piątek, 31 maja 2013

Przekazana do dalszego leczenia

      We środę 30 maja Ewa, po całkowitym usunięciu guza mózgu z wycięciem opony twardej, została przekazana do dalszego leczenia na Oddział Neurologii Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu przy ulicy Lutyckiej i umieszczona na 7 piętrze w pok.734, do czasu przyjęcia jej na Oddział Rehabilitacji Neurologicznej Bonifrterskiego Centrum Rehabilitacji w Piaskach na os. Marysin pod Gostyniem uzgodnionego na dzień 06 czerwca. 
         Obrzęki ustąpiły, rana goją się prawidłowo, szwy usunięte przed przekazaniem na Lutycką. W epikryzie wpisano iż przebieg leczenia w okresie bezpośrednio pooperacyjnym był ciężki, nastąpiła afazja i głęboki niedowład połowiczny prawostronny. 4.dni po operacji nastąpiła nagła poprawa stanu chorej , ustąpienie afazji i szybkie wycofanie się niedowładu połowicznego. Obecnie (w dniu wypisu z Oddziału Neurohirurgii) utrzymywało się umiarkowane obniżenie napędu psychoruchowego, a chora siedziała (sadzana na wózek inwalidzki) i jadła samodzielnie. Wypisana została wg. Karty Leczenia Szpitalnego w stanie ogólnym dobrym 

      Dzisiaj w piątek 31 maja, gdy mijają trzy dni pobytu w nowym miejscu Ewa jest moim zdaniem coraz to słabsza. Dzisiejszy obiad lekko dziubnęła. Zjadła samodzielnie pokrojonego jej klopsika, dwa chapsy ziemniaków i  nieco surówki z kiszonej kapusty, oraz wypiła kubek podanej jej  rzadkie zupy pomidorowej. Miała kłopot z utrzymaniem w dłoniach 1/3 kubka, oraz połowę banana. Do obiadu udało mi się ją  usadzić na siedząco na krawędzi łóżka. W takiej pozycji prawie nic nie mówiącą odwiedziła ją Pani Aneta. 
       Rozmawiałem z Ordynatorem Oddziału:  "róbmy to co możemy zrobić". Nie sposób się z takim zdaniem nie zgodzić. Po wizycie u Ewy poszedłem do szpitalnej kaplicy pomodlić się by z całkowitą ufnością powiedzieć Bogu: "Bądź wola Twoja ..."

Ps. Każdy kto zechce odwiedzić Ewę przed wyjazdem na rehabilitację może to uczynić. Nie widziałem godzin odwiedzin, jedyne co wyczytałem to to, że u chorego mogą przebywać max. 2 osoby, ale z tym nie ma problemu można poczekać obok w świetlicy z wygodnymi siedzeniami. Proszę jedynie nie przynosić ze sobą słodkości. 

Na zdjęciach: Chrystus w szpitalnej świetlicy na oddziale Neurologii, oraz Ewa po przewiezieniu na Lutycką, z zabezpieczoną głową przed zdrapywaniem strupelków po szwach na pięknie gojącej się ranie.

czwartek, 30 maja 2013

Nie cierpię Twojego bloga

wtorek 29 maj. 
     Na wizytę do Ewy zabieram jej Koleżankę. Bardzo się zdziwiła gdy się okazało, że nie jadę na Przybysza, ale na drugi koniec miasta. Po wejściu na oddział Ewa już siedziała w wózku na korytarzu. W czasie rozmowy jeszcze przed obiadem wsunęła ponad dwadzieścia niezbyt dużych, ale za to pachnących dorodnych truskawek (podobno już z pola). Tym razem widząc metalowe szafy z obiadem wracamy na oddział, by przy osobistym "nocnym" rozkładanym stoliku Ewa mogła zjeść obiad. 
Zaczęła od drugiego dania. Wsunęła połowę niezbyt ciepłej porcji ziemniaków pire z sosem mięsnym i buraczkami zostawiwszy na koniec ciepłą zupę pomidorową. Je sama, ale wolno wkładając do ust widelcem kopiaste porcje oraz łyżki pełne zupy. Stara się nie pobrudzić i muszę powiedzieć, że jej to wychodzi. Jest tak starannie wolna, że Panie, które przychodzą zebrać brudne naczynia zjawiają się w połowie obiadu Ewy, co Ją z pewnością dołuje.  W jej przypadku zostawiają niedojedzony talerz, a zabierają tylko plastykową wytłaczaną tacę. 

     Przed końcem obiadu przychodzi w odwiedziny Przyjaciółka Ewy ze sporą porcją śledzi w jogurcie. Będą na kolację. Jest nas troje, o jedną osobę za dużo. Zabieramy wobec tego Ewę na wózku jeszcze raz na korytarz, gdzie z apetytem kończy resztę  truskawek. 
Jedzenie, to pewno jedna z ostatnich przyjemności jaka jej została. 

   Od prowadzącego Ewę Lekarza dowiaduję się, że jutro to znaczy we środę pani Irena zostanie przewieziona na Oddział Neurologii szpitala przy ul. Lutyckiej.  To wydaje się być dobra dla mnie wiadomość. Póki co nie jestem jej wstanie zapewnić opieki. Dla niej, liczącej na powrót do domu po operacji to pewno tragedia. Jest bowiem doskonale świadoma swego stanu bezsiły. Góz  był płytko tuż pod czaszką, dobrze dostępny i nie nastąpiło uszkodzenie tych jego części które zawiadują świadomością. Można powiedzieć, że gdyby była siła w narządach ruchu, byłoby wszystko OC. A tak świadomość całkowitej bezsiły. Dwa tygodnie pobytu w szpitalu, a ona nie potrafi nie tylko wyjść na własnych nogach, ale nawet na nich stanąć. Wysiłki rehabilitanta sprowadziły się do posadzenia i zdjęcia Jej z wózka inwalidzkiego. Mięśnie nóg nie potrafią utrzymać ciężkiej masy ciała. 

   Pielęgniarki, zwane siostrami, gdy wyraziłem chęć osobistego umycia Ewy pod prysznicem w specjalnie dla niepełnosprawnych przystosowanej łazience twierdzą, że Ewa z nimi nie współpracuje, a sam nie dam sobie rady. Oglądam szczegółowo miejsce ewentualnej kąpieli i proszę rehabilitanta o pomoc. Zgadza się pod warunkiem, że zgodzi się na to szefowa pielęgniarek. Tu jednak spotykam się z odmową, uzasadnioną argumentami. Jeszcze raz, tym razem z Przyjaciółką oglądamy miejsce ewentualnej kąpieli całego ciała Ewy pod prysznicem, na który to zabieg łącznie ze zmoczeniem głowy wodą mamy zgodę Lekarza Operatora. Niestety mając synów do pomocy sprawa byłaby do przeskoczenia z jednym rehabilitantem nie da rady.

     Rehabilitanta poprosiliśmy o zdjęcie Ewy z wózka na łóżko. Problem w tym, że Ewa nie potrafi ani przez moment utrzymać swego ciężaru na nogach, które są wiotkie jak gałązki wierzby. Kładziemy siedzącą na krawędzi łóżka Ewę na wznak. Do tej czynności potrzebne są  dwie osoby. Jedna układa górną część ciała, druga odpowiednio wkłada nogi na łóżko. Gdy skończyliśmy zjawia się synowa z paczuszką słodkości. Kategorycznie zabraniam podania czegoś słodkiego. Trzeba było coś wcześniej powiedzieć. Ma rację, nie każdy musi czytać mego bloga, by wiedzieć, że słodycze to najlepsza pożywka dla raka, że słodycze to kalorie, to odkładanie tłuszczów, to dodatkowy ciężar na nogi, które nie mogą utrzymać tego co już jest. 

     Zostawiam obie panie i wychodzę na korytarz, by nie wybuchnąć. Szkoda mojego rozkołatanego serca, musi być jako tako sprawne dla Ewy. Gdy się wszystko uspokoiło i zostałem sam na sam z Ewą przyszła umyć Ewę pani pielęgniarka. Przyszła tym razem z propozycją abym z nią umył żonę. Przystałem na to z wielką radością. Wczoraj kierowałem myciem Matki przez synów, co musiało zostać dostrzeżone, dzisiaj podpatrzę jak to robi fachowa siła. Mycie poszło nam bardzo sprawnie i to co wczoraj robiło trzech chłopów, dzisiaj zrobiliśmy we dwójkę. Trzeba przyznać, że Ewa współpracowała z nami, co znacznie ułatwiło sprawę. Pielęgniarkę poprosiłem by odświeżoną Ewę ułożyła na boku, twarzą do okna. 

     Gdy zostaliśmy we dwoje zaproponowałem Ewie, że jak mi pomoże to ją przewrócę  na brzuch. Po chwili leżała już w ulubionej pozycji na "zajączka". Tylko mojej ręki nie było pod Jej głową. Nie przeszkodziło to Jej, by nieomal natychmiast zasnąć. Siedziałem sobie przy niej i opisywałem na brudno, na parapecie okiennym dzisiejszy dzień.

      Wołanie kolacja obudził wszystkie trzy panie drzemiące w sali nr 1. 
      A pani Irena dlaczego leży, a brzuchu? Proszę przewrócić się do kolacji na plecy. Jak się pani umiała sama przewrócić na brzuch, to proszę się samemu odwrócić. 
     Miał całkowitą rację gderający biały kitel. Powolutku z moją pomocą udało się. To ważne doświadczenie, jeśli nauka nie pójdzie "w las" może się okazać przydatne do dalszej egzystencji szpitalnej.

