przecież Bóg jest Miłością (1 J 4, 8).

Kardynał Wojtyła, gdy został wybrany na Papieża, miał 58 lat. 

Był to człowiek zdrowy, wysportowany, mocny.
Zapowiadało się na długi pontyfikat i tak rzeczywiście było.
Jan Paweł II był jednym z papieży, którzy najdłużej zasiadali na Stolicy Piotrowej.

Jednak zamach na jego życie mocno osłabił zdrowie Błogosławionego Papieża.
W każdej kolejnej pielgrzymce Papieża widzieliśmy Go, że jest słabszy, ale coraz gorliwszy i w swej posłudze mocniejszy i w swym przepowiadaniu.
Podpierał się laską, coraz trudniej było Mu stać, potem homilię głosił siedząc, mówił też mniej wyraźnie, a w czasie ostatniej pielgrzymki do Polski był już bardzo słaby.

Widzieliśmy Go potem jeszcze przez okno kliniki Gemelli.

Pokazał się jeszcze w Niedzielę Palmową w papieskim oknie, ale nie mógł już do nas mówić.
Pozdrowił nas tylko gałązką palmową.

Nie był już na rzymskiej Drodze Krzyżowej w Koloseum.
Telewizja pokazała nam Papieża siedzącego w kaplicy, jak mocno przytulał - krzyż!
Twarzy Jego już nie widzieliśmy.

Pozwólcie mi odejść do Domu Ojca.

Rzesze pielgrzymów na placu Świętego Piotra trwały na modlitwie.
Wiedział o tym odchodzący od nas Ojciec Święty.

Napisał do pielgrzymów i do nas wszystkich na świecie:
Całe życie Was szukałem, a teraz przyszliście do mnie i za to Wam dziękuję.
 

W oknie Papieża całą noc paliło się światełko, delikatny płomyk życia.
Cały świat modlił się za Niego.
Pozwólcie mi odejść do Domu Ojca.
Tam, w pokoju wielkiego Watykanu, działo się niezwykłe misterium śmierci.
Kończy się życie, kończy się czas, przestrzeń.

Kończy się wiara, spełnia się nadzieja, zaczyna się wieczność, zaczyna się Miłość.
Jak to jest?

Błogosławiony Papież chciał, aby świat widział jego cierpienie, aby uczestniczył w jego śmierci.

Bo to było ostatnie kazanie, ostatnia katecheza - bez słów.

W wigilię Bożego Miłosierdzia, w dniu 2 kwietnia 2005 r., o godzinie 21.37
umarła nam Miłość.
I co teraz?
Księża, wstawajcie! Odprawiajcie Msze!
Płakali dobrzy i źli. Ustawiali znicze ze łzami przy kościołach, krzyżach, wzdłuż ulic.

Potem był watykański pogrzeb, drewniana trumna na ziemi, tylko jeden kwiatek na trumnie, wiatr zamknął księgę. Amen.
I co dalej?


Teraz Wy będziecie mi świadkami (por. Dz 1, 8).
Pogodzili się Polacy w Sejmie na miesiąc, kibice na boisku też na miesiąc.
Potem znów wróciło polskie piekło . I tak jest.

Ojcze Święty, teraz przyjdź, z mocą jak błogosławiony.
Ty już nie mów kazań i tak nie usłuchają.
Pokaż znak.
Niech zadrży ziemia i sumienia.
Pamięć zachować i tożsamość pomóż nam, Ojcze Święty!
Być świadkami miłosierdzia naucz nas, Ojcze Święty!

Przecież to Twoje dziedzictwo, Ojcze!    A Miłość nie umiera!
















zielone pastwiska (wyk 30.05.2011)




maki i bławatki (modraki) 30.05.2011

niedziela, 29 maja 2011

Odpowiedź nie tylko dla Maxa

Przed chwilą znalazłem w moim blogu taki oto wpis do Księgi Gości:

wpis nr: 7 z dnia: 28.05.2011  imię: max
Jak ufasz temu swojemu Bogu, to zamiast do szpitala biegnij tylko do kościola?
Co?
Nie ufasz mu aż tak?
Zastanów się czemu?
Może dlatego, że ON nie istnieje, nie słucha modlitw... zastanów się.

Widzisz Max, błogosławiony Jan Paweł II pewno bardziej ufał Bogu niż ja i nie omieszkał korzystać ze szpitalnych usług. Na co dzień doświadczał JEGO istnienia. Jezus Chrystus naprawdę istniał, naprawdę oddał życie za nas grzeszników: za Ciebie i za mnie i naprawdę zmartwychwstał.  
Będę się modlił o to by Bóg, w którego istnienie wątpisz pomógł Tobie w dotarciu do NIEGO. 
Szczęść Ci Boże.
Amen.

