poniedziałek, 29 lipca 2013

Intymne sprawy... czy dla wszystkich???

Witam czytelników tego bloga.

Tym razem ten wpis nie będzie autorstwa Jerzego. Mam na imię Jakub i jestem synem Jerzego. Dziś rano dokonałem "wrogiego przejęcia" blogu Pojednanie , którego autorem jest mój Tato.

Dlaczego?  zapytacie...

Część czytelników wie. Ale być może nie wszyscy.
Kropelką, która przelała czarę goryczy był wczorajszy wpis Taty o "intymnych sprawach"... O "intymnych sprawach" moich Rodziców, o "intymnych sprawach" Rodziny, o "intymnych sprawach" naszej kochanej Mamy.

Jako syn kategorycznie nie zgadzam się aby opisywać w miejscu publicznym (a takim jest ten blog) "intymne sprawy" mojej mamy - aby publikować jej zdjęcia np  w negliżu na ubikacji  - tak jak miało to miejsce we wczorajszym wpisie Taty.

Wczorajszy wpis " ocenzurowałem" usunąłem z niego to i jeszcze inne zdjęcia, które nie powinny się znaleźć w miejscu publicznym. Usunąłem też liczne opisy "intymnych spraw" związanych z Mamą. Uważam, że nie wszyscy muszą o tym czytać. Uważam, że nie powinni o tym wszyscy czytać !!!

Wielokrotnie prosiłem Tatę aby nie opisywał naszych rodzinnych spraw bez naszej zgody na blogu. Wielokrotnie prosiłem o to aby nie publikować na blogu zdjęć naszych rodzin. Wielokrotnie prosiły o to różne osoby z naszej rodziny i z grona przyjaciół. Zawsze miałem nadzieję, że nasza wola zostanie uszanowana i zawsze kończyło się tak samo:...
"No przecież tak niewiele napisałem, no przecież nie podpisałem zdjęcia więc kto tam będzie wiedział o kogo chodzi, no przecież zmieniłem w Waszej historii imiona - nikt się nie domyśli..."

Wielokrotnie wpisy Taty były powodem nieprzyjemności , nieporozumień i nerwów. Czasem sam Ojciec dochodził do wniosku, że źle zrobił publikując jakiś tekst ale wtedy było już za późno... Już ktoś cierpiał...

Drodzy czytelnicy . Żeby nie było wątpliwości - bardo Kocham mojego Tatę, bardzo cenię jego uwagi, w bardo wielu kwestiach się  z nim zgadzam ale uważam, że miejsce publiczne nie zawsze jest dobrym miejscem do opisywania  rodzinnych spraw.

Jerzy... Jeśli chcesz kogoś nawrócić to porozmawiaj z nim jak człowiek z człowiekiem, wyślij do tej osoby list ale  nie pisz tych wszystkich myśli na ogólnodostępnym blogu!!! Tak się nie czyni z rodziną, tak się nie czyni  bliskimi osobami, ze znajomymi.
Jeśli chcesz o czymś poformować NAJBLIŻSZĄ RODZINĘ - to zadzwoń, napisz maila ale nie pisz tego na blogu!!!
Takie jest moje zdanie, ale nie tylko moje. Wiele osób z rodziny  ale też z grona naszych znajomych ma podobne zdanie.

Ojciec wielokrotnie mówił, że to co pisze jest potrzebne innym.

Mam świadomość, że może to być potrzebne, że pisze Tato o ważnych sprawach i wiem, że być może Taty słowa są dla wielu osób wsparciem.
Pytanie tylko co w sytuacji kiedy wypisywane na blogu słowa zadają ból, powodują nieporozumienia, kiedy opisywane sytuacje są "podbarwiane", czasem przeinaczane , kiedy dodaje się do nich własne myśli sugerując że takie były fakty. Kiedy zamieszcza się zdjęcia, które mają obrazować jakieś fakty, gdy tymczasem zdjęcia te pokazują inne sytuacje i po prostu przekłamują ogólny przekaz. Pytanie co jest ważniejsze - kronikarskie zacięcie i chęć opisywania wszystkiego niezależnie czy wypada czy nie wypada, czy może uszanowanie woli najbliższych aby o nich nie pisać na blogu, czy uszanowanie godności osobistej drugiego człowieka, a zwłaszcza własnej Żony !!!

Wielokrotnie przy naszym rodzinnym stole był poruszany ten temat. wielokrotnie kierowane były prośby do Taty aby nie publikował zdjęć ze spotkań w gronie rodziny czy znajomych, aby nie opisywał ze szczegółami sytuacji, które są naszymi sytuacjami rodzinnymi. My nie chcemy aby cały świat o tym czytał.


Drodzy czytelnicy liczę że w odpowiedzi na mój wpis napiszecie jakie jest Wasze zdanie na ten temat. Zasadniczo nie chciałem zamykać Tacie bloga jednak kolejny raz w moim i nie tylko moim odczuciu przekroczył Tato granicę "dobrego smaku".

Zawsze mówi Tato, że to jest potrzebne... Pytam Was drodzy czytelnicy. Czy potrzebne jest Wam czytać o naszych "intymnych sprawach"? Czy nie uważacie że poszanowanie godności naszej Mamy wymaga tego aby nie rozpisywać się na temat tego, że się "posiusiała  podczas przebierania", że nie wolno publikować jej intymnych zdjęć? Mama moja/nasza Mama jest w coraz lepszym stanie ale nadal jest to stan ciężki - ona nie może się sama bronić przed  takimi Taty wpisami. Kto ma jej bronić jeśli nie ja - syn.