      Na kolacje były śledzie Przyjaciółki. Musiały Ewie bardzo, ale to bardzo smakować, gdyż na jedno posiedzenie wtrząchnęła całą porcję. Mnie pozostawiła szpitalne żarełko: 3 kromki chleba i cztery plasterki żółtego sera. Doszło do tego niemal pół chleba, jaki rano upiekłem z masłem "Osełka", To wszystko zastąpiło mi obiado - kolację. Proponowałem Ewie by część śledzi zostawiła sobie na następny dzień, na śniadanie. Nic z tego. Skoro raz chwyciła w dłonie pojemnik ze śledziami nie dała się przekonać,by go wpuść z rąk. Najedzona, wręcz objedzona obiecała tylko, że rybki "pójdą" jej na zdrowie. Umyłem jej dobrze buzię, a koszulę którą podłożyłem jej pod brodę zwinąłem w kłębek i zostawiłem w koszu z napisem: "odpady komunalne". 

      Jak co dzień odmówiliśmy wspólnie wieczorny pacierz. Tym razem klęknąłem nie pod oknem a w przejściu między łóżkami. Chciałem oglądać niebo bezpośrednio przez szybę, a nie tylko w lustrze wiszącym nad szpitalną, pokojową umywalką. 


    Nadszedł czas na pakowanie. Okazało się, że tego do zabrania były cztery pękate siatki. Ewa widząc moje pakowanie stawała się z minuty na minutę coraz to smutniejsza. Zamiast do domu jedzie bowiem na przechowanie do drugiego szpitala. Podobnie ja zamiast do domu wieść żonę, wiozę same ciuchy. Nie cieszyło ją to, że żyje.

        Ponury nastrój zmienił się w czasie, gdy z odwiedzinami wpadło Kuzynostwo. Na twarzy pojawił się uśmiech i zaczęła nie tylko odpowiadać na pytania, ale i sama kilka zadała. Zaraz wokół niej zrobiło się jakoś cieplej, a słowa młodych wprowadziły w nią nieco innego ducha. 

       Rozstanie wtorkowe było dla mnie najsmutniejsze. Gdy zrobiłem  Jej zdjęcie głowy z wyjętymi szwami i pięknie zrośniętą zabliźnioną raną na głowie z niezapadniętą czaszką powiedziała: "nie cierpę tego twojego bloga". Czarę goryczy wypiłem przy pożegnaniu: gdyż nie chciała się ze mną, tak jak zawsze, po Bożemu pożegnać. A ja głupol nie zrobiłem jej nawet krzyżyka na głowie.
Po wyjściu obładowany torbami poszedłem po raz ostatni na długą modlitwę do Kaplicy Bożego Miłosierdzia.  

środa, 29 maja 2013

Odwiedziny cyganów

        Gdy w poniedziałek 27 maja opuszczałem szpital na schodach  przed wejściem, w głównym hollu, na korytarzach na poziomie parteru przed oddziałem Intensywnej Opieki Medycznej  koczowało mnóstwo cyganów. Niektóre starsze kobiety siedziały na krzesłach, ale generalnie stali w małych grupkach po 8-10 osób co po niektórzy  oparci o ściany. Przed samym OIOM em grupa liczyła około 30 osób, a łącznie mogło ich być około 60-70 osób. Nie robiłem im zdjęcia, starszych nie wypadało w takiej chwili fotografować, a młodszych, młodzież i dzieci stojące przed budynkiem też nie. Stojąc nie przeszkadzali przechodzącym ludziom, zwykle tak jak ja o tej porze, było po 19:00 spieszących się po zakończonych odwiedzinach u chorych do domu. Im się nigdzie nie spieszyło. Na twarzach malował się smutek, zamyślenie a ci którzy rozmawiali, na co dzień mówiący podniesionym głosem byli wyjątkowo spokojni. Bo też były to z pewnością  wyjątkowe odwiedziny. Nie pytałem dlaczego i po co przyszli. To było zrozumiałe. Przyszli by towarzyszyć swemu kamratowi w ostatnich chwilach jego ziemskiego życia.  Przyszli tak jak inni do swego najbliższego, a może tylko znajomego. A że ich tylu było? Pewno dla każdego coś znaczył, liczył się w ich społeczności, stąd tak liczna ich grupa. 

         Do Ewy przez okres pobytu w szpitalu przychodziły różne osoby. Głównie najbliżsi: synowie, synowe, dorosłe wnuki (dzieci nie wpuszczają na oddział, nieco dalsza rodzina bywająca u nas w domu i ta u której my bywamy oraz grono przyjaciół - znajomych. Nad tą ostatnią grupą chciałbym się nieco zatrzymać. Są w tej grupie osoby które fizyczne Ewę odwiedziły, są takie, które nieodwiedziwszy w szpitalu przynajmniej raz zadzwoniły do mnie, by się dowiedzieć co słychać, są pewno i takie, które czytając mego bloga są doskonale zorientowane nieomal na bieżąco co się dzieje i są i takie, do których nie dotarła informacja o ciężkim stanie Ewy. Nie obnoszę się z nim i nie informuję, nie mam po prostu głowy i czasu do tego. Kto chciał to wie, a kto chciał odwiedzić to odwiedził. Ale nie wszyscy. Ciocia Ela przebywająca aktualnie w Ośrodku Rehabilitacyjnym po operacji endoprotezy bardzo chciała odwiedzić siostrzenicę. Załatwiła, sobie nawet przepustkę na dzisiaj. Niestety musiałem jej odmówić transport, który jej w piątek  obiecałem. Umówię się z nią na inny dzień.

       Do piątku zeszłego tygodnia odwiedziny co prawda były bardzo utrudnione. Dwie godziny na dobę i to jeszcze w rozbiciu na dwie części przypadające w godzinach podawania posiłków od 12:00 do 13:00 i od 17:00 do 18:00 w znacznej mierze ograniczały dostępność do Ewy. Nakładając do tego bezwzględnie przestrzegany przez personel wewnętrzny przepis, że u chorego mogą przebywać jednocześnie tylko dwie osoby, organizacja wizyt wymagała pewnych kompromisów i nie każdy mógł przebywać z Ewą tak długo jak chciał.  Od soboty 25 maja  odwiedziny już trwają normalnie to jest bez przerwy od 12:00 do 19:00, z tym że warunek dwóch osób u jednego chorego został zachowany.

        Ciekawe jak szpitalne przepisy traktują kapłana z Najświętszym Sakramentem? Kapłan wiadomo człowiek liczy się za jednego. A Trójosobowy Bóg to trzy osoby czy jedna dla administracji szpitalnej. A może Bóg się w ogóle nie liczy, w tym limicie? Chyba jednak jedna, gdyż kapłan zaliczany zdaje się od obsługi szpitalnej podając Ewie Najświętszy Sakrament mówi "Ciało Chrystusa" i już leci do następnego pokoju. Ma przecież do obejścia z dwustu pacjentów. I co z tego pospiechu wynika. Dobrze, jak pozwoli choremu przełknąć to, co ma aktualnie w ustach. Ksiądz Piotr Natanek mówiąc dzień wcześniej o rozdawaniu Jezusa wiernym powiedział: "Nie wiecie ile mnie wsiłku kosztuje pięćset razy powiedzieć :<< Oto Ciało Naszego Pana Jezusa Chrystusa, niechaj cię uzdrowi i błogosławi na życie wieczne>>"  

        Każdego roku jako doradca podatkowy rozliczam moich klientów przed urzędem skarbowym. Niektórzy z nich mają sprecyzowane zdanie na jaką organizację pożytku publicznego chcą dokonać 1% odpisu. Innych pytam czy mogę odliczyć na Caritas Poznański . W swojej długoletniej praktyce nie spotkałem się by ktoś z moich klientów sprzeciwił się mojej propozycji. A więc odliczam. Są to spore pieniądze. Do wyjątków należą osoby uściślające taki odpis zaznaczają cel szczegółowy którym jest Caritas przy jego parafii. 

       Zastanawiam się ostatnio na czym ma polegać praca lokalnego parafialnego  Koła Caritasu. Czy tylko na rozdysponowaniu środków materialnych i rzeczowych  wśród  potrzebujących?  Przecież takie rozdawnictwo może czynić każda organizacja pożytku publicznego i z pewnością czyni  niejedna.  Wiem, że łatwiej mi zrobić darowiznę pieniężną czy zamienić pieniądz w towar i dać darowiznę w towarze niż zdobyć się na darowiznę "ducha".  Większe lub mniejsze pieniądze, nawet "wdowi grosz" mają wszyscy ale ducha?  By darować komuś "ducha" trzeba go po prostu mieć. Jak masz w sobie złego ducha to jak się okazuje nie ma problemu z podarowaniem go innym. Gorzej się sprawa ma z dobrym duchem. To prawda, nie każdy jest Świętą Urszulą Leduchowską, patronką Archidiecezji Poznańskiej, której wspomnienie dzisiaj 29 maja obchodzimy. 

         "Jeżeli dziś Św. Urszula staje się przykładem świętości dla wszystkich wierzących, to dlatego, że jej charyzmat może być podjęty przez każdego, kto w imię miłości Chrystusa i Kościoła chce skutecznie dawać świadectwo Ewangelii we współczesnym świecie. Wszyscy możemy uczyć się od niej, jak z Chrystusem budować świat bardziej ludzki - świat, w którym coraz pełniej będą realizowane takie wartości jak: sprawiedliwość, wolność, solidarność, pokój. Od niej możemy uczyć się jak na co dzień realizować  << nowe>> przykazanie miłości ".  To słowa błogosławionego Jana Pawła II. Nie dotarłem do źródła gdzie i kiedy błogosławiony Jan Paweł II je powiedział.