Jak nie urok to sraczka

"Jak nie urok to sraczka" znacie takie ludowe porzekadło.
Jak z głową wszystko "dobrze", to jakieś paskudztwo ledwo widzialne pod mikroskopem podobno się do Ewy przyplątało. Laik, taki jak ja wyczyta tylko z ulotki, że przepisany przez lekarza lek o nazwie augmentin stosuje się przy bakteryjnym zakażeniu dróg moczowych. I tyle wiem. 
A zaczęło się już dwa tygodnie temu, kiedy to trzeba było jechać na rezonans magnetyczny. Objawy bólu brzucha wyglądały mi na nerwobóle. Lekarka domowa sugerowała, że może pochodzą od kręgosłupa. Specjalista urolog wykluczył i przepisał jakieś tabletki, po których tak jakby bóle ustąpiły, ale nie do końca.

      W piątek Ewa dostała od lekarki domowej skierowanie na badanie moczu i usg brzucha. Widocznie ją coraz mocniej bolało bo, nie czekając jutrzejszego poniedziałku, pojechała wczoraj rano na badanie moczu. Gdy rano po bardzo trudnej nocy z piątku na sobotę przysnęło mi się w jadalni po śniadaniu, gdy się obudziłem stwierdziłem brak samochodu, a na stole przed komputerem przy nastawionym budziku znalazłem kartkę: 
Naciśnij przycisk start/pauza
i zaczekaj, aż zacznie lecieć woda. 
Pa Kochany! Nie wiem kiedy wrócę.
Twoja Ewa.
Znaczyło to dla mnie: gdy zadzwoni budzik włącz pralkę. I nie denerwuj się jak nie wrócę po fryzjerze.

Wróciła z wiadomością, że była u badania moczu, którego wynik był na tyle zły, że laborantka zadzwoniła do lekarki domowej. Ta będąc poza Poznaniem poradziła by udać się na ostry dyżur do szpitala. Ewa pojechała do wskazanego szpitala Wojewódzkiego na Lutycką.Nie ma dyżuru urologa, oddział urologiczny zlikwidowany. Następnie zaliczyła szpital MSW - tam od września nie ma ostrych dyżurów i nie obsługują  takich jak ona pacjentów. Z kolei pojechała do szpitala Raszei, gdzie pracuje synowa. I tam nie ma oddziału urologicznego. Dalej nie miała już sił jeździć i wróciła do domu załatwiwszy wcześniej fryzjerkę. 
       Jedyny szpital, który może coś pomóc to Szwajcarska po drugiej stronie Poznania. Będąc "w transie" umówiła się jeszcze na tradycyjną  wizytę z koleżanką. Nie godzę się na to. Nigdzie nie pójdziesz. Szykuj się do szpitala. Tego tak zostawić nie można. Przy okazji dowiaduję się wszystkich objawów, które skrzętnie przede mną przez dwa tygodnie ukrywała. Mając obraz całości pakuję ją tak jakbym miał ją zostawić w szpitalu.i jedziemy na Szwajcarską.      
      Tym razem nie protestuje gdy siadam za kierownicą.
Kieruję się na SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy). Jest 13:49 Rozpoczyna się od wizyty u chirurga. Po wywiadzie zakładają Ewie cewnik i pobierają krew do badań. Siedzimy na szpitalnym korytarzu i czytamy od dechy do dechy sobotnio niedzielny Nasz Dziennik. Po 16:00 lekarz przyjmujący po przejrzeniu wyników skierowuje Ewę na konsultacje urologiczną na 7 piętro. 
Z cewnikiem w garści robiąc po drodze zdjęcia wyników badań trafiamy do windy. Zgłaszamy się na urologię do lekarza mającego dyżur na oddziale. Co Pani jest ? Ewa pokazuje worek z czerwoną zawartością. Ale proszę powiedzieć z czym pani przyszła? Na tak postawione pytanie ani Ewa,  ani ja nie potrafimy odpowiedzieć. Urolog czyta co napisał chirurg w wywiadzie i mówi : zrobię Pani płukanie. Proszę za mną na oddział. Ewa ledwo idzie nie nadążając za lekarzem. 

Proszę się położyć i wskazuje miejsce na ruchomym łóżku. Zaraz przyjdę. Ze spokojem pomagam Ewie przyjąć pozycję leżącą. Po chwili przychodzi i robi Ewie płukankę. Z wodą lecą skrzepy. Przebieram Ewę w suche rzeczy zostawiając zmoczone w szpitalnym kuble. 


































Lekarz urolog robi jeszcze usg brzucha. Nie potrafię powiedzieć co stwierdził. (wpisał to na kartę konsultacyjną, ale nie potrafię tego odczytać)  Wypisał  receptę na antybiotyk (nie dotarło do mnie jak go zażywać) i wypełnił kartę konsultacji. Dla mnie istotne było to, że nie zatrzymał Ewy w szpitalu, a reszta myślę, że się wyjaśni. 


