Ciężko mi to pisać, że muszę bronić Mamy przed Ojcem. Wiem, że bardzo ja kocha, wiem, że daje jej wiele serca i miłości. Wiem, że co jest bardzo ważne otacza ją  i nas wszystkich swoją modlitwą. To bardzo ważne jeśli nie najważniejsze   ale w tej sytuacji ja muszę bronić godności i prywatności mojej Mamy.
Muszę też bronić prywatności mojej Żony,  moich Dzieci  i moich Bliskich.


Odpiszcie proszę  - poniżej tego teksu w komentarzach do tego postu - odpiszcie wszyscy, którzy czytacie togo bloga. Może to ja się mylę, może myli się cała nasza Rodzina i wielu znajomych , ale może nie.
Może to są nasze intymne sprawy i o nich nie musicie Wy wszyscy wiedzieć.
Może  Wasze wpisy spowodują że nie będziemy z obawą ( zamiast z radością i ciekawością) zaglądać na tego bloga...

Wielokrotnie mówiłem Tacie, że z wielką przyjemnością  czytać będę jego "intymne zapiski", jego opisy rodzinnych sytuacji, że jest to cenna wiedza, cenna nauka i cenne słowa - ale moim zdaniem muszą to być słowa tylko dla naszych  "rodzinnych" oczu, a czasem słowa skierowane do jednej konkretnej osoby, a nie nawet do całej Rodziny.
Odpiszcie proszę kochani i jeśli możliwe to podpiszcie się pod tymi postami.
Podpis "anonimowy"  jest mniej wart niż ten prawdziwy.
"Linum" - nie znam Cię ale wiem, że często odpisujesz w komentarzach - liczę że i tym razem napiszesz parę słów.

Mam nadzieję, że "za chwilę" będę mógł "oddać" Tacie  łamy tego bloga i że nadal będzie pisał mądre i dobre teksty ale jednocześnie  powstrzyma się od publikacji  tekstów i zdjęć dotyczących szeroko rozumianych rodzinnych   "intymnych spraw", że uszanuje prawo do prywatności rożnych osób, a zwłaszcza tych najbliższych.

Czekam na Wasze wpisy - może one przekonają Tatę, że czasem milczenie jest złotem....
Pan Bóg widzi w ukryciu ....Nie wszystko musi być podane do publicznej wiadomości.
Internet - blogi mogą być źródłem dobra, ale bywają tez przyczyną zła i bólu- tego cały czas Tato nie może niestety zrozumieć.

Dobrej nocy drodzy czytelnicy.

Jakub- syn Jerzego




PS. Kocham Cię Drogi Tato , kocham Cię Droga Mamo.
To też jest "intymna sprawa" -  intymne wyznanie.
Niekoniecznie powinno się znaleźć na blogu ale piszę to aby Ci wszyscy który nas nie znają osobiście nie mieli wątpliwości jakie relacje nas łączą.

Dobrej nocy - z Panem Bogiem





sobota, 27 lipca 2013

Intymne sprawy

       Upalny piątek, 26 lipca godziny wieczorne. Na dworze, mimo wieczoru, temperatura dochodzi do 30 stopni. W szpitalnych pomieszczeniach dobrze wentylowanych i niektórych dodatkowo klimatyzowanych jest zdecydowanie znośniej. 
        W czasie kolacji pytam Ewę dlaczego jest taka spięta. Nie chce mi nic odpowiedzieć. Gdy pytam czy obawia się kąpieli w kokonie z użyciem dźwigu, przytakuje głową. A siedząc  w "naszej" łazience,  dasz się umyć szczotką? Na twarzy Ewy pojawia się uśmiech. Odwołuję wobec tego kąpiel w kokonie. Zdziwiona Opiekunka, która zdążyła już podłączyć prąd, by ładowały się akmulatory dźwigu, pyta dlaczego? Żona się boi, to będzie dla niej stresujące, umyję Ją tradycyjnie, jak co dzień w łazience.
        

Po kolacji podpycham wózek pod okno. Prosząc by w nim stanęła. Zadowolona obrotem sprawy powolutku trzymając się dolnego ramiaka, staje w otwartym oknie.  Obok widok z okna na wprost, a poniżej w kolejności: widok w lewo na górę i dach kościoła, dalej w prawo i w dół na parking.

Jedziemy do łazienki. Dwie gąbki, tradycyjne mydło i duża wysłużona szczotka, zabrana z Baranowa idą w ruch. 

Mycie zaczynam od głowy zwracając uwagę by nie naciskając kości czaszki, "wymiziać" na mokro cebulki odrastających włosów.

Na koniec spłukuję całe ciało prysznicem, nie zważając na to, że woda lejąca się na wózek spływa obficie na poziomą posadzkę, w której nie ma wpustu podłogowego, zwanego gulikiem. 
Z posadzki zbiorę ją później szmatą do podłóg. Każdego dnia, przy sprzątaniu pomieszczeń przez sprzątaczki, szmata wymieniana jest na nową, wypraną. Wózek jak odcieknie wystawię na noc na korytarz i będzie do rana suchy. Całe ciało Ewy wycieram dwoma froterowymi ręcznikami i ubieram górę pidżamy. Po chwili od włączenia alarmu, w pokoju zjawiają się dwie opiekunki. Pomagają mi ułożyć ciało Ewy na łóżku. Ewa współpracuje przy wstawaniu z wózka. Któraś z Opiekunek pyta: czy coś jeszcze pomóc. Nie, dziękuję, dalej dam sobie radę sam. 

   Gdy skończyliśmy z ust Opiekunki słyszę komplement: Pan sobie w każdej sytuacji potrafi poradzić. Gdyby mojej mamie przytrafiło się takie nieszczęście, mój tato stanąłby bezradny. Podziwiam pana. 
       To już drugi dzisiaj komplement, jaki Ewa słyszy o mnie. Poprzedni był od faceta chodzącego z trudnościami przy chodziku szpitalnym korytarzem. Pani to ma dobrze, jak widzę jak czule mąż opiekuje się panią. Cieszę się, że idę jutro na sobotę i niedzielę do domu, na przepustkę. Stęskniłem się za żoną i czteroletnim synkiem. 


