sobota, 30 lipca 2011

Historyjka

 Dostałem dzisiaj meila z bardzo ciekawą historyjką. Adresat prosił bym ją udostępnił rodzinie,  znajomym i przyjaciołom. Oto ona bez skreśleń i skrótów:

Przeczytajcie Państwo, proszę, tę historię do końca.

"Pozwólcie, że wyjaśnię wam problem jaki nauka ma z religią". Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich: "Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?". Przez dłuższą chwilę toczy się dialog między nimi.

"Tak, panie profesorze". "C...zyli wierzysz w Boga". "Oczywiście". "Czy Bóg jest dobry?". "Naturalnie, że jest dobry". "A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?". "Tak". "A Ty, jesteś dobry czy zły?". "Według Biblii jestem zły".

Na twarzy profesora pojawił się uśmiech. "Ach tak, Biblia!". Po chwili zastanowienia dodaje: "Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą i cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?". "Oczywiście, panie profesorze". "Więc jesteś dobry...". "Myślę, że nie można tego tak ująć". "Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie".

Wobec milczenia studenta, profesor mówi dalej: "Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?". Student nadal milczy, więc profesor dodaje: "Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda?".

Aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody. "Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?". "No tak, jest dobry". "A czy szatan jest dobry?". Bez chwili wahania student odpowiada: "Nie". "A od kogo pochodzi szatan?". Student aż drgnął: "Od Boga". "No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu, czy na świecie istnieje zło?". "Istnieje panie profesorze...". "Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?". "Prawda". "Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły". Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi.

"A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?". Student drżącym głosem odpowiada: "Występują". "A kto je stworzył?". W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie: "Kto je stworzył?". Wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.

"Powiedz mi", wykładowca zwraca się do kolejnej osoby, "czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?". Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora: "Tak panie profesorze, wierzę". Profesor zwraca się do studenta: "W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?". "Nie, panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem". "Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?". "Nie, panie profesorze". "A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?". "Nie, panie profesorze. Niestety nie miałem takiego kontaktu". "I nadal w Niego wierzysz?". "Tak". "Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg n ie istnieje... Co Ty na to synu?". "Nic", pada w odpowiedzi, "mam tylko swoją wiarę". "Tak, wiarę...", powtarza profesor, "i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara".

Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie: "Panie profesorze, czy istnieje coś takiego jak ciepło?". "Tak". "A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?". "Tak, synu, zimno również istnieje". "Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje". Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta. Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać: "Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (czyli zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła. Nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno. W przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15 stopni Celsjusza. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi, profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem".

W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota. "A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?". "Tak, profesor odpowiada bez wahania, czymże jest noc jeśli nie ciemnością?". "Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?". Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr. "Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?".

"Zmierzam do tego, panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy". Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie. "Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?". "Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie", wyjaśnia student. "Twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Twierdzenie, że śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem".

"A teraz, panie profesorze, proszę mi odpowiedzieć. Czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?". "Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest". "A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?". Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.

Student zaś kontynuował: "Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych i nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?". W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie. "Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład". Student rozgląda się po sali. "Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?". Audytorium wybucha śmiechem. "Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukowa metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?".

W sala zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność, profesor wydusza z siebie: "Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę". "A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej, stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?". Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi: "Oczywiście że istnieje. Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło". Na to student odpowiada: "Zło nie istnieje, panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowiek a dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła". Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.

Jeśli udało Ci się dotrwać do końca tego tekstu i wywołał on na Twojej twarzy uśmiech podczas czytania, daj go do przeczytania swoim Przyjaciołom i Rodzinie.

Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921.

czwartek, 28 lipca 2011

Intencje mszalne

Starając się uczestniczyć w codziennych Mszach Świętych śledzę intencje, w których kapłan odprawia Msze Święte.
Ale czy tylko kapłan? 
Jako uczestnik staram się i ja objąć konkretną intencję także moimi modlitwami jako, że jest to nie tylko Kapłańska, ale i nasza - Ludu Bożego składana Bogu Ojcu ofiara.
Przykładowo, dzisiaj 28 lipca, modliliśmy się wspólnie przy czwartku, za parafian, tak za żywych jak i za zmarłych. To bardzo ważna intencja, obejmuje bowiem swoim zasięgiem tych, za których nikt się nie modli, nikt nie zamawia Mszy Świętych, ani za życia, ani po śmierci. Pewno sami zainteresowani nie mają tej świadomości, że ktoś może się za nich modlić. Bo niby skąd ją mają mieć? Dawno zaprzestali chodzić do kościoła. Nawet raz w roku, ze święconką, ich nie widać. Oni, moi sąsiedzi, fizycznie mieszkający obok, znani z widzenia, mówiący "dzień dobry", niejednokrotnie występujący w TV, szczególnie potrzebują  modlitwy Kościoła. I bardzo dobrze się dzieje, że raz w tygodniu, w ramach zbiorowej odpowiedzialności za rodaków, wspólnie się za nich modlimy.