Jeszcze tylko powrót do lekarza chirurga. Ten wypełnia do końca Kartę informacyjną i możemy wracać do domu. Jest 17:00. Po kilunastu minutach siedzimy w zaparkowanym na szpitalnym parkingu samochodzie. Możemy wracać. Szczęśliwy obrotem sprawy, obracam kierownicą i uszkadzam stojącego VW Golfa nieznacznie, ale nadkole i tylny prawy błotnik wymagać będzie obróbki blacharsko lakierniczej. Spisanie protokołu i załatwienie formalności zajmuje prawie godzinę. Wracając wykupuję leki w podobno jedynej czynnej w sobotę wieczorem o tej porze poznańskiej aptece przy Strzeleckiej.  Ewa z cewnikiem nie wychodzi z samochodu. Donoszę jej świetną zupę krem z zielonego groszku i zapiekankę z ziemniakami i mięsem w sosie pomidorowym.

Piotram widział, a ja krzyż widzę

Już 29 maja

A ja dzisiaj powiem parafrazując Sienkiewicza:   Piotram widział!
takimi słowami rozpoczął dzisiaj o 7:15 na antenie Radia Maryja swoje majowe zamyślenia z błogosławionym Janem Pawłem II zatytułowane "Całe życie Was szukałem" Ksiądz Biskup Józef  Zawitkowski mówiąc dalej:

Kończą się nasze zamyślenia majowe, ale nie mam odwagi mówić o wigilii święta Miłosierdzia Bożego w 2005 r., kiedy o godzinie 21.37 umarła nam Miłość.

Aby przygotować się do tego przeżycia, powtórzę Sienkiewiczową katechezę o życiu pierwszych chrześcijan i streszczę , bardzo streszczę opis śmierci Piotra Apostoła.

A to już Sienkiewiczem:

Piotrowi ze względu na jego sędziwe lata nie kazano nieść krzyża....

Dalej następuje wzruszając opis śmierci Piotra wyciskający łzy z moich oczu , kończący się błogosławieństwem w godzinie śmierci urbi et orbi.


Tyle Sienkiewicz o śmierci Piotra Apostoła.

A myśmy widzieli Piotra naszych czasów Jana Pawła II - Błogosławionego.

On, pielgrzym do całej Ziemi, mógł powiedzieć:  Umiłowanaś jest i moja!

Chryste, ale komuś Ty oddał rządy nad tym światem?

Quo vadis, Polsko?  Quo vadis, Europo?


Przejdą rządy, przejdą partie, wojny,  ciemiężcy i tyrani, przejdą  jak zaraza i morowe powietrze.

Ostanie tylko Chrystusowy krzyż.

A jam widział Piotra  wspartego o krzyż.

Tyle Ksiądz Biskup.

A My Ewa i Jerzy  każdego dnia spoglądamy na Jana Pawła II unoszącego się nad tłumem modlących się obrońców z krzyżami w dłoniach i wznoszącego nad Prezydencki Pałac biały jak Ciało i  czerwony jak Krew  Chrystusowy Krzyż .

I dalej Księdzem  Biskupem 

Irenko i Jurku

Przyjdzie czas, że stanie Świetlisty Krzyż Pojednania.

Niech się zło wypali, a złym  słów zabraknie.

Bądź cierpliwy.

ks. bp Józef Zawitkowski

sobota, 28 maja 2011

Ks.Tymoteusz i Boże Miłosierdzie

"Obama liczy na Polskę, 
a Polacy liczą na Boga"
(tekst na czerwono - to tytuł artykułu z pierwszej strony dzisiejszej Rzeczpospolitej)
Nie mogłem się doczekać dzisiejszej radiowej katechezy ks. Tymoteusza. Byłbym sobie dał głowę uciąć, że Papieskie zamyślenie  będzie, a przynajmniej nawiąże do 30 lecia śmierci Prymasa Wyszyńskiego, które akurat dzisiaj przypada. Ale nie. Dlaczego?
"Ponieważ Duch Święty zabronił im głosić słowa w Azji" (dzisiejsze pierwsze czytanie Dz 16, 6b). 
Mieli iść  Apostoł Piotr z Sylasem i on Tymoteusz dalej do Europy, w rodzinne strony Tymoteusza głosić w stolicy, na Areopagu nieskończone Miłosierdzie Boże. 
Jesteśmy bowiem z Jego rodu. Będąc więc z rodu Bożego nie powinniśmy sądzić, że Bóstwo podobne jest do złota, do srebra, do kamienia , wytworu rąk i myśli człowieka. Nie zważając na czasy nieświadomości, wzywa Bóg teraz wszędzie i wszystkich ludzi do nawrócenia, dlatego że wyznaczył dzień, w którym sprawiedliwie będzie sądzić świat przez Człowieka (Jezusa Chrystusa), którego na to przeznaczył, po uwierzytelnieniu Go wobec wszystkich przez wskrzeszenie Go z martwych.(Dz 17 28b-31).
Już teraz nie dziwię się, że dzisiaj mimo soboty, dnia Maryi, którą tak bardzo kochał Prymas Wyszyński,  nie będzie o Nim, ale o Bożym Miłosierdziu. Nie czas widać na wspominki, trzeba iść dalej w trzecie tysiąclecie rozpalać iskrę świętej siostry Faustyny i dwóch błogosławionych ks. Sopoćki i Jana Pawła II.  Wybacz Księże Biskupie, że tak nad Twoim tekstem z Naszego Dziennika się pastwię, ale Ty Księże Biskupie co innego godosz a insze piszesz. U mnie bydzie tak jak w Radiu Maryja godosz.