       Zrobiła się ósma wieczorem. Pukanie do drzwi i wchodzi Pielęgniarka z zastrzykiem Clexane, będzie kłuć w posiniaczony od zastrzyków brzuch. To lek podawany w przypadku leczenia zakrzepicy żył głębokich u pacjentów unieruchomionych, którzy byli poddani zabiegom chirurgii onkologicznej. Po chwili wchodzi z pukaniem inna Opiekunka pytając Czy czegoś nie będzie potrzeba? Nie, w nocy daję sobie doskonale radę sam. 
Gdyby coś, proszę dzwonić. Dobranoc państwu.

I ta "dobra noc" mnie zmyliła. 
Uznałem, że po 20:00 nikt już do nas nie przyjdzie. Sam pamiętałem dobrze czas, gdy Ewa była na pierwszym piętrze, a ja musiałem opuścić szpital przed 20:00. Nie spodziewałem się wobec tego żadnych gości. 

Umęczony skwarnym dniem wziąłem sobie prysznic i czując się tak swobodnie, jak w domu, paradowałem w stroju Adama po pokoju. Siniaki na moim ramieniu to dowód na "przemoc w rodzinie". Pozostałość po kurczowym trzymaniu się Ewy mego ramienia przy wstawaniu. 
    Mieszkamy na pierwszym piętrze i wątpliwe było, aby ktoś przez lornetkę chciał z oddali zaglądać do naszego pokoju, a gdyby nawet zechciał podglądać, to widziałby najwyżej moją głowę. Kropelki wody specjalnie nie do końca wytarte ręcznikiem do sucha wysychając na ciele dawały dodatkowy przyjemny chłód. Paradowałem pośrodku pokoju na oczach przypatrującej się mojej sylwetce Ewy. Jej posłanie było już opuszczone do samego dołu i gdy pochyliłem się nad nią, by ją pocałować w usta poczułem ból w nadwyrężonym od dźwigania krzyżu. Przystawiłem sobie wobec tego do jej łóżka mały taborecik i usiadłem na nim z twarzą zwróconą do Ewy. Teraz łatwo mi było Ją całować. Sama leżąc na wznak i nie mogąc się do tej pory przewrócić nawet na bok, tylko zarzucając mi ręce na szyję i czule odwzajemniając pocałunek, mogła wyrazić swoje uczucia. Gdy nagle otwarły się drzwi pokoju prowadzące na szpitalny korytaż i stanęła w nich Dyżurna Lekarka z pytaniem: "Jak się pani czuje" nim zdążyliśmy na nią oboje spojrzeć zauważyła: " A pan co taki goły?". Nie wiem skąd, ale odpowiedź miałem na końcu języka i unosząc głowę odpaliłem: "Bo my się z żoną kochamy". Na to Ona powiedziała: "Przepraszam" i "Życzę dobrej nocy". Gdy drzwi się zamknęły i na szpitalnym korytarzu ucichły kroki wybuchnęliśmy obydwoje śmiechem. Spojrzałem na komórkę była 20:28. Zestawiłem pojedyńcze lóżka w jedno wspólne małżeńskie łoże i trzymając się za ręce oraz śmiejąc się w duchu zasnąłem nie doczekawszy Apelu Jasnogórskiego wydzwanianego z kościelnej dzwonnicy w Piaskach. 
Gdy obudziłem się przed krótko przed 24:00 Ewa spała  mocno jak małe dziecko. Otwarłem jak szeroko okno i drzwi na szpitalny korytarz. Poszedłem wyrzucić zużyte art. higieniczne w jedyne miejsce przeznaczone do tego celu. 

       W powrotnej drodze wstąpiłem na kościelny chór by westchnąć przez chwilę i pochwalić  Boga ukrytego w tabernakulum. Cały ołtarz tonął w ciemności tylko dwie lampki czerwona i biała przypominały niedowiarkom, że tam ukryte pod białym opłatkiem jest Ciało Chrystusa z Jego Krwią. Wychodząc z kościoła zostawiłem uchylone drzwi, przez który powiał ożywczy powiew wiatru. To tylko przeciąg jaki się stworzył z otwartym na oścież oknem w świetlicy na drugim piętrze. Spojrzałem przez nie na szpitalny podwórzec, na którym w otoczeniu róż stała Maryja trzymająca na ręku małe królewiątko, Jezusa w Królewskiej Koronie.


czwartek, 25 lipca 2013

Woda z mózgu

Sobota 20 lipiec ranna toaleta - zmywam wodą głowę Ewy delikatnie gąbką namydloną mydłem. Rana po operacji doskonale zarosła się. Po szwach nie ma śladów. Czynię tak od ponad miesiąca. Odrastające włosy zgolone do operacji na "gołą pałę" odrastają, a odrastając trochę świerzbią. Znam to uczucie, gdy przez dwa, trzy dni nie golę się. Potem delikatny masaż całej głowy froterowym ręcznikiem i "mizianie" - szarganie goła ręką całej głowy. Przed operacją Ewa nie dawała sobie "miziać" głowy, gdyż od soboty do soboty chodziła ufryzurowana.
O 10:00 ćwiczenia, trwają 0,5 godziny. Ma je teraz tylko jedne. Obserwuję Ewę przez otwarte drzwi przez 1 minutę czkając na jej odbiór. To już ostatnie wstanie Ewy z wózka i stanięcie przy drabinkach przez około 1 minutę. Stoi w miarę swobodnie, obserwując drugiego pacjenta kulającego się na materacu w pobliżu jej nóg.
10:30-12:30 spacer do Piasków na Osiedle przy Szkole Podstawowej i Gimnazjum. Przy Nadleśnictwie oglądamy wiatrak "Maryś" i skansen.
13:00 Obiad jemy wolno ze spokojem. W czasie gdy ja zapadam w drzemkę, Ewa kończy 2 danie. Potem kładę ją spać.