Wczoraj, 27 lipca Msza św. była dziękczynno - błagalna. Nie wiem kto ją zamówił i z myślą o kim ją zamówił? Mogę tylko powiedzieć, że trafił mi z tą bezosobową  intencją w dziesiątkę. Ze szpitala wróciliśmy z Ewą wczoraj po czterech godzinach czekania wykończeni ale szczęśliwi. Na tyle wykończeni ze zmęczenia, że w czasie wieczornego nabożeństwa do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i Św.Józefa poprzedzającego Mszę  Św. chwilami traciłem kontakt z rzeczywistością. Ewa została natomiast w domu,  pójście  nawet na samą Mszę św. przekraczało jej fizyczne możliwości. A było, a jest za co składać Bogu dziękczynienie. Dwa wycięte z wnętrza pęcherza moczowego narośla: jeden 1 cm, a drugi 2 cm okazały się nie złośliwe. Tak podobno głosi po łacinie werdykt, podpisany przez mojego szkolnego kolegę specjalistę histopatologa prof. dr. hab. med. Jana B.


W ostatni poniedziałek, 25 lipca, uczestniczyliśmy z Ewą, o 18:30 we Mszy świętej w parafialnym kościele. Nie pamiętam intencji tej  konkretnej Mszy św. Nasza wspólna obecność na Eucharystii,  poprzedzonej różańcem, związana była z intencją w jakiej równolegle, o tym samym czasie odbywała się inna (czy tak bardzo inna ? o tym niżej ),  Msza św. w naszej intencji. Była to intencja dziękczynna za 44 lata wspólnego małżeństwa, połączona z prośbą  o błogosławieństwo na dalsze lata wspólnego pożycia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w identycznej intencji Ewa zamówiła, tak jak to czyni od początku istnienia naszej parafii, Mszę Św. u Księdza Proboszcza w dniu naszego święta, naszego jubileuszu, to jest 22 lipca.

Tego roku z identyczną intencją na 22 lipca zamówiliśmy dwie Msze św. Jedną Ewa, drugą ja. Bóg pisze jednak swoje plany. Msza Św. zamówiona przeze mnie nie mogła się odbyć o 8:00 rano w dniu 22 lipca, a mający ją odprawić Kapłan przesunął jej termin w południe w dniu 22 lipca, ku naszej radości na 25 lipca na godz. 8:00 rano. Tak się złożyło, że 22 lipca rano nie mogliśmy wspólnie uczestniczyć we Mszy św. o czym nie wiedział ksiądz mający odprawić Mszę św. Czym jednak wytłumaczyć, że Msza św., która miała być odprawiona w poniedziałek o 8:00 została po raz kolejny przełożona w niedzielę, na znacznie korzystniejszą dla nas godzinę na poniedziałek na 18:3o, nie wiem.

Wiem natomiast że w poniedziałek 25 lipca, w Warszawie przy ul. Miodowej 13, w kościele Przemienienia Pańskiego została odprawiona Msza Święta w intencji: O moc Bożą dla ks. Jacka za wstawiennictwem św. O. Pio.
Wiem, że tego dnia 25 lipca o 18:30 odbyły się trzy równoległe Msze Święte, a ich uczestnicy modlili się do Boga w Duchu Świętym  za Dary Życia i Bożą Moc Jezusa Chrystusa dla siebie nawzajem.


Tym wszystkim, którzy się w naszych intencjach, od początku lipca modlili, składamy serdeczne Bóg zapłać.

środa, 27 lipca 2011

Nawróćcie się do Boga Waszego



Pod takim hasłem ćwierć wieku temu wyruszyłem z rodziną na 52 Pieszą Pielgrzymkę z Poznania na Jasną Górę. Była to już moja i średniego syna piąta, dla Ewy i czteroletniego Łukasza czwarta, a dla najstarszego syna druga piesza pielgrzymka do Pani Jasnogórskiej.