To już  28 maja Kończą się Papieskie zamyślenia. Dziś pełne nadziei i zaufania : Jezu, ufam Tobie!

A był 17 sierpnia 2002 roku.
Dobiegała końca siódma pielgrzymka Papieża Polaka do Ojczyzny.
Każdy z nas czuł, że to pewnie ostatnia, ale nie chciało się o tym myśleć.
Od zamachu na życie Ojca Świętego w 1981 r. Papież był coraz słabszy, ale duchem coraz mocniejszy i widzący coraz dalej.

Właśnie  17 sierpnia 2002 roku Ojciec Święty konsekrował bazylikę Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach.
Nie bez powodu czynił to z wielkim wzruszeniem.
Mówił tak:

Wiele moich osobistych wspomnień wiąże się z tym miejscem.
Przychodziłem tedy tutaj, gdy pracowałem w pobliskim Solvayu przechodząc w drewnianych butach...
Jak można było sobie wyobrazić, że ten człowiek w drewniakach będzie kiedyś konsekrował bazylikę Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach.

Boże, Ojcze Miłosierny, pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość...
miej miłosierdzie dla nas i dla całego świata.


I dalej mówił Ojciec Święty.

Stąd ma wyjść iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Chrystusa.
Trzeba tę iskrę rozniecić...
Bądźcie świadkami miłosierdzia.


We Mszy Świętej na Krakowskich Błoniach uczestniczyło około dwóch milionów ludzi.
Zgromadzenie sięgało aż na Kopiec Kościuszki.
A to było jednak pożegnanie Papieża – Polaka. Ojciec Święty był słabiutki.
Sprawował Mszę Świętą jak Baranek złożony na ołtarzu.
Oczywiście, że kazanie było na temat:
Abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja Was umiłowałem.

Przecież to trudno opowiedzieć słowami.
Wszyscy chcieli zatrzymać dla siebie każde słowo, aby żadne nie upadło na ziemię.
A Ojciec Święty mówił:

Bóg, okazując nam miłosierdzie, oczekując, że będziemy świadkami miłosierdzia w dzisiejszym świecie...
Kościół od początku naucza o Bożym miłosierdziu, ale tutaj jest szczególnie wezwany, aby
głosić światu to wezwanie, wybrał do tego nasze czasy, wiek dwudziesty, naznaczony w szczególny  sposób misterium nieprawości.
Człowiek nierzadko żyje tak, jakby Boga nie było.
Usiłuje decydować o zaistnieniu życia, wyznaczać jego kształt przez manipulacje genetyczne
i określać granice śmierci...

Doświadczając tej tajemnicy nieprawości, człowiek przeżywa lęk przed przyszłością, przed pustką, przed cierpieniem, przed unicestwieniem...
Chrystus wchodzi w nasze czasy, aby wskazać źródło ukojenia, nadziei w odwiecznym miłosierdziu Bożym.
Jak bardzo potrzebuje świat Bożego miłosierdzia... z głębin ludzkiego cierpienia, tam, gdzie
panuje nienawiść, gdzie panuje wojna, ból i śmierć niewinnych, tam potrzeba miłości miłosiernej.

Bracia i Siostry!
Potrzeba nam spojrzenia miłości...
Potrzeba nam wyobraźni miłosierdzia.

A bezbożni mówili: Nam potrzebny Bóg ekonomista, Bóg polityk, Bóg silny, Bóg prawa.
Nieprawda!
Na ostatnie czasy Bóg zostawił nam swoje Miłosierdzie.
Jezu, ufam Tobie!

piątek, 27 maja 2011

Przyjęcie komunijne Jasia

Po Mszy Świętej udaliśmy się wszyscy do Biernatek nad jezioro by tam, w starym spichlerzu, spożyć komunijny obiad.

Wcześniej, przez cały tydzień Kuba z Wtkiem sprzątali dokładnie spichlerz by można było w nim wyprawić uroczystość,  Przykryte białymi obrusami stoły, pięknie nakryte, wprowadziły uroczysty nastrój, a zamówiona dwuosobowa firma cateringowa doskonale wywiązała się ze swojego zadania.