16:40 budzę Ewę, przebieram i sadzam na wózek. Jedziemy na Mszę Świętą. W czasie jazdy pokazuje mi na głowie bąbel z wodą. Macam, pytam czy boli. Nic nie boli twierdzi, ale wyraźnie coś chlupocze pod skórą. Zdenerwowany obserwuję puls na jej głowie. W czasie  Mszy Świętej modlę się by się ta sprawa dobrze zakończyła. Trudno mi się skupić na ofierze Krzyża Jezusa. Zwracam uwagę na takie szczegóły jak podanie przez celebransa braciom kielichów z Ciałem Zbawiciela (czynił to w taki sposób, by palcami dotykającymi przed chwilą Boga, w czasie Przeistoczenia, nie dotknąć podawanego braciom kielicha).
17:40 Kończy się Msza Święta - dziękczynienie po przyjęciu Ciała Chrystusa. Wypycham wózek z Kościoła i spoglądam na głowę Ewy - ani śladu po bąblu, ani śladu po wodzie.
Mówię o tym zjawisku Dyżurnej Lekarce spotkanej w czasie obchodu na 1 piętrze .

Wysłuchuje z uwagą, ale pod skórą czuję, że mi nie dowierza. Na szpitalnym korytarzu robi "na gorąco"  wywiad z Ewą, uciskając delikatnie różne miejsca czaszki: boli, nie boli. Nic nie boli, nic nie widać. Proszę obserwować zwraca się do mnie z zaleceniem.
Po kolacji gramy  w wojnę  (numerki) na siedząco oraz jedziemy się przewietrzyć po terenie szpitalnym.  Jest duszno, a my chcemy odreagować ten bąbel przed snem. Około 20:00 wieczorna toaleta. Kładę Ewę delikatnie na łóżku. Nim skończyłem, na głowie Ewy pojawia się płaski z minuty na minutę powiększający się bąbel. Woda z mózgu sączy się pod skórę czaszki. Natychmiast idę po lekarkę. Powiadomiona, z dolnej dyżurki pielęgniarek idzie szybkim krokiem do pokoju Ewy. Tym razem, już w pokoju, jeszcze dokładniej bada głowę Ewy. Teraz dowód jest namacalny i widoczny gołym okiem. Bąbel pulsuje tak jak mierzony przez nią puls na przegubie. "Pierwszy raz się z czymś takim spotykam". Radzi zachować spokój i obserwować co dalej. To najlepsza wskazówka jaką można było dać.

Na noc podnoszę Ewie zagłówek pod kątem 15-20 stopni, tak by głowa spoczywała wyżej niż cale ciało.
W nocy wstaję o 24:00 Woda z mózgu wypełnia wolną przestrzeń pod skórą. Toaletę robię  prawie we śnie i śpimy dalej. Łóżka mamy zestawione. Kładę Ewę na prawym boku, tak by bąbel był od góry. Może to źle i należy go wcisnąć do środka. Może głowę należało ściągnąć bandażem elastycznym? Niech płyn z mózgu zostanie w środku, pod czaszką. 

Budzę się o trzeciej, tym razem nic nie robię przy Ewie. Bąbel na głowie jaki był, taki jest nadal. 
O 6:00 wstaję z łóżka, golę się perfumuję i zabieram do łazienki na ranną toaletę Ewę. Przespała od 24:00 na sucho. Zmieniam ustawienie zagłówka na kąt 45 stopni. 
O 7:00  Ewa siedzi od godziny w łóżku i czyta książkę. Woda z głowy powoli schodzi, pęcherz maleje. O 8:30 przychodzą opiekunki z ofertą pomocy. Proszę by ubrały Ewę i posadziły na wózku. Na głowie nie ma żadnego śladu po bąblach .
8:45 w czasie śniadania mają miejsce odwiedziny Pani Doktor, której zdaję szczegółową relację "z nocy"  wspominając o bandażowaniu głowy po pierwszej operacji, gdy po raz pierwszy spotkałem się z podobnym bąblem na głowie Ewy.

Jeszcze raz dokładnie "maca" głowę Ewy. Proszę się nie denerwować, obserwować czy coś się dzieje.  
        Od tego czasu na obserwacji upłynęły cztery doby. Każdej doby dwa razy dziennie Lekarz zadaje Ewie te same pytania: Co u Pani słychać? Jak się Pani czuje?  Ewa stara się na nie odpowiadać, choć nie zawsze jej to wychodzi.Typowa odpowiedź to: "Zależy gdzie się ucho przyłoży".

środa, 24 lipca 2013

Ewa i s. Janina w prezbiterium


Reportaż z pieszej pielgrzymki na Świętą Górę zakończyłem zdjęciem Ewy zrobionym w momencie opuszczania przez nas klasztoru oo Filipinów. Modlitwa dziękczynna za dar życia, połączona z nawiedzeniem sanktuarium, była głównym celem naszej pielgrzymki.

Drugi cel był dla Ewy nieomal  do końca  niespodzianką.  Cmentarz u stóp Świętej Góry, a na nim grób Siostry Miłosierdzia - Janiny Kuczmerowicz stał się obiektem naszego zainteresowania.
Siostra Janina zmarła 17 lat temu, ale to nie przeszkadzało nam, by wszystkie listy od niej, przechować do dzisiaj, w rodzinnym archiwum w grubym segregatorze. Dla Ewy, pełnej sieroty, była nieomal jak rodzona matka, która przez około 40 lat sprawowała nad nią duchową opiekę.  