 
Pamiątką z tej pielgrzymki jest wspaniały album ze zdjęciami. Przeglądając go w poszukiwaniu zdjęć ze ślubu Wandy i Leszka jaki odbył się w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej natknąłem się na moje odręczne notatki, które postanowiłem przepisać do bloga ubogacając je zdjęciami sprzed 25. laty.

 


Moim notatkom bez tytułu nadaję nagłówek jaki znalazłem na pierwszej stronie albumu.







Już po raz piąty wybrałem się tego roku (1986) na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, razem z widoczną na zdjęciu  grupą parafian. Ruszając w drogę miałem przed oczyma odpowiedź na ankietę, jakiej udzieliłem w wielkanocnym numerze Przewodnika Katolickiego.

Moje (ojca małego Łukasza), słowa  z ankiety zobowiązywały mnie do innej - lepszej postawy, a ja z upływem czasu, znów wróciłem do swojego starego "ja". 



   
"Nawróćcie się do Boga Waszego"!
Gdy tylko dotarło do mnie hasło tegorocznej pielgrzymki, od razu coś mną wstrząsnęło.  Odebrałem te słowa tak jakby były skierowane właśnie do mnie. Do mnie upadłego i przytłoczonego balastrem własnych wad. 





W odpowiedzi postanowienie: muszę ruszyć na pielgrzymi szlak, by się nawrócić. Trzeba iść, by zawrócić z drogi swoich wad. Trzeba koniecznie iść i błagać Ducha Świętego o przemianę, o odrodzenie.
  Czy uda mi się przejść w życiu wewnętrznym przemianę? Czy uda się dostąpić większej doskonałości? 
    Upadałem już nie jeden raz. 



     Idę....
Idę, uczynić następny krok, kolejny krok na mojej pielgrzymiej drodze. W głowie rodzą się kolejne pytania i wątpliwości. 
Czy moje nawrócenie stanowić będzie dogłębną i radykalną przemianę? Czy przemiana obejmie mój egoistyczny sposób myślenia i postępowania? 
Nie wiem.


Ale idę. 
Idę, pchając wózek z pięcioletnim Łukaszem. 
Czy uda mi się zerwać z moim głównym grzechem? Czy moje zadośćuczynienie będzie pełne? 


Idę...
Idę i rozmyślam o tym,  rozważając kolejne tajemnice  różańca. 
Jaką postawę przyjmę w stosunku do bliźnich? Czy moim postępowaniem będzie kierować Chrystusowa orientacja na życie?
Nie wiem...  
Muszę spróbować. 




Ta pielgrzymka, to kolejna szansa dla mojego nawrócenia.
Czy uda mi się nie tylko nie czynić zła, ale czy czynienie zła zastąpię czynieniem dobra? Czy potrafię upodobnić się do Chrystusa? Czy stanę się z dnia na dzień lepszym, bardziej świętym? Czy tak rozumiana świętość, stanie się sensem mego dalszego życia? 


  
Idę.
Każdy krok rodzi kolejne pytania. 
Może trzeba się zatrzymać?
Klękną? 
Tak 
Stanąć?
Nie, nie mogę stanąć.


 
A więc idę. 
Idę i śpiewam z innymi: nie wystarczy pielgrzymować, trzeba jeszcze życie zmienić, trzeba Boga ludziom nieść. 
Tak,  rację ma refren pielgrzymkowej piosenki.
Trzeba życie zmienić!


Wiem, że stać mnie na jednorazową pokutę, na jednorazowe nawrócenie. 
Ale czy taka orientacja "na nawrócenie" stanie się moją stałą postawą? Czy stać mnie na wytrwałe codzienne dążenie do świętości, do pełni człowieczeństwa?


Daj Boże aby moje nawrócenie miało stały charakter, aby było nie tylko jednorazowym pojednaniem się z Tobą, ale by było moją metanoją w stosunku do bliźnich, a szczególnie w stosunku do najbliższych.    Rozumiem, że dla Ciebie o Boże liczy się nie kolejna zaliczona pielgrzymka, nie manifestacja, a moje wewnętrzne nawrócenie, moje wejście na drogę świętości.