Po smacznym obiedzie, mimo bądź co bądź polowych warunków sprawnie podanym, goście wyszli na zewnątrz budynku.

 
A Jasio dosiadł roweru, który dostał jako prezent od wujka Pawła.

Dorośli i dzieci bawili się w piłkarzyków. Najstarsza i średnia wnuczka ograły dziadka   10 : 3  i 10 : 4.

Gdy przyszedł czas na kawę podano okolicznościowy tort. Ustawiono go przed Jasiem, który zdążył się rozebrać ze świątecznej alby.

Jemu też przypadł zaszczyt pokrojenia go na kawałki i poczęstowania nim swoich gości. Trzeba przyznać, że wywiązał się z tego zadania wyśmienicie.
Po kawie Emilka ćwiczyła zawzięcie różne kombinacje kręcenia kółkiem. Szło jej to zdecydowanie lepiej niż dziadkowi, który w skakance okazał się bezkonkurencyjny jeśli chodzi o ilość "kuch".

W tym czasie chłopcy wzięli karabinki na wodę i uganiali się po działce wokół budynku spichlerza.

 

Wtórowała im w tym Michasia.

Walka na wodę skończyła się niespodziewanym związaniem Michała, którego dziewczyny przywiązały do drzewa.

Dorośli w tym czasie rozgrywali sprawnościowy mecz  "w króla" rzucając drewnianymi kołkami w ustawione na boisku klocki.

Ewa spacerowała po równej murawie nie obawiając się, że się o coś potknie. Wiedziona ciekawością trafiła do prowizorycznej kuchni.

Dzieci zdjęły buty i bawiły się na pomoście. W glonach pływających w jeziorze wyszukiwały maleńkie rybki.

 
Jasiu i Emilka wyławiali z zaangażowaniem  z wody kolejne partie glonów.

 
Z mokrymi i zimnymi nogami dzieciaki usiadły wokół ogniska by się nieco ogrzać.

Przy stole raczono się pieczonymi kiełbaskami. Z prawej najstarszy wnuk piecze dziadkom kiełbaskę.

Słońce chyli się ku zachodowi, robi się coraz zimniej, czas powoli wracać do domu.

Ewa na swoją czerwoną kurtkę wciągnęła moją. Żal jej było nie obejrzeć do końca zachodu słońca.

l Dwa dni wcześniej, 13 maja w Fatimie 250 tys. osób, w 30. rocznicę zamachu na życie Jana Pawła II, w 94 rocznicę objawień, oglądało dziwne zjawisko wokół słońca.

Tajemnica cierpienia

Gdyby ktoś twierdził, że są tylko dwie Osoby Boskie: Bóg Ojciec i  Jezus Chrystus, to po dzisiejszej nocy mogę mu zaręczyć, że Duch Święty mimo, że z natury jest duchem, to jako duch jest całkiem realny. Tak jak ludzi rozpoznaje się nie po tym co mówią, ale po owocach, tak i Ducha Świętego poznajemy po owocach. Takim owocem okazało  się dzisiejsze zamyślenie Księdza Biskupa Józefa Zawitkowskiego zatytułowane "Tajemnica cierpienia".  Rzecz nie tyle w tym, co powiedział na antenie Ksiądz Biskup, ale w tym, że powiedział to nie kilka dni wcześniej, czy później, ale dzisiaj rano i że taki, a nie inny, tytuł nadał papieskim i swoim słowom: "Tajemnica cierpienia"


Skoro tajemnica, to nie mogę jej ujawniać. Mogę powiedzieć jedno. Ewa dzisiejszej nocy bardzo cierpiała. Teoretycznie i obiektywnie nie było przyczyn by tak cierpieć. A jednak cierpienie cierpieniu nie równe. Teraz śpi i pewno będzie spała przez całe przedpołudnie. Ja starałem się przy niej nie cierpieć. Nie mogąc jej nijak pomóc w istocie cierpienia, mogłem tylko z ochoczym sercem  likwidować i łagodzić przykre skutki tajemniczego cierpienia. Tylko tyle i aż tyle. Powtórzę więc za Księdzem Biskupem:
"Muszę i ja pamiętać, że chorzy są po to, aby zdrowi byli lepsi, aby zdrowi byli mądrzejsi."
Czy staję się lepszy i mądrzejszy?
Nie mnie oceniać.


A teraz  posłuchajmy Księdza Biskupa. Tekst pisany czerwoną czcionką to zmiany wprowadzone "na żywo" przy odczytaniu tekstu na antenie, w stosunku do tekstu w Naszym Dzienniku. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica.

Po bardzo trudnym ostatnim zamyśleniu o przykazaniach Boskich , dziś o bolesnym bardzo temacie o:  tajemnicy cierpienia.