       Co znaczy to " << nowe>> przykazanie miłości" o co tu chodzi. O jakie nowe, bądź stare, a może odwieczne przykazanie miłości tu chodzi? A może chodzi po prostu o taką solidarność, o takie poczucie wspólnoty jaką mieli cyganie stojący przez noc wytrwale do następnego dnia na szpitalnym korytarzu. Na drzwiach wejściowych wisi ogłoszenie dyrekcji, że po godzinie 22:00 żadne osoby nie będą wpuszczane na teren szpitala, ale oni byli przecież wewnątrz szpitala i nie dawali powodu by ich wyprosić na zewnątrz, nie zakłócali bowiem porządku publicznego. A może chodzi o takie podejście do chorych i umierających, jakie mają świadkowie Jechowy? Czy też może o takie, jakie mają prężnie działające w zakres pomocy duchowej Koła Parafialnego Caritasu, lub nielicznych Towarzystw Dobrej Śmierci udzielających się słowem otuchy i pociechy podobnie chorym jak Ewa. 

wtorek, 28 maja 2013

Nie jesteś atrakcyjny

27 maj, poniedziałek - wizyta od 12:00 do 19:00. 
   Na oddział wchodzę w towarzystwie SK. Na korytarzu, na wózku siedzi Ewa. 
   Nie jesteś dzisiaj atrakcyjna zwracam uwagę. 
   No nie - odpowiada. 
   Nie ma chłopów na oddziale mówią białogłowe. Nic się przez przez dwie godziny nie stanie. Jak chcecie by była atrakcyjna, to połóżcie ją sami na łóżku.
   Kładziemy i wychodzimy z pokoju. I rzeczywiście przebrały ją w nową suknię. Wygląda teraz, jakby miała jechać do ślubu. 
    Służba podała skromny posiłek. Nie żeby był niedobry, albo  by go było mało. Co to, to nie. Był obfity, a jedyne co można było mu zarzucić to to, że nie było wyboru. W jarzynowej swojskiej zupie pływał egzotyczny chiński ryż, a i chłopski bigos miał za mało kapusty przypominając raczej pomidorowy sos z dużą ilością różnorakiego mięsiwa. Pire ziemniaczane zastąpiliśmy poznańskimi pyrami przywiezionymi z Baranowa. Moja Królewna zjadła je z sosem, a ja, nie mając w domu gziku, zjadłem je z ekstra  masłem sporządzonym przez Śremską Spółkę Mleczarską "Jana" wg. tradycyjnej receptury najstarszej polskiej masielnicy zwanej "Osełka wiejska" a 5.50 zł za 300 g. Na deser podano leguminę o nazwie śmietankowy budyń poznański z dżemem z owoców z czarnej porzeczki, które  doskonale kontrastowały z zabarwionym na żółto budyniem.   
       Posługuję mojej Królewnie stojąc nieco z boku za jej plecami. Nie spieszy się, je spokojnie nic nie mówiąc, tyko skinieniami głowy przyzwala, gdy nieco ingeruję i pomagam jej włożyć do ust kolejny kens. 
      Po skończonym posiłku, a uczta trwała nieomal godzinę,
wsadzamy ostrożnie, aczkolwiek z wysiłkiem Królewnę do karocy i jedziemy do światła na przeszklony obustronnie łącznik. 
      Po chwili zostaję sam w towarzystwie tym razem najedzonej, uśmiechniętej, atrakcyjnej Ewy. Nie jest dzisiaj zbyt rozmowna.Przekazuję jej wszystkie życzenia telefoniczne  jakie odebrałem poprzedniego dnia. Nie wymienię ich tutaj. Są to osoby, które nie czytają mego bloga, a w sposób szczególny interesują się nią.
      Po niecałej godzince Ewa prosi bym ją zawiózł do pokoju. Na twarzy maluje się zmęczenie. Jest to też ostatni dzwonek by Pan Rehabilitant zdjął ją z wózka. Po jakimś czasie trzymana za rękę,zasypia, a ja "wolny", w godzinie miłosierdzia schodzę do kapicy na koronkę.
       Gdy wróciłem już nie spała. Leżała sobie spokojna widząc moje bambetle przy łóżku, myśląc pewnie, że Łysy Potwór jest gdzieś w pobliżu. 

     W pokoju nastąpiła zmiana. Pojawiła się pani Zdzisława z tętniakiem. Gdy leżąc przy nas usłyszała od po raz pierwszy widzianego lekarza prowadzącego diagnozę puściły jej nerwy. Zrobiło mi się jej żal. Jedno wielkie JA i jedna wielka rozpacz. Najpierw: To JA już umrę, a potem To JA już nie będę mogła prowadzić samochodu. Przez całe nieomal życie była samodzielna od nikogo nie uzależniona, a teraz ... nie wiedziała co ma powiedzieć w miejsce tych trzech kropeczek. 
      Opowiedziałem jej o moim zawale pod Chrystusem Królem, o mojej radości, że go tam dostałem. Za przykład dałem Ewę która trzydzieści lat mnie woziła samochodem, a teraz ostatnio trudno Jej było nawet siąść na fotelu pasażera. 
      Ten tętniak Pani Zdzisławo, to dla Pani znak od Boga. To że nieprzytomną zawieźli Panią do szpitala, to że potem 100 km przewieźli z jednego szpitala tutaj, to, że tutaj zrobiono przy Pani to co potrzeba, to najlepszy dowód na to, że ma Pani żyć, bo przed Panią Bóg stawia nowe zadania. Ale Pani Zdzisławo, trzeba coś w swoim życiu koniecznie zmienić. A co? Jak się Pani uspokoi proszę przemyśleć moje słowa. Mówiłem do Niej długo, aż się sam sobie dziwiłem słysząc własną naukę do po raz pierwszy widzianej kobiety. 
       Po jakimś czasie wzięła krzyżówkę. Gdy zdenerwowana sytuacją Ewa to zobaczyła powiedziała: "Teraz się uspokoi".      
      Miała rację.
      Gdy po kolacji: dwie skibki chleba z masłem i 4. plasterkami szynki drobiowej z moim pomidorem i domowej roboty kiszonym ogórkiem (rozczęstowałem cały słoik), gdy się uspokoiło na sali po mierzeniu temperatury i ciśnienia, a kroplówki ze spokojem każdej z trzech chorych spływały do żył, rozpoczęliśmy z Ewą wieczorne pacierze  Pani Zdzisława złożyła ręce na piersiach i z przymkniętymi oczyma nie wypowiadając na głos słów trwała w modlitewnej zadumie. 
        Jedno "Pod Twoją obronę" odmówiliśmy za rodziny chorych leżących na sali nr 1. 

     Powoli szykuję się do wyjścia. Ewa widząc moją krzątaninę i pakowanie się mimo, że powiedziałem jej, że będę do końca wizyty staje się nerwowa. Gdy pytam Ją o co chodzi mówi wprost: nie jesteś atrakcyjny. Gdy dopytuję czy dla niej, czy dla innych kobiet zalega długa cisza. Jej ręka wsuwa się w moją dłoń i delikatnie próbuje uścisnąć mój serdeczny palec.

      Uścisk dłoni przerywa najpierw wejście jednego a po chwili drugiego syna. Skoro was tu mam obu to przewracamy mamę na brzuch. To jej ulubiona pozycja do snu. Po omówieniu strategii następuje realizacja. Obklepywanie, masaż, umycie ciała, nakremowanie i na koniec wymiana pampersa dopełniają rozkoszy. 
     Ewa jak ta pierwsza Ewa chwyciła się za nieobrane ze skórki jabłko, które od kolacji leżało na stoliku i leżąc na brzuchu wzięła się za jedzenie. 
Po odwróceniu na wznak dostała jeszcze zamówioną "paschę" gęsta legumina z  jogurtu z bakaliami, specjalność jednej z synowych, oraz tym razem już wcześniej odebrane i obrane jabłko pokrojone na dzwonka. 
      Wychodząc ze słowami z "Panem Bogiem" trzeba było widzieć szczęśliwą minę Matki. 
      Atrakcyjni to my może nie jesteśmy, ale kochani,  tak.

poniedziałek, 27 maja 2013

Dzień Matki

26 maj, podobnie jak 22 lipiec pozostanie dla nas obojga do końca życia świętem. 22 lipiec będzie zawsze rocznicą naszego Sakramentu Małżeństwa (piszę z dużej litery, bo to jest dla nas i Boga duża, bardzo duża sprawa)
Podobnie 26 maj będzie zawsze dniem kiedy moja kochana żona została Matką (też piszę z dużej litery, bo to dzień kiedy staliśmy się spełnioną rodziną). 

Zlikwidowano nam państwowe święto Manifestu Lipcowego, przyjdzie czas gdy w polskim kalendarzu Dzień Matki obchodzony będzie w Dniu Matki Kościoła, ale dla nas 22 lipiec i 26 maj zawsze pozostaną dniami świątecznymi.  

Po odsłuchaniu 72 kazania z cyklu "O wierze"  http://gloria.tv/?media=450119 
ubrany świątecznie w wizytowe ubranie melduję się trzy minuty po 12:00 u Ewy. Tym razem nie byłem pierwszy. Przy łóżku siedziała dwójka Przyjaciół. Pomogli mi usadzić Ewę wygodnie do obiadu, a potem towarzyszyli jej przy obiedzie. Ewa samodzielnie zaczęła świąteczny obiad od drugiego dania (kruchy wydaje się, że pieczony schab w jasnym sosie z ziemniakami i gotowaną marchewką). Potem był krem szparagowy przygotowany przez Przyjaciółkę. Pierwszy talerz Ewa zjadła sama, a drugi, bo była już zmęczona, podała jej Przyjaciółka.   