Nawiedzenie cmentarza rozpoczynamy od kupna zniczy i kwiatów. Siostra Janina wybrała Boga i ona była przez Niego wybrana. 
Nie zapomnę do końca życia jej twarzy wykrzywionej bólem powykręcanych w stawach palców dłoni. Do końca cierpiała dla Niego, modląc się na łożu boleści razem z nami, w intencji naszych dzieci, które traktowała jak przybrane wnuki.

Ewie bardzo zależało by swoją dłonią postawić zapalony znicz na jej grobie. Niestety gruby pień drzewa oraz łańcuch okalający wszystkie groby sióstr, udaremnił skutecznie ten zamiar. Siedząc w wózku z pochylającą się w dół głową zatopiła się w długiej zadumie.  

Kwatera Sióstr Miłosierdzia położona jest przy jednej z głównych  alei cmentarnych, dzielących jak ramiona krzyża cały stary gostyński cmentarz na cztery duże kwartery. Groby Sióstr Miłosierdzia leżą połączone niewysokim murkiem u wezgłowia, podczepione pod lewe ramię krzyża.

A teraz dzisiejszy dzień. Kończy się Msza święta. Pytam Ewę czy możemy już opuścić pusty kościół. Ja bym chciała do prezbiterium, pod główny ołtarz. Podjeżdżam wózkiem pod stopień wzdłuż którego kiedyś stały balaski. Dawniej, przed laty, przed soborem, sprawa była jasna. Kobiety do balasek i ani kroku dalej. 
A dzisiaj?  
Dzisiaj na szczęście sam nie podepchnę wózka inwalidzkiego pod tak wysoki stopień. Proszę o pomoc brata modlącego się w jednej z ławek na kościele. A po co? - pyta? Nie umiem na to pytanie ani sobie, ani jemu odpowiedzieć. Już od kilku dni Ewę kusi ją by z nią podjechać pod sam ołtarz. Też mi wtedy nie zdradziła tego sekretu.

A może chciała sobie przypomnieć czasy, gdy będąc małą dziewczynką ubierała kwiatami razem z Siostrą Janiną ołtarze u Jana Kantego. Nie wiem.    
  Zostawmy to miejsce w prezbiterium kapłanom - powiedział wychodzący z zakrystii Ksiądz Kapelan, gdy mu przedstawiłem prośbę Ewy. I ma rację Starszy Kapłan.
Posoborowe wpuszczenie kobiet do prezbiterium to wielki dramat dla Kościoła. Pierwszym jego etapem była likwidacja balasek z białymi obrusami. Kiedy kobieta dotyka się Świętych Postaci, a takie niewiasty, nadzwyczajne szafarki w habitach, już w Polsce są - przejmuje funkcję Kapłana. 

Z czasem stanie na ambonie. Na Golgocie święte kobiety stały pod Krzyżem, a nie za krzyżem. Co się wtedy dzieje? Zamiast być Marią, Martą Magdaleną, Weroniką Oddala się ona od Boga i staje się Ewą. Pierwszą Ewą. 

Stając się furtką dla szatana, wprowadza go w przestrzeń Kościoła, przekreślając drugą Ewę. Odgania niejako Matkę Bożą od ołtarza. Nie tak czyniły trzy święte kobiety, które wspominaliśmy w czasie Mszy Świętych przez ostatnie trzy dni.

Pomyślcie niewiasty: dzisiaj wspominana w liturgii Święta Kinga - królowa, składa jako zamężna, wespół ze swoim mężem Henrykiem Pobożnym ślub czystości. A dzisiaj, dzisiaj kobiety pchają się do prezbiterium dewastując liturgię udzielając Najświętszy Sakrament. Pcha się pod oczy kapłana, który zamiast Chrystusowy Krzyż mieć na ołtarzu przed sobą, ma jej uwodzące go oczy, sprawdzające jego męskość. To się nazywa profanacja świętości.

Nic, tylko płakać, tak jak płakało niebo, w czasie naszego powrotu z Gostynia do Piasek. Zmoczeni do suchej nitki, gotowi do przebrania, meldujemy się na obiado - kolację, po raz pierwszy, już na drugim piętrze szpitala.

Czy w czymś państwu możemy pomóc? Słyszymy głos dwóch opiekunek, gdy tylko weszliśmy do przydzielonego nam pokoju. Tak, proszę żonę umyć jak do spania, ubrać w pidżamę i położyć do łóżka. Ja w tym czasie poznoszę z samochodu resztę bagaży.

Rio - kradzież złudzeń

Na blogu "W obronie tradycji i wiary", który z zainteresowaniem czytam, ukazał się wczoraj, we wtorek 23 lipca, pod wpisem zatytułowanym: "Święta Maryjo Matko Boża módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy…" taki oto wpis Adminki Ewy:

"Każdy z nas potrzebuje modlitwy i opieki Matki Bożej.
Ja dziś też…. potrzebuję modlitwy ale innej.
Wróciłam, jestem…. okradziono mnie w podróży.
Proszę o modlitwę za mnie i za tych, którzy mnie okradli, abym umiała im  przebaczyć i dojść do siebie….
Do intencji dołączam wszystkie wasze intencje, każdy z nas ma swoje bóle, troski, krzyże.
Módlmy się dziś i w najbliższym czasie za siebie nawzajem".

 
Droga Ewo!
"Nie potrzebują lekarza zdrowi lecz ci, którzy się źle mają" słowa Ewangelii czytanej właśnie w Rio na rozpoczęcie Światowych Dni Młodzieży, słowa wypisane na cokole figury Matki Boskiej Królowej z dzieciątkiem Jezus w Królewskiej Koronie na dziedzińcu szpitala, w którym aktualnie przebywam.