Nasz Błogosławiony Ojciec Święty bardzo subtelnie mówił o cierpieniu.
Bo sam cierpiał i cierpienia nie ukrywał.
Dał nam życiem swoim najpiękniejszą katechezę o tajemnicy cierpienia.
Mówił tak:

Człowiek dotknięty chorobą, często pyta samego siebie:
Dlaczego to ja muszę znosić ból i po co, jaki jest sens tego cierpienia?
Gdy nie znajdzie odpowiedzi, załamuje się, bo cierpienie staje się mocniejsze od niego...
Cierpienie można zrozumieć tylko i wyłącznie w świetle Bożej miłości.
Cierpienie zostało związane z miłością.
Cierpienie trzeba zawierzyć Bożej Miłości, ale zawierzyć tak, jak dziecko.

Czuję, jak niewystarczające jest moje słowo, w którym mógłbym Wam pokazać moje ludzkie współczucie...
Łącząc się z Wami, gdziekolwiek jesteście - w domach, w szpitalach, w klinikach, w przychodniach, w sanatoriach, proszę Was, czyńcie zbawienny pożytek z krzyża, który stał się udziałem każdego z Was...
I nie zapominajcie  też o mnie. Proszę.

Kościół jest wdzięczny wszystkim, którzy Wam posługują jako lekarze, pielęgniarki i cały personel służby zdrowia...
Znam doświadczenie szpitalnego łóżka...
Modlę się, byście zdołali złożyć Wasz ból u stóp Chrystusowego krzyża...
Dzięki Wam, tak wiele bezcennych bogactw w swoim duchowym skarbcu posiada Kościół, pamiętajcie, że tak bardzo potrzebuje Was Kościół,  tak bardzo potrzebuje Was świat, nasza Ojczyzna...
Tak bardzo liczy na Was papież.

W ustach Błogosławionego Papieża słowa te miały bardzo autentyczny wydźwięk, bo sam cierpiał.
Sam mówił: Znam doświadczenie szpitalnego łóżka.
Ale przecież zbytnio się nie rozczulał nad chorymi.
Spójrzcie na krzyż Chrystusa, wtedy wszystko widać inaczej, wtedy i cierpienie ma sens.

Odwiedzając chorego, przynosimy mu słowa pocieszenia.
A czasem takim natrętnym pocieszeniem można zdenerwować chorego.
Muszę i ja pamiętać, że chorzy są po to, aby zdrowi byli lepsi, aby zdrowi byli mądrzejsi.

Korzystając z tego majowego zamyślenia, niech mi wolno będzie powiedzieć lekarzom moje: Bóg zapłać.
Przecież przez Waszą  wiarę i mądrość ja jeszcze żyję.
Po księżowsku całuję Wasze dobre ręce.
Siostry czcigodne, moje anioły białe, z Waszych rąk i lekarstwa są dobre, i zastrzyki nie bolą.
Panie salowe, skąd Wy macie tyle siły, tyle cierpliwości i dobroci?
Wiem, widziałem Was w Kaplicy.

Szpital to czas najlepszych rekolekcji, dla każdego.
Człowiek staje przed Bogiem, przed lekarzem, przed samym sobą w nagiej prawdzie.
Widzisz, jakim jesteś?
Widzę , wstydzę się.

To wracaj do domu. Twoja wiara ciebie uzdrowiła.
Bóg zapłać!

ks. bp Józef Zawitkowski

czwartek, 26 maja 2011

Ksiądz Leopold Zygarłowski

Ksiądz Dziekan Leopold Zygarłowski
ur. 11.10.1868  zm.18.05.1924
Cytuję za "Rodowodem" Dziadka Stefana  organisty  str IV

W rodzie Zygarłowskich z Kostrzyna był Xiędzem Leopold Zygarłowski, wikariusz w Buku, Rogoźnie, Gościerzynie, a w końcu Proboszczem i Dziekanem w samym Wolsztynie. I tenże starał się u władz i sądów pruskich o zmianę, czyli poprawkę z Zygarłowski  na Zegarłowski bo się właściwie mówi zegar a nie zygar, ale urzędy odmówiły z uzasadnieniem, że ma pozostać po dziadach i pradziadach tak jak jest Zygarłowski, chyba, że Xiądz zapłaci 10 000 marek. Xiądz takiej sumy nie mógł poświęcić na to. Tak mi opowiadał sam Xiądz w Wieleniu, na odpuście, gdziem długo, po dwa razy z nim rozmawiał i do Wolsztyna koleją wspólnie jechał. Piszę to tak obszernie, aby moi potomkowie nie zmieniali nazwiska na Zegarłowski, lecz niech pozostanie zawsze jak dotąd Zygarłowski. 