Nie pochód , nie najlepiej zorganizowana manifestacja religijna nawróci ateistów. Oni potrafią dialektycznie i po marksistowsku wytłumaczyć pielgrzymkowy fenomen polskiej religijności. Przed jednym dialektyka marksistowska staje bezsilna. Przed świętością na co dzień, a więc przed moją świętością.
Daj mi o Boże wejść na drogę świętości . Dopomóż mi w tym Matko Najświętsza.

w bramie do Matki

wtorek, 26 lipca 2011

Przyszywani dziadkowie i przyszywane święto

Dzisiaj obchodzimy wspomnienie św. Anny i św. Joachima rodziców Matki Boskiej, a więc ziemskich dziadków Jezusa Chrystusa. Mimo że nie jest to święto dziadków, poczuliśmy się dzisiaj przez kilka godzin jak przyszywani dziadkowie. Odwiedziła nas Iwonka. Tak zwraca się do niej Ewa, dla mnie jest to pani Iwona. Przez popołudnie i wieczór Ewa miała okazję ją wysłuchać, a ja miałem okazję zrobić dla wszystkich okolicznościową kawę i kolację. Zamieszczam poniżej kilka zdjęć z tej wizyty.







Lenka nie jest jeszcze ochrzcona. Jedno co mogliśmy to porozmawiać z mamą na ten temat i położyć małą pod krzyżem. Św. Anno , św. Joachimie wstawcie się u Pana Jezusa za tą kruszynką i poradźcie jak zapewnić religijne wychowanie temu dzieciątku? Z chęcią byłbym ojcem chrzestnym, ale czy w tym wieku godzi się podjąć takiej funkcji, by nie skrzywdzić przyszłej chrześcijanki?

Drugi jubileusz - przyjęcie weselne odc.4

Własny dom był marzeniem od lat  Wandy i Leszka. Ich historia życia, to historia zdobywania z Bożą pomocą tego, co po ludzku wydaje się niemożliwe. Materialnym efektem ich starań jest ten oto dom o spadzistym dachu stojący na pierwszym planie.


Ale od tego co materialne znacznie ważniejsze jest to co duchowe. Dzisiejsi Srebni Jubilaci stworzyli kochającą się rodzinę. Wychowali trzy córki. Najstarsza założyła już własną rodzinę, dwie młodsze są aktualnie studentkami.


Z dzwonem parkujemy w pobliżu ich domu, obwieszczając sąsiadom głosem "Pojednania" dzisiejszy jubileusz.


Domek od frontu wygląda bardzo skromnie. W stosunku do domów i ogrodów sąsiadów, Ich posesja jest wyjątkowo zadbana..


Parter domu zajmuje ogromny salon z aneksem kuchennym, który mógłby pomieścić wszystkich gości. Jednak gospodarze ustawili  w ogrodzie biało niebieski namiot, pod którym wyprawiono jubileuszowe przyjęcie.


W salonie, na reprezentacyjnej ścianie między dwoma oknami wisi drzeworyt: "Spotkanie z Matką". To prezent jaki nowożeńcy dostali przed 25. laty od pielgrzymów w dniu ślubu. Towarzyszył on "młodym" wisząc we wszystkich mieszkaniach, w których przyszło im wspólnie spędzać czas.



Modlitwa Krzyża.  (wg.świętego Józefa, Sebastiana Pelczara)
Za przykładem Twoim, o Matko Bolesna czczę Krzyż  Chrystusowy.
Bo ten Krzyż jest ołtarzem, na którym Najwyższy Kapłan dokonał ofiary za zbawienie ludzi;
Krzyż jest kluczem, którym ten Zbawca Najświętszy otworzył niebo.
Krzyż jest katedrą , z której ten Mistrz Najmądrzejszy przemawia do świata.
Krzyż jest chorągwią , którą ten Wódz Naczelny rozwinął ,
                                 a zarazem mieczem, który pokonał zły świat i szatana.
Z miłości do Ciebie Jezu, chciałbym również ukochać mój krzyż ,
                                     ale jakże ja jestem niepodobny do Ciebie!
Tyś dla mnie dźwigał ciężki krzyż , a ja uciekam nawet od lekkich krzyżyków.
Amen!


Ksiądz Roman Janecki ówczesny przewodnik grup pielgrzymkowych, a dzisiejszy celebrans Mszy Św. Jubileuszowej wprowadza Ewę.


Która dopiero teraz  składa życzenia Jubilatom.


Laurka z pisemnymi życzeniami znalazła się w skromnym prezencie podanym przeze mnie Leszkowi.


Przy obiedzie pod namiotem


Rodzina i znajomi. Wśród obecnych były osoby, które już dwadzieścia inne szesnaście  razy pielgrzymowały pieszo z Poznania na Jasną Górę.