I mnie też wczoraj okradziono. Okradziono mnie ze złudzeń. Ze złudzeń, że potrafię dać sobie radę sam, w pielęgnacji mojej Ewy. Ludzie, wysokiej klasy fachowcy, pełni troskliwości i serdeczności okradali mnie dzień po dniu ze złudzeń. Wczoraj dokończyłem dzieła i okradłem się do końca sam.

  
Pozwolisz Ewo, że sparafrazuję Twój wpis - dostosowując go do swojej aktualnej sytuacji, wyjaśniającej moje "okradzenie  - obdarcie ze złudzeń: 


"Każdy z nas potrzebuje modlitwy i opieki Matki Bożej.
Ja dziś  też….

tu w miejsce Twoich kropek wstawiam słowa: 

- dziś to znaczy następnego dnia, po dniu, w którym z Ewą obchodziliśmy w gronie najbliższych 46 rocznicę zawarcia naszego sakramentalnego małżeństwa, przebywając oboje w Szpitalu Braci Bonifratrów w Piaskach - Marysinie.
 - potrzebuję modlitwy ale innej.
 

Wróciłam, jestem….
tu w miejsce Twoich kropek wstawiam słowa: 

- I ja wróciłem na Twoje i Kazimierza łamy, po kilku miesiącach nie pisania. Jestem - śledziłem Was, jak dzień po dniu wkraczacie na drogę Pojednania, jak zmienia się, ku mojej radości, wasz profil pisania.

okradziono mnie w podróży. 
tu za kropką wstawiam dłuższy tekst:  

W podróży? 
A więc w naszej  wspólnej, małżeńskiej drodze do Boga. Najpierw w stosunku do Ewy - pacjenta onkologicznego - lekarze specjaliści onkolodzy wykluczyli radioterapię i chemioterapię, widząc jedyny ratunek w rehabilitacji.  Przed dwoma tygodniami fachowcy w Specjalistycznym Szpitalu  na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej wykluczyli dalszą rehabilitację Ewy, jako nie dającą konkretnych wyników.  Po ludzku należało zabrać chorą do domu  i ... 
Do wczoraj, mając zapewnione  na każde życzenie  zaplecze lekarsko - pielęgniarskie na wysokim poziomie, wydawało mi się, że jestem wstanie sam obsłużyć obłożnie chorą Ewę. Największy problem stwarzało umieszczenie Jej ciała na wózku inwalidzkim i zdjęcie go z wózka. Ale i tę czynność, wykonywaną najczęściej przez 2 -3 szpitalnych opiekunów, nauczyłem się wykonywać samodzielnie. Niestety, krzyż jaki brałem w swoje ramiona przekroczył wczoraj ludzkie możliwości mojego krzyża. Wczoraj Bóg powiedział koniec: jesteś pyszny Jerzy, obrosłeś w piórka, wydaje ci się, że potrafisz obsłużyć samodzielnie Ewę, że w tej beznadziei dasz sobie radę. Nie dasz rady Jerzy, odbiorę ci siły, mimo, że kilka razy na dobę modlisz się słowami: Panie mój, Boże nasz, Królu nasz, silę masz, siłę dasz. Tylko Ty, Tylko Ty Panie mój i Królu. 
Jerzy, brak ci pokory. 

Proszę o modlitwę za mnie i za tych którzy mnie okradli, abym umiała im  przebaczyć i dojść do siebie….
tu w miejsce Twoich kropek wstawiam słowa: 

Chodzi o tych ludzi, przez których wczoraj przemówił do mnie Duch Święty: dwóch braci kleryków, którym przedstawiłem  problem cierpliwości i serdeczności w aspekcie miłości i Miłości przy pielęgnacji chorych, oraz o pielęgniarkę z zastrzykiem, która dogłębnie "okradła" mnie w miłych , serdecznych słowach  ze złudzeń, że dam sobie sam radę. I nie tyle chodzi o przebaczenie co o okazanie klerykom i pielęgniarce podziękowania za okradzenie mnie ze złudzeń, Ta kradzież złudzeń jest dla mnie wielkim darem.

Do intencji dołączam wszystkie wasze intencje każdy z nas ma swoje bóle, troski, krzyże.
Módlmy się dziś i w najbliższym czasie za siebie nawzajem".


Święta Maryjo Matko Boża módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy….

wtorek, 23 lipca 2013

22 lipiec - jubileusz

"Trzeba wrócić do początków" - powiedział Kapelan w kazanio - homilii w czasie Mszy Świętej odprawionej w intencji odzyskania zdrowia dla Ireny, oraz w drugiej intencji z podziękowaniem za otrzymane łaski i z prośbą o dalsze błogosławieństwo Boże dla Ireny - Ewy i Jerzego w 46 rocznicę zawarcia sakramentu małżeństwa.  

 
         W czasie całej Mszy Świętej, mimo kapłańskiej zachęty do powrotu do źródeł,  starałem się stać pod Chrystusowym Krzyżem, zostawiając sobie pisanie o powrocie do źródeł na blogu.



      Tak się składa, że żyjemy w takich czasach, w których dla wielu z nas, powrót do źródeł cofa nas do raju, do jabłka Ewy, którym niewiasta dzieli się z Adamem. 
Nasze źródło sięga wcześniejszego okresu, kiedy to Adam chodził samotny po Raju i zapragnął, by Bóg Ojciec dał mu towarzyszkę życia. Nie jakąś tam pierwszą lepszą, ale Ewę z krwi i kości taką jak on, nie anioła, a człowieka, z którą pragnął spędzić resztę życia. Nie kalkulował wtedy jakie radości i trudy będą go czekały. Zawierzył to Stwórcy. 