Dalej Dziadek Stefan organista wspomina osoby noszące nazwisko Zegarłowski wywodzące się od Jakuba Zygarłowskiego brata Dziadka Stanisława kuśnierza. Od siebie dodam, że dzisiaj wyszukiwarka internetowa znajduje  osoby z takim nazwiskiem.
    A teraz coś więcej o Księdzu Leopoldzie Zygarłowskim na podstawie tego co wyczytałem w internecie.
Dziekan dekanatu wolsztyńskiego w powiecie Babimojskim  w okresie Powstania Wielkopolskiego jednego z najdalej wysuniętych terenów naszej ojczyzny, a zarazem terenów achidiecezji poznańsko - gnieźnieńskiej Polak z dziada pradziada, w mieście, gdzie wg. spisu  większość 55 % ludności  stanowili Niemcy, a tylko 39% Polacy z natury swojej musiał odegrać doniosłą rolę. Przytoczę tyko jedną informację. Na miesiąc przed wybuchem Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu w dniu 28 grudnia 1918 roku w Wolsztynie zawiązuje się Polska Rada Ludowa . W skład 10 osobowej rady wchodzi ks. prob. Leopold Zygarłowski. W Radzie znaleźli się  ludzie o poglądach narodowych ściśle związanych z Naczelną Radą Ludową w Poznaniu i Komitetem Narodowym Polskim w Paryżu. Posiedzenia Rady odbywały się w ochronce Sióstr Miłosierdzia. Z 4/5 stycznia 1919 roku powstańcy przypuszczają atak na Wolsztyn  Opanowują część miasta. Miejscowi Niemcy proponują pertraktacje pokojowe. Stronę Polską jako jeden z kilku reprezentuje ks. prob. Leopold Zygarłowski. Uzgodniono wycofanie wojsk niemieckich na zachód poza granie powiatu babimojskiego, a wojsk powstańczych na wschód też poza granice powiatu, tworząc strefę bez wojska. Pokrywała się ona z linią demarkacyjną wg. rozejmu w Trewirze z 16.02.1919 roku. W wyniku traktatu wersalskiego  (28.06.1919 roku) zdecydowana większość strefy buforowej przypadła Polsce. Nie łatwo było w tamtych czasach działać polskiemu duchownemu, kiedy to w skład jego parafii wchodziło 2/3 Polaków i 1/3 Niemców.

Resztę proszę obejrzeć w internecie 
http://www.powiatwolsztyn.pl/powstanie/rekonstrukcja.html 
http://www.wolsztyn.pl/page.php?idx=1766
http://www.powiatwolsztyn.pl/powstanie/powstanie_w_gminie_wolsztyn.html  
Pod tym ostatnim linkiem znajduje się zdjęcie ks. Leopolda Zygarłowskiego,a na cmentarzu  w Wolsztynie, na kwaterze 35 w drugim rzędzie jako 6 grób mieszkańcy złożyli doczesne szczątki Księdza Leopolda Zygarłowskiego.

Dzień Matki

A miało być o Matce, a jest o prawie Mojżeszowym. Czyżby Ksiądz Biskup zapomniał o swojej rodzonej matce? Nie, nie zapomniał. Kościół nasza Matka od wieków uczy nas dekalogu i o dekalogu było dzisiejsze zamyślenie papieskie. 

      A co czyniła moja ziemska matka, co czyniła matka mego ojca i matka mojej matki, matki moich dziadków i matki moich babć itd. Spróbowałem je policzyć. Będzie ich dwa do potęgi "n" minus jeden, gdzie "n" to liczba pokoleń łącznie z moim pokoleniem. Te wszystkie kobiety, matki nasze, matki naszych matek i matki naszych ojców, matki naszych babć i dziadków i uczyły nas i naszych przodków dziesięciorga przykazań. Uczyły Bożych przykazań, bo przez Boga naszym przodkom danych, danych całej ludzkości jako prawo naturalne. 
        Widać nie dużo nam z tych nauk zostało, skoro musiał przyjechać specjalnie do nas z Watykanu sam Ojciec Święty by nas uczyć pacierza. Tak, tak bo są u nas ludzie , którzy żyją tak, jakby Boga nie było. Ostrzeżenie "bój się Boga" zamienili na powiedzonko "bój się boga" i "o la boga" mówione z małej litery.
        Studiując na Uniwersytecie Świętości pod Krzyżem wyraźniej widzę co znaczy pobożny. To ten co żyje po Bożemu. I do tych co ignorują Boga i do tych, którzy starają się żyć po Bożemu, Kościół Matka ma na każdy dzień jedno prawo. Prawo do którego od wieków nie potrzeba ani aneksów ani nowelizacji. Tylko ludzkie prawo jest ułomne i niedoskonałe. Boże prawo jest jasne i wpisane w ludzkie serca. Przenoszone w DNA z prababki Ewy i z pradziadka Adama wraz z grzechem pierworodnym na wszystkie pokolenia do końca świata. Ma od wieków tylko 10 paragrafów.