Uczestnicząc w tych  specyficznych rekolekcjach w drodze, także w zakończonej  tydzień temu pielgrzymce poznańskiej, dzieliły się z pozostałymi osobami wrażeniami z ostatniej pielgrzymki.


Wandzia i tort jubileuszowy. Skromny napis "25 lat razem" doskonale oddaje skromność tego domu.


Przy krojeniu jubileuszowego tortu.


Ewa przy weselnym stole.


W rozmowie z Leszkiem. Przy stole gospodarze przypomnieli nam o zdarzeniu, o którym zupełnie zapomnieliśmy. Gdy przed laty upadły PGR-y, w których Leszek pracował, zaszła konieczność  (możliwość) wykupić na własność mieszkanie w bloku, które małżonkowie z rodziną zajmowali. Pracownicy dostawali tyle procent ulgi, ile lat mieli przepracowane. Leszek miał przepracowane 12 lat, a Wanda zero. Od początku pracowała jako katechetka. Najpierw w kościele, potem w szkole. Kwota do spłaty przerastała ich możliwości. Mieli tydzień czasu na zgromadzenie pieniędzy. Wybawiliśmy ich podobno z kłopotu i mieszkanie stało się ich własnością. Gdy rozpoczęli budowę własnego domu, pieniądze uzyskane ze sprzedaży tego mieszkania, stanowiły znaczny wkład pieniężny na nowy dom.


Pożegnanie z gośćmi.

Wracając do Baranowa zatrzymujemy się przy bocianach. Ptaki te, są symbolem rodzącego się życia. Jubilatom życzymy, by tak, jak to czynią każdego dnia, świadcząc swoją postawą, że życie jest darem Boga  nadal byli świadkami.  Niech Matka Boża nadal prowadzi, a  Bóg ma w swojej opiece.
A Bociany ? Niech przynoszą Wam wnuki w sakramentalnych związkach małżeńskich - jak na płaskorzeźbie na Pojednaniu.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Drugi jubileusz - przed kościołem odc.3



Nazwałem go drugim jubileuszem, a konkretnie był dwudziestą piątą rocznicą ślubu Wandy i Leszka. Jak wiecie, ślub odbył się w kaplicy cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, na zakończenie 52 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Program pielgrzymki nawiązywał do tematyki całorocznej pracy w parafiach i streszczał się w haśle "Nawróćcie się do Boga waszego".  25. rocznica ślubu Wandy i Leszka była dla mnie okazją, by spojrzeć w sporządzony przed laty album. To co w nim znalazłem, to nie tylko zdjęcia i wspomnienia, to masa osobistych przemyśleń dotyczących życia duchowego. Obiecuję Wam, że niebawem wrócę do tego tematu.

Ale wróćmy do Szacownych Jubilatów. Gdy Tylko skończyła się Msza Święta, jako pierwszy wyszedłem z kościoła.  Ustawiłem dzwon Pojednanie na wprost wyjścia, pod figurą Matki Boskiej. Rozwinąłem sznurek uruchamiający duszę dzwonu i rozpocząłem dzwonienie. Dzwoniąc przygotowałem aparat i czekałem, aż jubilaci ukażą się w drzwiach wyjściowych.


Nikt nie był przygotowany na takie powitanie. Dzwon brzmiał dostojnie na całą wieś. Była akurat Godzina Miłosierdzia, Mieszkańcy powychodzili z okolicznych domów patrząc co się dzieje, gdy dzwonienie się przeciągało.

"Pani młodej", aż się w pewnej chwili oczy ze wzruszenia zaszkliły. Nie wdzieliśmy się dawno i "młodzi" nie wiedzieli, że mamy prywatny dzwon "Pojednanie", na którym są płaskorzeźby rąk małżonków splecione kapłańską stułą. Trudno takim dzwonem samemu sobie dzwonić, a ich 25. rocznica ślubu doskonale się do tego nadawała. Kto jak kto, ale oni sobie na takie dzwonienie szczególnie zasłużyli.



















Zdjęcia z przyjmowania gratulacji i życzeń nie zostały opisane. Zainteresowani odnajdą siebie. Dzwoniąc było mi niezwykle trudno robić zdjęcia. Dlatego proszę wybaczyć, że nie ma wszystkich osób na fotografiach, a ujęcia są nie takie jakie powinny być. Dla Jubilatów zdjęcia były nieważne. Dla nich liczyła się Msza święta i to że mogli ugościć rodzinę i znajomych pod własnym dachem. Ale o tym będzie w następnym odcinku.