W szpitalu surowo przestrzegana jest zasada, że u jednego chorego mogą jednocześnie przebywać dwie osoby. Staram się tej zasady przestrzegać i innych dyscyplinować, choć nie ukrywam że zdarzają mi się potknięcia. Z jednej strony widzę jak Ewa chłonie otoczenie, ale z drugiej widzę jak ją to męczy. Jej niepodzielna uwaga zdolna jest skupić się na pojedynczej osobie z jedną prowadzić rozmowę. Odpowiadanie kilku osobom na pytania nie wchodzi w rachubę. Rozkojarzona po prostu milczy, a w głowie się pewno kotłuje.

     Dając gościom pierwszeństwo, czekam wobec tego na korytarzu. Nie musiałem długo sam czekać. Przyszła kolejna para Przyjaciół. To już moje trzecie podejście by się zobaczyć z Ewą. Poprzedniego dnia byłem około 11:00 i za żadne skarby mnie chodzącego na codzień w białym kitlu nie chciano wpuścić na oddział. Sam wymagam dyscypliny od podległego mi personelu - musiałem odpuścić. Przy okazji przez telefon porozmawiałem sobie z Chrześniaczką o jej porodzie. 

Z przyjacielem w asyście dwóch pielęgniarek sadzamy Ewę na wózku inwalidzkim. We dwójkę udało się nam dźwignąć te ponad 100 kg żywej wagi. Tym razem nie wyskoczyła mi przepuklina, ale w oczach miałem te zbyteczne kalorie podawane jej w ostatnim czasie. Organizm Ewy wiedząc, że w głowie rodzi się i rośnie kolejna wznowa, domagał się coraz to więcej i coraz to więcej kalorii. Ewa bardzo lubiła ostatnio słodycze. Nie pomagało przemawianie Jej do rozsądku i cytowanie onkologów i innych logów, że jedząc słodkości choduje w sobie kolejne raczydło. Co ja się z nią nawalczyłem by nie igrała z naturą. Nie miałem siły by się oprzeć Jej prośbą.  Jak nie rożki, które wprost uwielbiała, to snikersy, albo inne słodkie badziewia. Nie było spaceru by  nie kończył się w pobliskim sklepie kupieniem jakiejś słodkości. Odpowiedź była jedna: żałujesz mi cukierka, ty sknero ciastka, loda mi żałujesz. Masz babo placek i piekłem kolejny placek dochodząc do coraz to większej doskonałości w pieczeniu. Zamiast powiedzieć jesteś matką, czy podasz swemu dziecku narkotyk, trułem jej organizm słodkościami. Teraz gdy dochodzi bardzo wolno do siebie mówię kategoryczne KONIEC. Będzie normalne żywienie, a nie tuczenie. Sam jednak nie dam rady. Komu zależy na zdrowiu Ewy musi tę sprawę przemyśleć i zanim jej coś poda, coś sprezentuje (mnie też - bo słodkości jadła i swoje i moje), niech postawi ją na wadze. Nie da rady.

    Jedziemy na korytarz. Odstępuję prowadzenie wózka innym. Pewno się jeszcze go w swoim życiu dosyć napcham. Rozmawiamy o znanej Ewie sparaliżowanej chorej, przykutej do łóżka przez kilkanaście lat i nic nie mówiącej, ale reagującej tyko na słowa: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Ta chora nie wiadomo czy świadomie czy podświadomie, obojętnie zresztą jak odpowiadała zawsze do końca życia na to pozdrowienie słowami "Na wieki wieków. Amen". To był jedyny z nią kontakt słowny. 

   Siadamy przy stoliku. Pytam Ewę czy zagra z nami w Qwikle. Pozostałe dwie osoby nie znają tej gry, a więc uczymy się wszyscy. To gra logiczno strategiczna. Graliśmy w nią nieomal każdego dnia przed operacją. Ewa doskonale zdawała sobie sprawę, że w ten sposób testuję działanie jej mózgu. Jesteście pewno ciekawi jak się spisywała. Gra wymaga rozróżniania sześciu kolorów - test wypadł pozytywnie, podobnie było z rozróżnieniem sześciu figur i ten test wypadł bez zarzutów. Dostawienie pionków tego samego koloru lub tych samych figur do siebie w jednej linii udawało się, a w dwóch liniach, co jest wyżej punktowane tak nie za bardzo, tak jak dzień przed operacją. Zmęczenie grą nastąpiło stosunkowo szybko bo już w 1/4 gry przerwaliśmy ją.

Przyszli nowi goście z prezentem w postaci pięknej kolorowej chusteczki na głowę. Założyć jej jeszcze nie szło, 
i po pokazaniu Ewie została schowana do papierowej  torebki. Widocznie za krótko Ewa ją oglądała, gdyż jak ją wieczorem pytałem od kogo ją ma, nie potrafiła jej skojarzyć z ofiarodawcą. Będzie się musiała z nią oswoić by sobie zakodować darczyńcę. 

Ewa jest wyraźnie zmęczona od początku wizyty odwiedziło ją ze mną siedem osób. Jedziemy więc do pokoju by ją położyć. Do mnie należy odpowiednie ustawienie wózka w stosunku do łóżka, zdemontowanie podnóżków by nie przeszkadzały i zablokowanie wózka. Do dźwignięcia potrzebny był młodszy facet który dźwignął matkę w górę i usadził na krawędzi łóżka. W przesunięciu Ewy na środek mogłem już nieco pomóc, podobnie jak w ułożeniu Ewy w pozycji leżącej unosząc jej zwisające nogi na "trzy cztery" na
łóżko.

Zostawszy sam na sam z Ewą raczę ją owocami. Samodzielne skonsumowanie brzoskwini bez pestki, banana, obranego ze skóry i bez pestek jabłka z obiadu oraz dwóch pomarańcz podanych na talerzu wyraźnie zmęczyło na tyle Ewę, że trzymana za rękę usnęła na nieomal godzinę.

Po obudzeniu był stosowny moment na wspólną modlitwę. I tym razem przyłączyła się do nas Pani Wanda. Ewie szło całkiem nieźle. Sądząc po odmówionych pacierzach modliliśmy się niecałe pół godziny. Jedno "Pod Twoją obronę" ofiarowaliśmy w intencji nawrócenia męża Pani Wandy. W końcówce Ewa zaczęła odmawiać różne akty strzeliste. Gdy doszła do "Jezu ufam Tobie" powtarzała to krótkie westchnienie "na okrągło". Gdy ja po iluś tam powtórzeniach przerwałem, ona tak jakby w transie powtarzała dalej nie zrażona obecnością pielęgniarki zlewającej mocz z worków pacjentów.

Po mierzeniu ciśnienia i temperatury podano kolację. Trzy skibki chleba z siedmioma plasterkami kiełbasy krakowskiej oraz pół ogórka po warszawsku (z octu). Gdy skończyła pół skibki przyszli następni goście. Na nich czekała od samego rana. Dla mnie był to sygnał, że mogę ją zostawić pod dobrą opieką. Zostańcie z Bogiem. Zadowolony jak Lekarz Dyżurny z postępów w dochodzeniu do kondycji aczkolwiek wolnych ale dostrzegalnych wróciłem tego dnia nieco wcześniej i mniej zmęczony do domu.

Niedziela Trójcy Świętej

Niedziela 26 maj, Uroczystość Trójcy Świętej - Dzień Matki

     O 3:00 budzi mnie głos Ewy wołającej "Jurek". Ton taki jak zawsze, gdy chciała abym jej pomógł wstać z łóżka.
Puste miejsce obok sprowadza mnie do rzeczywistości ziemskiej. Klękam w jadalni, w drzwiach balkonowych i odmawiam koronkę za te dusze, które najbardziej w tej chwili potrzebują Bożego Miłosierdzia. 


     Po skończeniu siadam do pisania bloga. Zrobiły się dwa dni zaległości: za piątek i za sobotę. Jest okazja by nieco nadgonić. Pisanie kończę o 7:30. W międzyczasie zjadłem śniadanie. Z pełnym brzuchem jestem tym bardziej śnięty. Pod wierzchnią koszulą i spodniami piżama. Nie rozbierając się, walę się jak kłoda w nie zasłane łóżko.

     Aż wstyd, mój Aniele Stróżu, bym Cię ciągle prosił o budzenie. Ale zrozum, chcę zdążyć na 9:00 do kościoła na Mszę Św. Kapujesz! To poważna sprawa. Mam przedpołudnie rozliczone co do minuty, by na 12:00 zdążyć na wizytę do Ewy. Od 9:00 do 9:45 Msza Św w parafii, od 10:00 do 11:30 Msza Św. w internecie z Grzechini. Po wczorajszym sobotnim niesamowitym kazaniu Ks. Piotra "O Kapłaństwie" http://gloria.tv/?media=449945  dzisiejsze będzie pewno równie dobre. 

Mija 5 minut - nie śpię, 10 minut mija, a ja nadal nie śpię. 

       Budzę się 12 min przed wpół do dziewiątą, z przeświadczeniem, że Msza Św. jest o 8:30. Wyskakuję z łóżka. Zwilżając twarz zimną wodą, golę się błyskawicznie. Gdy kończę golenie z kranu leci już ciepła woda. Tak jak stoję, ubrany z piżamę przykrytą roboczą koszulą i roboczymi spodniami, narzucam kurtkę i wskakuję w samochód. Wyprowadzam go z garażu i stawiam na parking pod Bożym  Miłosierdziem. Jeszcze tylko pozostało pozamykać bramy i w tym momencie słyszę głos parafialnego dzwonu. 
     Dlaczego on dzwoni? Józefie co się takiego stało, że cię słyszę. W międzyczasie zdążyłem pozamykać chałupę i przychodzi nagłe olśnienie. Przecież ty dzwonisz jak zawsze  pół godziny przed Mszą Świętą, która jest wobec tego nie o 8:30 a o 9:00. Co mnie tak zamroczyło?