       Słuchając przed 48 laty głosu rekolekcjonisty, dominikanina, ojca Joachima Badeniego rzucał za siebie kamyczki. Co któryś z nich uderzał za siedzącą za nim dziewczynę. Ta zbierając je w garść, chciała mu odpłacić tym samym. Na dzień przed pisemną maturą Ewy, od mojej propozycji wspólnego spędzenia wakacji na spływie kajakowym z udziałem duszpasterza akademickiego, rozpoczęła się nasza znajomość. A potem już były kolejne etapy: dwa lata narzeczeństwa, ślubowanie sobie i Bogu dozgonnej miłości, 2 dzieci, budowa domu, a potem trzeci syn, praca, wychowanie dzieci i ... I tak zeszło w zdrowiu i chorobie ale zawsze w jedności małżeńskiej, nieomal do sędziwej starości całe nasze życie.
     A dzisiaj?



     Dzisiaj siedliśmy z gośćmi w wieczerniku, w liczbie nieomal takiej samej, w jakiej siedzieliśmy przy weselnym stole. Nie będę pisał, kto dzisiaj zasiadł do jubileuszowego tortu 

Napiszę kogo zabrakło. Są to Ci co w międzyczasie odeszli, by stanąć w prawdzie przed sprawiedliwością Największej Miłości. To Dziadkowie Ewy, jednocześnie jej chrzestni, zastępujący jej rodziców, to moi  Rodzice i Rodzice chrzestni. Wierząc w Świętych obcowanie, zwracam się do nich z prośbą. Tak, jak przez całe ziemskie życie troska o nas była dla Was sprawą   ważną, tak i teraz wstawiajcie się za nami. 

       "Małżeństwo to jak wielki piec w hucie". Nie należy go wygaszać, nawet w święta, nawet w wakacje. Podobnie ma się rzecz z kapłaństwem. Co to znaczy wypalił się? Czy mąż, czy żona może się wypalić? Oboje dostali Boże błogosławieństwo na wspólne życie z sobą w zdrowiu i w chorobie. Podobnie kapłan. 
        Zaufanie jakim lud Boży darzy kapłana ciąży na tym kapłanie. Ponosi on pełną odpowiedzialność za każde zgorszenie, bez względu na swoje obawy wobec przełożonych. Myśmy to sprytnie ustawili, że wina spada na przełożonych. 
       O nie, nie, nie!
       To tak, jak było przy wyborach.
Narzekacie teraz na Pana Tuska, spada mu poparcie, ale przecież w większości siedzący z nami przy jednym stole głosowaliście na niego. To wina nie tego rządu, ale nas wszystkich którzyście tak głosowali. Hitlera też wybrali Niemcy w demokratycznych wyborach. Nie chodzi tu o to, że porównuję Pana Tuska do Hitlera. Ten ostatni prowadził naród do zwycięstwa, a nasz rząd prowadzi naród do zguby. Nie widzicie jeszcze tego? Ja głosowałem za CHRYSTUSEM KRÓLEM - śmialiście się z tego, na łamach tego bloga. 
       Jeśli idzie taka bieda, to nie tylko to wina naszego rządu, ale połowy narodu, która poparła ten rząd. Wina rządu maleje wobec zdrady narodu, wobec zdrady Boga, wobec waszego wyboru. Wy chcielibyście mieć czyste ręce i na rządzie wieszać wszystkie paszkwile, a za Smoleńsk winą obarczać Rosjan. 
       O nie, nie, nie!
Popatrz się w lustro, na kogo głosowałeś? Ty zadecydowałeś, że wszystko w takim kierunku poszło. Ty jesteś winny, że 2 mln młodych Polaków, w przedziale wieku 18 - 30 roku życia, wyjechało z Polski. I nie mów mi, że sobie jakoś życie ułożyli, może twoi najbliżsi jakoś tak. Ale z twoimi wnukami to ty się już nie dogadasz po polsku. Ojczyzna się wyrzekła twoich dzieci, boś ty do tego przyłożył swoją kartę wyborczą. Wczoraj przyznali to rządzący, że gdyby oni byli na ziemi polskiej, to w tym przedziale wiekowym, mielibyśmy największe w Europie bezrobocie. 
        Polsko ciebie już nie ma. Tam ich zniszczą, wrócą jak trupy, a może i już nie wrócą, a tu zostaną same kaleki w szpitalach, domach pomocy, takich jak ten. Rozumiecie ten mechanizm? Zostanie nas garstka emerytów. 
        To jest wina Pana Tuska? 
        Nie, nie! Wyście tak głosowali. Wybraliście taką formę państwa.

       Święto 22 lipca Manifestu Lipcowego zostało nam Polakom przyniesione na bagnetach Armii Czerwonej. Czy ja je akceptowałem? Tak jak było można, tak stawiałem mu odpór. Chciałem je obłaskawić, użyć do własnych prywatnych celów, podobnie czyniąc jak później Kościół Katolicki chciał obłaskawić 1 maja poświęcając ten dzień Józefowi Robotnikowi. Nie jest to dobra droga. Ze złem się nie paktuje, zła nie trzeba obłaskawiać. Nie tędy droga. Zło należy dobrem zwyciężać jak mówił Święty Ksiądz Jerzy Popiełuszko.

uwaga: w dzisiejszym wpisie wykorzystano fragmenty kazania Ks. Piotra Natanka z 17.07 z cyklu "Tajemnica Mszy Świętej wg O. Pio część 18 od 15-18 minuty.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Dom Jankowiaków w Piaskach


W niedzielę, w przeddzień naszego święta, naszej 46 rocznicy zawarcia przed Bogiem sakramentalnego małżeństwa odwiedzili nas w Piaskach - Marysinie Jankowiakowie. Przyjechała do nas Ania i Piotr mój przyjaciel z ławy szkolnej. On przed 46 laty był świadkiem gdyśmy w poznańskim ratuszu podpisywali cywilny kontrakt małżeński, a my byliśmy świadkami rodzącej się między nimi miłości zakończonej ślubem.