Jam jest Pan Bóg twój i nie stawiaj cudzych bogów przede Mną. Zaniedbując niedzielną Mszę Świętą, nie korzystając z codziennych Mszy św. odchodzisz od źródeł miłości i świętości. Jak się masz z Nim zintegrować, kiedy odchodzisz od samego Chrystusa. Dzień Święty, to ma być Święty. Każdy mój dzień niech będzie Święty, to i ja będę święty.
Czcij ojca i matkę swoją. To bądź godny imienia matki, imienia ojca. 
Mówisz, że nie wyniosłeś godnego przykładu z domu. Nie szkodzi. Pokaż, że jesteś godny miana Dziecka Bożego. Bóg Cię ukochał, nim Cię powołał. a Matka Boska tuli Cię do serca, tak jak tuliła Jezusa. Jak Boga się tuli.
Najtrudniej przyszło Ojcu Świętemu mówić nie o zbrodniach innych narodów nad naszym narodem, ale o naszych wewnętrznych zbrodniach. Zabijając swoje dzieci stajemy się narodem bez przyszłości. 
To był prorok. Ja powiem dosadniej; zabijając swoje dziecko, zabijasz swoją duszę. Oby nasze społeczeństwo zdołało się uwolnić od złudzenia wolnej miłości, którą usiłuje się przesłonić cudzołóstwo i rozwiązłość. A nie kradnij, to także nie nadużywaj władzy w taki sposób nad innymi by stawali się nędzarzami, to nie lobbuj i nie obiecaj  tego, czego dać nie możesz, bo robisz krzywdę, odzierasz innych ze złudzeń. Masz prawo do prawdy i tylko Prawda nas wyzwoli. Masz być wolnym i nie dać się uwikłać siłom pożądania. Niech nad Tobą nie panuje człowiek cielesny. Jak chcesz dążyć do dóbr materialnych rób to tak, byś nie gwałcił praw drugiego człowieka. I dokończę ten post słowami Księdza Biskupa:

O Boże jakie to trudne. A wszystkie te przykazania zawarte są w przykazaniu miłości Boga i człowieka. Jak ten Błogosławiony Papież wszystko przewidział? Zapomni człowiek o Bożych przykazaniach. Ulepi sobie złotego cielca i będzie tańczył w obłędzie.

W rajskim przykazaniu powiedział Bóg człowiekowi: Nie dotykaj drzewa wiadomości o dobrym i złym. Nie dotykaj drzewa życia! Nie kombinuj z in vitro! (dop.J.Z.) Dlaczego? Bo umrzesz!

A my? Zróbmy referendum: zabijać czy nie zabijać? Aborcja, eutanazja? Dotknęliście już drzewa życia. Umrzecie!

Seks pomylił się Wam z miłością. Nawet wstydu już nie mamy. Kłamstwa, afery, ale to początek klęski.

Kładę przed Wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo - wybierajcie! (Pwt 30, 19)Ja i mój dom ostajemy przy Bogu (por. Joz 24, 15). Oby tak było.


ks. bp Józef Zawitkowski  

Serdeczne życzenia składam wszystkim matkom zacznę od żyjących. Po pierwsze mojej kochanej żonie jako matce moich dzieci , która przed laty właśnie dzisiaj w dzień matki urodziła mi pierworodnego syna, po drugie moim dwom synowym jako matkom moich wnucząt za trud jaki wkładają w ich dobre wychowanie, mojej siostrze która do złudzenia przypomina mi moją mamę, obu matkom moich synowych za to co zrobiły i robią dobrego dla tworzenia więzi rodzinnych, dla wszystkich kobiet-matek z którymi mię życie w jakikolwiek sposób zetknęło - także przez internet niech cieszą się radością macierzyństwa.

Modlę się za nie wszystkie słowami Pozdrowienia Anielskiego: Zdrowaś Mario ...

Za zmarłe matki  modlę się dziękując że "ja i mój dom ostajemy przy Bogu". Oj dużo tych matek począwszy od mojej rodzonej Heleny i teściowej Urszuli , poprzez Gertrudę , dwie Jadwigi ,Teresę, Eleonorę, a skończywszy na Zofii. Dziękuję Wam drogie memu sercu zmarłe za przekazaną wiarę , za nauczony we właściwym czasie dekalog. Za wzór życia chrześcijańskiego, za wzór macierzyństwa. 

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Amen.

Uwaga: W Dniu Matki osobiście życzenia Ewie złożyła Gosia z dwójką najmłodszych wnucząt, którym zrobiłem te trzy zdjęcia powyżej oraz Kuba. Paweł przyszedł z kwiatami dzień wczoraj, gdyż  dzisiaj jechał na delegację.