      Wracam do domu. Puszczam wodę do wanny, biorę kąpiel, zakładam świeżą bieliznę, białą koszulę, krawat i garnitur. Dzisiaj uroczystość Trójcy Świętej, a ja chciałem Cię Boże czcić w piżamie. Coś źle z tym moim pomyślunkiem.  Przepraszam Cię  Boże za to wariactwo. A tobie mój Aniele Stróżu dziękuję żeś zadbał bym nie tylko zdążył na dziewiątą, ale bym godnie świątecznie chwalił Boga. 

      Do kościoła zdążyłem na końcówkę różańca. Uspokojony wewnętrznie przekroczyłem próg świątyni. Klęknąłem pod chórem na jedno kolano i świadomie, pełen szacunku dla całej jednej Natury Boskiej powoli, czyniąc duży znak Krzyża Świętego, pomodliłem się po kolei do wszystkich trzech osób: "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". 

     Potem miałem czas by odmówić jedną dziesiątkę koronki ze wstępem i zakończeniem i tym Ewy "Miej miłosierdzie nad nami i nad naszym całym światem Twoim miłym". 
Msza Święta koncelebrowana przez obu Księży  Kanoników rozpoczęła się od słów "Bóg jest miłością"  (dobre hasło na Boże Ciało).

      Jakże Cię Boże można nie kochać? Przed oczami stanął mi mój Świetlisty Krzyż Pojednań poświęcony Trójcy Świętej i Maryi. Jego poświęcenie będzie, gdy stanie przed Pałacem Prezydenckim w niedzielę Trójcy Świętej. Kazanie także było o Krzyżu - znaku zmartwychwstania. O modlitwie i błogosławieństwie, które każdy z nas świeckich i duchownych może czynić w każdej chwili, mówiąc i czyniąc znak krzyża: "Ja ciebie błogosławię: w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". 

      Takie błogosławieństwo uczynione z żarliwą wiarą np przez rodziców nad dziećmi ma niesamowitą moc. Przekonałem się o tym osobiście. Znam też całkowicie "puste" nie czynione w imię Trójjedynego Boga błogosławieństwa. To jeden z takich przykładów podpowiedzianych przez diabła: "Ślubu to ja ci dać nie mogę, bo by mnie zawiesili w kapłaństwie, ale pobłogosławić ci mogę" - powiedział kumpel do kumpla.

niedziela, 26 maja 2013

Trzech Organistów

sobota 25 maj - ranek, kościół  Zmartwychwstańców w Poznaniu. Na wejście śpiewana jest jedna zwrotka pieśni o wielkości Boga.

"O Ty Przedwieczny, który lat tysiące 
Co dzień i gasisz i zapalasz słońce.
Boże o Tobie jak ja myśleć lubię
Lecz zawsze myślę i w myślach się gubię".

     Po Mszy Św. wchodzę na chór do Pana Organisty i proszę Go o słowa tej nie znanej mi pieśni. Podaje mi śpiewnik, a ja robię zdjęcie wszystkich pięciu zwrotek.
To pieśń bez tytułu, oznaczona w śpiewniku numerem 23, ze słowami Ant. Góreckiego i muzyką Ks. K. Antoniewicza.
      Pan Tadeusz  - bo takie ma chyba imię organista, dyktuje mi pierwszą zwrotkę, którą pisząc przykładam do sytuacji i stanu duchowego Ewy. Opowiadam mu krótko o Ewie, o Jej pobycie w szpitalu, o pierwszej potoczystej modlitwie i pogubieniu się przy "Wierzę w Boga", o koronce z uparcie powtarzanymi po wielokroć słowami:  "miej miłosierdzie dla nas i całego naszego świata Twojego"
      I on pyta czy żona to pierwszy raz tak mówiła?
      Tak!  
     Ja pana nie znam. Pan pewno nie z tej parafii.  
     Ja od Pomnika Miłosierdzia Bożego z Baranowa.
I po chwili dodaję: A tu, na tym miejscu siadywał mój dziadek.
       Zygarłowski? 
       Tak Stefan.
       Na dalszą rozmowę o dziadku Stefanie wychodzimy z kościoła. 
       Pan Tadeusz wspomina bardzo dobrze czasy sprzed ponad półwiecza opowiadając o dziadku. 
      A dalej mówi:  Stefan - Stefan Stuligrosz
Niech Pan następnym razem wpadnie do mnie na chór, to dam panu piękną pieśń Stuligrosza. 
      Po chwili rozstaliśmy się przed kościołem . 

A w kościele różaniec na którym chciałem koniecznie być 
Wchodzę  po raz drugi do kościoła, dwie ostatnie dziesiątki odmawiam klęcząc na środku między ławkami. Nim skończyłem modlitwy podszedł do mnie od tyłu i podał skserowaną kartkę z osobistą dedykacją Stefana Stuligrosza pieśni "Nie lękaj się". Przypomniał mi się pogrzeb Profesora i śpiewana na nim właśnie ta pieśń. 

      Na sobotniej wizycie pokazałem Ewie nuty tej pieśni. Długo się im przypatrywała. Spytałem czy potrafiłaby ją zaśpiewać. 
      Nie teraz. 
      A w głowie masz tą melodię i potrafisz ją sobie zanucić? 
      Tak.
      Ładna?
      Tak. Jest bardzo melodyjna.
      To jej "tak" mi wystarczyło. Kolejny test został zdany. 

      Czy wszyscy odwiedzający w sobotę zdali egzamin?
Myślę że tak, i to zarówno ci co podeszli bezpośrednio do łóżka Ewy, by nie tylko zobaczyć ogoloną głowę - w sobotę nie było panów w obsłudze pielęgniarskiej, a cztery kobiety nie były wstanie posadzić ją na wózek inwalidzki - jak i te osoby, a może zwłaszcza te osoby, z którymi mi przyszło porozmawiać na szpitalnym korytarzu, a które z różnych względów nie podeszły do chorej. Liczyło się to, że przyszły i że łączyły się duchowo z chorą.
       A czy ja zdałem egzamin? Tak nie zupełnie. Zdawałem go ponad sześć godzin i na koniec potknięcie. Przed  uniesieniem z synem w górę leżącego ciała Ewy zapomniałem spytać swego Anioła Stróża czy mi pomoże. Nie wezwany do pomocy, zostawił mnie samego z problemem dając mi solidną nauczkę na przyszłość. Przy dźwiganiu dostałem przepuklinę. Szczęście, że się przez noc wchłonęła. Trudno, na przyszłość muszę albo szanować zdrowie, albo prosić o nadzwyczajne siły Boga, bo jestem dla Ewy niezastąpiony w innych dziedzinach. 
       Dźwigać będą musieli inni.
       Po wieczornej modlitwie odmówionej z Ewą, do której włączyła się Pani Wanda, przeczytałem na głos wszystkim w pokoju całe pięć zwrotek pieśni o wielkości Boga. Oto całość:

"O Ty Przedwieczny, który lat tysiące 
Co dzień i gasisz i zapalasz słońce.
Boże o Tobie jak ja myśleć lubię
Lecz zawsze myślę i w myślach się gubię".

Gdy rzucę okiem po tej nędznej ziemi,
Gdzie pełza robak pod stopy moimi,
Czy w Twe błękitne niebo wzrok zanurzę,
Wszędzie Cię szukam po całej naturze.

Liczneś w naturze porozsiewał wdzięki,
Wszędzieś wycisnął ślady Twojej ręki,
Wciąż mi Twe dzieła zastępują drogę,
A Ciebie Stwórco, zobaczyć nie mogę.

I któż Ty jesteś Panie nie zmierzony?
Musisz być mocnym, kiedy ciskasz gromy.
Musisz być dobrym, kiedyś miłość stworzył
I dla śmiertelnych niebiosa otworzył

Dziś oczy moje zakryte pomrokiem,
Czuję Cię w sercu, lecz nie widzę okiem,
Obym Cię Panie ujrzał jakim cudem,
I Twą wspaniałość wyśpiewał przed ludem.


Intymne sprawy cz.2

       Umytą, przebraną i wyklepaną Ewę z talerzykiem niedojedzonych truskawek zostawiam w pokoju i schodzę do szpitalnej kaplicy na Mszę Świętą o godz. 14:30. 
       W kaplicy pod wezw. Świętej Siostry Faustyny około dziesięciu osób. Mszę Św. odprawia starszy kapłan z pobliskiej parafii z Os.Rusa. Krótkie kazanie poświęcił modlitwie. Gadulstwo i zarzucanie Boga tysiącami próśb przeciwstawił konkretnej żarliwej modlitwie. Modlitwa - rozmowa z Bogiem, a więc nie tylko gadanie, to przede wszystkim słuchanie, wsłuchiwanie się, to adoracja i wielbienie. Trudno mi przytaczać konkretne słowa kapłana. 
       Po Mszy Świętej i krótkim majowym podszedłem do niego i podziękowałem za kazanie i słowa, które trafiły do mego serca. Zapytałem czemu nie ma Koronki do Bożego Miłosierdzia zaznaczonej w "Ogłoszeniach szpitalnej parafii". 
      Koronkę odmawiają sami wierni. Ja idę z Panem Jezusem do chorych. Proszę ją poprowadzić  - zwrócił się do mnie. 
      Dobrze, ale skoro tak, to proszę posłuchać co w chorobie wymyśliła poprzedniego dnia moja żona.  Tu streściłem mu naszą wspólną modlitwę przy szpitalnym łóżku z poprzedniego dnia i słowa Ewy 
Miej miłosierdzie dla nas i NASZEGO całego świata TWOJEGO.
      Proszę mi tylko powiedzieć czy ona to po raz pierwszy tak mówiła?
       Zawsze prowadziła ją "małymi " literami. Wczoraj po raz pierwszy dodała te dwa wyrazy "naszego" i "Twojego"
       Przemyślę to ze spokojem zakończył rozmowę kapłan i poszedł do chorych z Panem Jezusem, a ja poprowadziłem koronkę. Gdy skończyliśmy pozostałym czterem osobom, tak jak wcześniej kapłanowi, opowiedziałem w skrócie historię Ewy z podkreśleniem NASZEGO całego świata TWOJEGO.

Do wieczornych odwiedzin zostało zbyt mało czasu by wrócić do Baranowa, ale można jeszcze coś załatwić. Jadę do banku wypłacić trochę gotówki. Tak jestem poruszony tym NASZYM całym światem TWOIM  BOŻE,  że po raz trzeci opowiadam historię Ewy obsługującej mnie doradcy finansowemu.

Po powrocie do szpitala zaglądam po raz kolejny do kaplicy by posłuchać tym razem Boga. Czerwona lampka przy tabernakulum świeci się jak zawsze. A więc mów do mnie Boże, sługa Twój słucha. Klęczę na środku pustej kaplicy i łapię się za słowa. Jaka ona tam pusta jesteś w niej Ty Najwyższy Kapłan i ja. Obiecuję Ci, że nie opuszczę Cię, aż się tu zjawi jakiś inny człowiek. Tyle ludzi przechodzi obok korytarzem do znajdującego się nieco dalej baru - kawiarni - mini marketu ze wszystkim, co tylko jest potrzebne w szpitalu. Można tam zjeść obiad; dzisiaj przy piątku łososia, albo i mięsny. Ja jak zwykle w piątki całego roku mam post ścisły, nieomal całkowy, nawet tabletek nasercowych przez cały dzień nie zjadłem - nie ma kto mi o nich przypomnieć.
  Nie wiem jak długo już klęczę. Kolana coraz bardziej bolą. Słuchanie przeplatam krótkimi "Jezu Ufam Tobie" , cały jestem Twój i Ty najlepiej wiesz z czym tu przychodzę, a zatem "Bądź wola Twoja"
     A On bierze mnie na wytrzymałość.  
wobec tego:
Panie mój, Boże nasz (tu już mówię za Ewę i za siebie) siłę masz, siłę dasz. To nie żebym tę siłę wymuszał z Ciebie Boże, to nie rozkaz, polecenie. Przecież widzisz jak się korzę przed Tobą. Już mi  powoli kolana wysiadają i pewno padnę przed Tobą krzyżem na posadzkę. Wiem dobrze, że dasz siłę, dasz jej tyle ile zechcesz i nie mam się sam z siebie pozrywać unosząc Ewę bo mi wyskoczy przepuklina. Przed każdym jej dźwignięciem mam się o siły zwrócić do Ciebie. A jak nagle coś wyskoczy, tak jak było z upadkiem na ulicy. To ją podniesiesz i nic ci nie będzie. 
A normalnie?
Normalnie masz się modlić Jerzy
Normalnie najpierw mów to co od lat mówisz:
Panie mój Boże nasz siłę masz, siłę dasz. Tylko Ty, tylko Ty.
W tej chwili otwierają się drzwi kaplicy. Biały Fartuch z identyfikatorem wprowadza kobietę siedzącą na wózku inwalidzkim.  
Nie to nie jest Ewa.
Podnoszę się z klęczek robiąc miejsce dla wózka i zwracając się w stronę Białego Fartucha mówię krótkie "dziękuję", a po chwili dodaję: Obiecałem Jezusowi, że go nie opuszczę do czasu aż się ktoś zjawi na adorację. Przyglądam się identyfikatorowi. 
Panie Doktorze skoro Pan tu trafił do Niego to proszę posłuchać jak moja żona się do Niego wczoraj modliła:
i opowiadam mu o NASZYM całym świecie TWOIM  BOŻE.

Zdążyłem jeszcze na kolację Ewy. Zjadła sama dwie skibki świeżego dobrego (trzecia mi się dostała) chleba z białym serkiem i startą rzodkiewką. Przy łóżku pojawili się dwaj synowie. Pomagają w obsłudze mamy. Wychodzą po godzinie, jeden na Mszę św. zamówioną przez Przyjaciółkę w intencji Ewy, a drugi jeszcze do pracy. Zostaję z Ewą sam. Od dzisiaj podobno zlikwidowano grypowe obostrzenia i wizyty u chorych mogą trwać od 12:00 do 19:00.  I znowu powtarza się sytuacja z popołudnia. Miało być intymnie i było intymnie. Na korytarzu przesiedziałem pół godziny, tyle że pionowa kreska znalazła się na innej karcie chorobowej. 

Pani Wanda czuje się bardzo źle, może inaczej z panią Wandą było tego wieczoru bardzo źle. Gdyby nie natychmiastowa pomoc medyczna pewno by następnego dnia Ewa leżała na dwuosobowym pokoju. Pani Wanda lubi się modlić. Za każdym razem gdy się tylko szeptem modlę z Ewą włącza się czynnie w naszą modlitwę. Tego wieczoru było inaczej. To my modliliśmy się we dwoje, a może we  tróje,  za nią. Przez dłuższy czas, między krzątaniami białych fartuchów, modlitwy półgłosem odmawiałem sam. Widziałem jak Ewie trudno jest się skupić. Dopiero gdy "pipanie" czujników stało się miarowe i trochę się uspokoiło Ewa dwie ostatnie dziesiątki koronki w intencji Pani Wandy odmówiła głośno dodając raz po raz do:
"NASZEGO całego świata TWOJEGO" słowo "miłego". 
Niestety ten cały nasz Boży świat nie za bardzo okazał się tej nocy miły dla Ewy, z którą pożegnałem się tego dnia o godzinę później niż dotychczas. 

Imtymne sprawy cz 1

Na południową piątkową wizytę zabrałem Bratową. Gdy we dwójkę weszliśmy na Oddział Ewa siedziała na szpitalnym korytarzu, pod okiem pielęgniarek, wypatrując gości. Byliśmy pierwsi, których wpuszczono po otwarciu zewnętrznych drzwi. Uśmiech od ucha do ucha nieomal tak długi, jak długi był biały plaster przykrywający ranę na głowie, pojawił się na twarzy Ewy, gdy tylko wypatrzyła nasze sylwetki. 
Założyć Ci okulary? 
No, dobrze by było.
Przynoszę okulary z pokoju i zakładam Ewie.
Teraz lepiej?
Krótkie: tak!
Bratowa chwyta za rączki wózka i jedziemy z Ewą na zewnątrz oddziału, do światła, na obustronnie przeszklony łącznik z kwiatami. To doskonałe miejsce do intymnych rozmów z rodziną. Są tam krzesła gdzie można przysiąść razem z chorą, lub otoczyć ją kręgiem i porozmawiać nie będąc podsłuchiwanym przez współtowarzyszki szpitalnych doświadczeń. 
Dzielimy się wrażeniami z ostatnich dni. Rozgadana przed laty Ewa jak to miała ostatnio w zwyczaju tylko słucha, raz po raz wtrącając pojedyncze słowo trafiające zwykle w istotę poruszanej sprawy. Są chwile, że wydaje się że ma "odlot", a może, my zdrowi mówimy wtedy o "pierdołach", a Ją to nie interesuje. Muszę na te sprawy zwrócić baczniejszą uwagę. Rozwinę nieco ten temat, gdy omawiać  będę kazanie w czasie szpitalnej Mszy św. na którą poszedłem bezpośrednio po wizycie u Ewy.
Tak żeśmy się zagadali, że przeoczyłem jadący korytarzem aluminiowy karton o wymiarach dwa na dwa na jeden metr. Potężna aluminiowa szafa mieszcząca indywidualne tace z obiadem dla wszystkich chorych zaprowiantowanych na oddziale. 
Rozgadane towarzystwo potrzebowało widać specjalnego zaproszenia by wrócić z chorą do pokoju i podać jej obiad. Postny, piątkowy obiad: barszczyk, jajko na twardo w sosie śmietanowym z ziemniakami i szpinakiem  w większości Ewa zjadła sama. Na deser uraczyła się dużą porcją bardzo dorodnych, dużych, ładnych truskawek, które przyniosła Jej Przyjaciółka. 
Gdy po obiedzie zebrano chorym wytłaczane tace po raz drugi wywieźliśmy Ewę na przeszklony łącznik zabierając talerz z niedojedzonymi truskawkami. 
Goście zabawiają Ewę rozmową, która ze spokojem konsumuje kolejne truskawki. A mnie się dłuży. Marzy mi się pozostać z Ewą  sam na sam. Grzeczność nakazuje odwieść Bratową do domu, a mnie się marzy randka we dwoje. Gdy Przyjaciółka ofiarowuje się podrzucić do tramwaju Bratową mam do randki we dwoje "oczyszczone" przedpole i mówię przy towarzystwie do Ewy, że mam do niej "intymne sprawy". Zamiast usłyszeć z ust Ewy  przyganę pojawia się na jej twarzy dziwny półuśmiech. Po kilku minutach zostajemy sam na sam we dwoje. Mówię Ewie kilka nastrojowych, ciepłych słów a Ona mi na to bez ogródek:
Ja chciałabym do pokoju
Miało być intymnie we dwoje, a Ona chce do pokoju gdzie leżą jeszcze dwie chore. Zostawiam na oknie talerz z niedojedzonymi  truskawkami i bez słowa z kwaśną miną pcham wózek do pokoju.  Tak jak poprzedniego dnia na wyjęcie Ewy z wózka przez Pana Pielęgniarza i Pana Masażystę ewa czekała z piętnaście minut. Tak tym razem pojawili się obaj przy łóżku Ewy natychmiast. Teoretycznie miała siedzieć na wózku jeszcze godzinę, a oni już ją zdejmują. Może jadąc Ewa kiwnęła na nich czego nie zauważyłem? Nie wiem. Wiem tylko tyle, że usłyszałem słowa: Proszę opuścić salę i zostawić nas samych. 
I tak się zakończyły te intymne sprawy. Odnotowano je nawet w karcie choroby, tej samej na której wpisuje się dwa razy dziennie temperaturę i ciśnienie oraz inne sprawy.
cd  intymnych spraw w następnym odcinku

sobota, 25 maja 2013

Nocne spotkanie z Aniołem

     W jednym z ostatnich wpisów: "Po tygodniu od przyjęcia do szpitala" napisałem: Niespodzianek należy się nadal spodziewać na linii Bóg - Ewa i Bóg - otoczenie Ewy. Tu Bóg okaże się Nieprzewidywalny w Swoich planach, podobnie jak nieprzewidywalne w swoich działaniach może okazać się otoczenie Ewy. 
W ostatnim zaś wpisie zapowiedziałem spotkanie z Aniołem. 

       Wczoraj gdy na własne uszy z ust Lekarza Operatora usłyszałem wynik badania histopatologicznego guza Ewy zupełnie się nie dziwię, że musiał zaingerować Anioł. Nie łagodny oponiak, a wznowa pierwotnego złośliwego glejaka i cisnące się pytanie: skoro była jedna wznowa, teraz druga to kiedy objawi się następna trzecia? Neurochirurdzy opierając się na statystyce twierdzą że interwał czasowy między kolejnymi wznowami zmniejsza się za każdym razem o połowę. 
        Zastanówmy się kiedy uaktywnił się ostatni glejak u Ewy? Na badaniu sprzed roku go nie było. Można więc założyć, że to co urosło, urosło przez ostatni rok, a więc do następnego odrostu mamy sześć miesięcy. Jeśli to co urosło zaczęło róść pół roku temu, to do następnego odrostu mamy tylko kwartał, ale jeśli to co urosło zaczęło rosnąć dwa miesiące temu to kolejny proces zacznie się za miesiąc. 
        W takim przypadku można powiedzieć, że skoro od operacji upłynął tydzień, to kolejna operacja szykuje się za trzy tygodnie. 
       Straszne prawda! 
       Nie da się uciec od takich myśli. One musiały się pojawić. Kładąc się spać przedwczoraj z takimi myślami, nie dziwota, że Bóg zadziałał i przysłał mi Anioła. 


      Gdy się położyłem do małżeńskiego łoża zasnąłem bez żadnych nasennych tabletek nieomal natychmiast w czasie wieczornej modlitwy różańcowej transmitowanej z Jasnej Góry przez Radio Maryja. Kilka zdrowasiek i dalej już nic nie pamiętam. 
      Wszystkie poprzednie noce przesypiałem do rana. Tym razem było inaczej. Obudziłem się o 2:00 w nocy. To trochę za wcześnie, by się pomodlić koronką za dusze umierające myślę sobie, ale wstaję z łóżka i podchodzę do drzwi  balkonowych, przez które idealnie widać oświetlony Pomnik Bożego Miłosierdzia. 
      Odmawiam fragment koronki, powtarzając po wielokroć, tak jak Ewa: "Miej miłosierdzie dla nas i naszego całego świata Twojego".  Nie za bardzo chcę się rozbudzić i po chwili wracam do łóżka. Po zejściu na półpiętro, na podeście, dostrzegam białą kartkę papieru. Podnoszę, w półmroku widzę że coś jest na niej napisane. Podchodzę do okna i czytam: ... "Będzie dobrze. Pan Bóg wie co robi i co jest najlepsze dla Ewy, dla Was"! i dwukrotnie podkreślone: "Jezu ufam Tobie". 
       Gdy tylko przyłożyłem głowę do poduszki natychmiast zasnąłem po raz drugi, by obudzić się o 6 rano. 

      Sen nie sen?

      O 7:00 rano telefon: "Przed spaniem proszę radio wyłączać".
      A więc to nie był sen, myślę sobie patrząc na zapisaną znajomym mi pismem kartkę papieru.

     Anioł!

czwartek, 23 maja 2013

23 maj 2013 czwartek, uroczystość Chrystusa Najwyższego Kapłana.
Dzisiejsze wiadomości od Ewy nie nastrajają zbytnim optymizmem. Łagodny oponiak okazał się w badaniu histopatologicznym skąpodrzewiakiem  III stopnia złośliwości. A więc klasyczna wznowa tego, co było w 2008 roku. 
Rzeczywistość okazuje się wobec tego tragiczna. 
       Ewę, tak jak wczoraj, zastałem na wózku inwalidzkim. Czekała na moją wizytę. Noc widocznie miała ciężką, bo usłyszałem z jej ust dwie wersje. Pierwsza że spałem obok niej i ją tuliłem i drugą, że w ogóle nie spała tej nocy.  Pewno ta druga jest prawdziwsza, choć nie kryję, że pierwsza  sprawiła mi radość. Przy pożegnaniu życzyłem Jej, by także dzisiejszej nocy czuła moją bliskość. Skwitowała to uśmiechem. 
        Obiad zjadła z wielkim apetytem. Podałem Jej miseczkę zupy jarzynowej. Makaron z maleńkimi kawałkami mięsa z sosem pomidorowym próbowała sama sobie widelcem wkładać do ust. Szło bardzo wolno, ale skutecznie. Zmęczyło to ją nieco tak że resztę makaronu i budyń podałem osobiście. Zapomniałem nadmienić, że przed obiadem zjadła sama całego banana i jabłko, które jej obrałem. 
       Jak z tego wynika, od wczoraj poprawiła się sprawność ruchowa jej rąk. Gorzej było z mówieniem. Wyraźnie nie chciało się Jej zabawiać nawet mnie rozmową. Generalnie nie odpowiadała na pytania, co mnie bardzo zmartwiło. Na koniec wieczornej wizyty, gdy zostaliśmy we dwoje z Jej Chrześniakiem, spytałem czy się pomodli ze mną?
      Tak! 
      Odmówiłem przy niej powoli nieomal cały pacierz wieczorny. Była jakby nieobecna, nie mówiła tak jak wczoraj. Tylko złożone do modlitwy na brzuchu ręce świadczyły, że się modli duchowo. Sprawa zmieniła się, gdy pożegnał  się z nami Jej Chrześniak. Dalszą modlitwę odmawiała już ze mną na głos. Gdy skończyliśmy pożegnałem się z nią czule. Przykre są te pożegnania dla nas obojga. 
       Do domu wróciłem przygnębiony stwierdzoną wznową. Pocieszył  mnie nieco Przyjaciel, który zadzwonił z dwiema informacjami: Pierwsza, że był wczoraj u Ewy ale go do niej nie dopuścili i mógł rozmawiać tylko z lekarzem dyżurnym i drugą, że został wczoraj dziadkiem, gdyż urodziła moja chrześniaczka. Przygnębiony stanem Ewy, nie wypytałem go o szczegóły dotyczące dzieciątka. 
        A teraz idę spać, bo zmęczenie zwala mnie z nóg. Jutro wkleję jeszcze dwa zdjęcia z dzisiejszych odwiedzin w ośrodku rehabilitacyjnym. 
        c.d. Nocne spotkanie z Aniołem!

Po tygodniu od przyjęcia do szpitala

Środa 22 maja - wspomnienie Św. Rity - patronki spraw beznadziejnych.
       Wczoraj minął tydzień jak zostawiłem Ewę w szpitalu i piąty dzień od operacji. Na południową wizytę zabrałem nie kogoś z rodziny, ale przyjaciółkę Ewy. Dzwoni do mnie nieomal każdego dnia i razem ze mną przeżywała trudne pierwsze dni pooperacyjne. Nie mówi jak większość pytających obiegowego zdania, że "jedno co nam pozostało to modlitwa".  Ma podobną świadomość jak ja, że chorobę, cierpienie, totalną niemoc należy przyjąć jako dar, jako wezwanie do zmiany własnego życia, do poustawiania sobie priorytetów. 
       Na szpitalnych schodach mówię do niej: Każdy dzień gdy wchodzę do szpitala odczuwam stres, serce zaczyna bić mocniej, rodzi się dreszczyk niepokoju; co też dzisiaj zastanę?  
     Od pierwszego dnia po operacji, w plastykowej torbie wnoszę na każdą wizytę krzyż, gromnicę i zapałki. Ten sam, który stał na stole, gdy Ksiądz Proboszcz udzielał Ewie w przeddzień pójścia na operację sakramentu chorych. Dla mnie to znak, że jestem przygotowany na każdą okoliczność i pogodzony do końca z wolą Bożą. Przez trzy pierwsze pooperacyjne dni nosiłem jeszcze dwa modlitewniki jeden współczesny, z 2007 roku "Modlitewnik chorych" opracowany przez Kapelana Wielkopolskiego Centrum Onkologii w Poznaniu o. Ozeasza T. Ossowskiego OFM i drugi sprzed 170 lat "Książkę do nabożeństwa" abpa Dunina, w którym sprawy związane chorobą i ostatnim namaszczeniem zajmują ponad 50 stron.

   Zanim wejdziemy zobaczyć się z Ewą tradycyjnie prowadzę Przyjaciółkę do szpitalnej kaplicy p.w. Św. Siostry Faustyny, by zamienić kilka słów z Bogiem. Jego wiedzę stawiam na pierwszym miejscu, przed Lekarzem Operatorem i Prowadzącym Ewę, przed Ordynatorem Oddziału. Zanim odezwę się do Ewy padam na kolana przed Jego Majestatem i mówię: "Bądź wola Twoja Boże" i "Jezu ufam Tobie" .... 
     Umocnieni wchodzimy po schodach na pierwsze piętro. Zielonkawy korytarz neurochirurgi, na końcu którego kilka krzeseł. Tym razem już pustych, co oznacza, że za przeszklone drzwi oddziału wpuszczono już odwiedzających. 
     W drzwiach spotykam Operatora Ewy. Dzień dobry Panie Doktorze! Co może mi Pan dzisiaj powiedzieć? Proszę spojrzeć i ręka Doktora wskazuje w głąb wewnętrznego, oddziałowego korytarza, tonącego w lekkim półmroku. Rozmówca jest tym razem uśmiechnięty i zadowolony. Wreszcie pooperacyjny obrzęk odpuścił. 
"Najważniejsze to mieć pewność dobrze wykonanej roboty". Jeszcze raz dziękuję Mu, skłaniając głowę na pożegnanie.
     Nieomal biegiem pędzę za Przyjaciółką, która już stoi przy Ewie siedzącej na szpitalnym wózku. Radość rozpiera moje serce. Nie do wiary! To leżące w całkowitym bezruchu przez cztery dni ciało, dało się posadzić do szpitalnego wózka
     Jak się czujesz Kochanie? 
     Dobrze, już mi lepiej.
A więc potrafi sklecić proste zdanie. Co za postęp w stosunku do ruchu powiek i kiwnięć głową. 
    Krótkie "udało się" rzucają jakby od niechcenia  przechodzący korytarzem lekarze. Na twarzach pozostałego personelu też radosne miny. 
     A więc mogło się nie udać - spekuluję. W to, że operacja się udała, nie wątpiłem ani przez chwilę. Tak jak Bogu zawierzyłem Ewę powtarzając na okrągło: Bądź wola Twoja i Jezu ufam Tobie, tak przez moment nie miałem cienia wątpliwości że Lekarz Operator wykona swoją pracę idealnie. Niespodzianek należało i należy się nadal spodziewać na linii Bóg - Ewa i Bóg - otoczenie Ewy. Tu Bóg okaże się Nieprzewidywalny w Swoich planach, podobnie jak nieprzewidywalne w swoich działaniach może okazać się otoczenie Ewy.

   Gdy na szpitalnym korytarzu zrobiło się tłumnie, spytałem  pielęgniarkę czy mogę z chorą wyjechać na obustronnie przeszklony łącznik. Proszę narzucić na panią Irenę porannik i nie ma przeszkód. Przy okazji zauważyłem ciekawe podejście personelu, całego personelu do chorych. Z języka "służby medycznej", dzisiaj się podobno mówi "personelu medycznego" wyeliminowano całkowicie słowo "chory", nie mówiąc już o zbitce słów "ciężko chory". Tak jak Kasę Chorych zastąpiono Funduszem Zdrowia, tak słowo chory zastąpiono tylko imieniem nie "chorego", a "pacjenta".


     My, Jej goście cieszymy się Nią, a Ona Nami, stojąc siedząc wokół inwalidzkiego wózka z Ewą. W tej tak strasznej chorobie jesteśmy w tej chwili wszyscy szczęśliwi i radośni. Jedna z osób określa tę sytuację słowami: "Skoro wielu z nas, tak gorąco się modli, to Pan Bóg nie może pozostać głuchy. Będzie dobrze". 
Będzie dobrze powtarza za nim Ewa. 

       Przywieźli obiad. 
       Proszę do stołu. 
       Wieziemy Ewę do pokoju i z osobistej szafki wyjmujemy blat na którym stawiamy sporą miskę z gęstym jasnym płynem. To podobno jednodaniowa, zmiksowana na drobno, zupa jarzynowa z wkładką. W nosie Ewy jeszcze włożona weń rurka, ale pani pielęgniarka rozpoczyna karmienie pani Ireny (tak ją nazywa)  łyżeczką do ust. To pierwszy, po pięciu dniach posiłek, wkładany Ewie do ust. 
      Ja państwa zostawiam z pacjentką. Proszę, można ją samemu dalej karmić.  
      Historia zatoczyła koło. Po 60 latach odwróciły się role. Przypatruję się z boku jak po kolei, małą łyżeczką karmią matkę dwaj synowie. Koniec z wtłaczaniem pokarmów przez plastykową rurę bezpośrednio do żołądka. 
      Minęła godzina, już koniec wizyty. Zmęczoną Ewę wysadzamy z wózka i z pomagając we trójkę pielęgniarzowi, układamy na szpitalnym łóżku. Żegnamy się. 
     Niech mama zostanie z Bogiem. 
     I do zobaczenia wieczorem. 
     Żegna nas uśmiech Ewy, i metaliczne cedzone przez zęby litery słów "Do zobaczenia".
 
      Na wieczornej wizycie tym razem tylko najbliższa rodzina. Ewa jest wyraźnie zmęczona południową pełną wrażeń wizytą. Pytam Ją czy spała po naszym wyjściu. Najpierw na twarzy pojawia się wszystko mówiący uśmiech, a potem wolne "nie udało się". 
       
        Gdy na 10 min. przed końcem wizyty zostaję sam na sam z Ewą, pytam się jej czy pomodli się ze mną. Kiwa głową i jako pierwsza rozpoczyna Wierzę w Boga, a ja, jak to mamy w zwyczaju Ojcze nasz. Po kilku słowach przyłącza się do mnie i dalej już wspólnie półgłosem odmawiamy najpierw Ojcze nasz, potem Zdrowaś Maryjo i dalej Wierzę w Boga. Pozwalam Ewie modlić się z minimalnym wyprzedzeniem. To już nie są pojedyncze słowa, to jest potoczysta, wolna, żarliwa modlitwa. Ewa prowadzi, tak, jak to czyniła od lat. 

      Nie dokończyliśmy Wierzę w Boga. Coś się Jej pokręciło, a ja całkowicie zdany w tym momencie na nią, rozmodlony i szczęśliwy z radości też się pogubiłem. Gdy przez moment nastała cisza z ostatniego łóżka słychać było cichy szept  modlitewny, do którego nie sposób było się podłączyć.   Rozpoczynam wobec tego koronkę do Bożego Miłosierdzia. Znowu Ewa prowadzi. Mnie cieszy jej potoczysty język. 

     Gdy dochodzimy do słów: miej miłosierdzie dla nas i całego świata  lub świata całego, Ewa, nie zważając co ja mówię, za każdym razem powtarza takie słowa: "Miej miłosierdzie dla nas i naszego świata,Twojego". Słucham tych słów po wielokroć i nie śmiem jej poprawiać. Nasz świat TWÓJ Boże. Nasz ziemski świat, cały TWÓJ Boże. To że Twój Niebiański świat jest Twoim Boże światem, to sprawa dla wszystkich oczywista nawet dla niewierzących. Chcesz mieć Boże Niebo, to sobie je miej, ale ziemię zostaw nam ludziom. 
Ewa jednak wyraźnie chciała podkreślić, że nasz ziemski padół, na którym jeszcze żyjemy jest w pełni Twój Boże. 
     Potem było pod Twoją obronę i po wielokroć powtarzane przez Ewę akty strzeliste, fragmenty litanii, którym wtórowałem. 

     Skończyliśmy się wspólnie modlić, gdy do pokoju weszła pielęgniarka, prosząc bym wyszedł, bo przyszła do Ewy jeszcze jedna osoba. Czynię zadość prośbie i żegnam się z Ewą. Pocałunek w policzek i krótkie: Zostań z Bogiem.

      Wychodząc w drzwiach mijam się z Chrześniaczką. Po raz trzeci wpadła zziajana do cioci. Będę 3 minuty, była trzy razy po trzy. 
      I co pytam ją po wyjściu?
Co za postęp. Ciocia wypytała mnie dokładnie o wszystko: Kiedy ślub, o mojego chłopaka i kazała sobie wszystko mówić. Widać było jak się cieszy, że jest logiczna w swoich wypowiedziach i że wszystko notuje w swojej pamięci. 
       A ręką do nosa sięgała - dopytuję?
       Tak, raz jedną, raz drugą. 
Robiła na sobie eksperyment neurologiczny - wyjaśniam. Chciała sprawdzić w jakim jest stanie, nie za bardzo dowierzając naszym słowom, że jest dobrze.

Może Cię podwieźć?
Nie na 19:00 idę na Eucharystię skwitowała Chrześniaczka. Gdybym nie był na Mszy rano poszedłbym z Tobą. 

      Wieczorem dzwoni ciotka z Rybnika, uruchomiła Dominikanki ze  Świętej Anny. Dzielę się z nią dzisiejszą radością. Na koniec cytuję jej słowa z  Mądrości Syracha (2,1-6). "Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie. Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia. Przylgnij do Niego, a nie odstępuj, abyś był wywyższony w ostatnim twym dniu. Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie, a w zmiennych losach utrapienia bądź wytrzymały. Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu w piecu utrapienia. Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj". 
I mówię, że tą wieczorną wspólną modlitwą Ewa zrobiła najlepszy prezent z możliwych nie tylko mnie, ale wszystkim którzy się w Jej intencji modlili.