"Jankowiak" to popularne nazwisko także w Piaskach, w rejonie, gdzie Bożenka zbierała materiały do swojej pracy doktorskiej dot. etymologi polskich nazwisk. Nazwisko "Jankowiak" znalazłem na jednym ze zdjęć Piasków na pocztówce zdaje się, że z początków XX wieku. a więc z czasów, gdy Polacy budowali w Marysinie szpital dla ojców Bonifratrów.



 
Dom Jankowiaków, w piaseckim rynku, w którym mieścił się sklep zwany "kolonialką", został w międzyczasie nieco przebudowany. Potomkowie Jankowiaków mieszkają jeszcze w Piaskach.
Być może uchylą rąbka rodzinnej historii swoich pradziadów, którzy podobno prowadzili przed laty piekarnię, podobnie jak ich odległa (a może i nie) poznańska gałąź rodziny, która po powrocie z saksów w Westwalii prowadziła w okresie międzywojennym w Poznaniu piekarnię przy ul. Wronieckiej. 

Na zdjęciu wyżej - procesja lub jakaś manifestacja patriotyczna wzdłuż południowej pierzei piaseckiego rynku. W dali (na horyzoncie) Piaskowa Góra  posiadłość hrabiego Marcelego Żółtowskiego miejsce gdzie stanie (stanął) obecny Szpital Braci Bonifratrów.
Obok - uśmiechnięta Ewa na tle dawnego "domu Jankowiaków".


Zdaje się, że ta sama procesja (manifestacja - drzewa bez liści prawdopodobnie 11 listopad) na rynku w Piaskach, zdążająca w stronę kościoła ewangelickiego. Skrawek pierwszego domu z lewej to "dom Jankowiaków"

 Pierwszy z prawej udekorowany girlandami to "dom Jankowiaków" W bramie zbudowano ołtarz (niewielką trybunę) udekorowaną biało czerwoną flagą. Poniżej sama manifestacja. Być może to zakończenie zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego lub inne wcześniejsze patriotyczne zgromadzenie.

Proszę zwrócić uwagę na ubiór mężczyzn i kobiet. Zdecydowana większość mężczyzn czarne surduty. Kobiety w długich chustach na głowach (od tyłu przypominają siostry zakonne). Tylko nieliczne panie prawdopodobnie panny w kapeluszach.



niedziela, 21 lipca 2013

Pielgrzymka na Świętą Górę

5. lipca zakończył się pobyt Ewy na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej Bonifraterskiego Centrum Rehabilitacji pw. Świętego Benedykta Menni w Piaskach Os.Marysin 1. Chora Ewa dostała do ręki wypis w trybie planowym. 
Czy mógł być jeszcze inny? 
A mógł!
Mógł być na własne żądanie - ale ten całkowicie odpadał
oraz za naruszenie regulaminu - czego nie tyle przez Ewę, ale przeze mnie, nie można było wykluczyć. Fakt, że nie raz przychodziło mi ugryźć się w język, bądź schować aparat do kieszeni, by nie zrobić jakiegoś niestosownego zdjęcia.

Mimo, że cały wypis był krótko mówiąc fatalny kończył się optymistycznie. "Chora porusza się na wózku inwalidzkim z pomocą osoby drugiej. Wypisano w stanie ogólnym dobrym"
     I to ostatnie zdanie, pozornie kłócące się ze szczegółowymi opiniami specjalistów fizykoterapeutki, psychologa, logopedy i terapeutów zajęciowych, było dla mnie najważniejsze. Skoro stan jest dobry, a nie da się ukryć, że do szpitala trafiła karetką na noszach, a teraz porusza się na wózku z moją pomocą, to należy nam szpital opuścić przed godz. 11:00, jak głosi komunikat na kantorku pielęgniarek, na wózku inwalidzkim.

Od rana zacząłem pakowanie całego dobytku do samochodu. Zgromadziło się tego sporo. Wyszykowałem bowiem i Ewę, i siebie, jak na dwumiesięczne wczasy. Leki na 6 tygodni, bo tyle podobno miała trwać rehabilitacja, a i ciuchy na każde warunki pogodowe, jak dla chorej i jak dla zdrowej, licząc na to, że szpital opuści na własnych nogach.

Wsiądź do pociągu byle jakiego - niestety na stacji Piaski Wlkp. nie wsiądziesz już do żadnego pociągu. Znak drogowy "zakaz zatrzymywania" dotyczy bowiem nie tylko samochodów ale wszystkiego co się porusza po kołach.

A więc  jedziemy dalej babcinym wózkiem (po babci Gertrudzie)  "w świat" per pedes . 

Tu w zatoce, na przystanku zatrzymują się podobno jeszcze autobusy jadące do Gostynia. O dziwo rozkład jazdy umożliwia pasażerom zorientowanie się o częstotliwości ich kursowania. Interesuje na Gostyń - 16 połączeń na dobę.
Rezygnujemy z publicznego pojazdu - mamy swój czterokołowiec. W pełnym słońcu, utwardzonym poboczem drogi, zastawiając zabudowania Piasków, pcham Ewę w kierunku Gostynia. 

Ścieżka rowerowa, za rowem, jest zbyt wąska i do tego piaszczysta bym "bez prawa jazdy" na wózek, mógł się po niej bezpiecznie poruszać. 
Za sobą pozostawiamy największy w Polsce zakład produkujący 
rury i inne wyroby z PCV Braci Kaczmarków w Malewie. To firma znana nie tylko w Polsce. Ogrom tego prywatnego, intensywnie rozwijającego się zakładu robi na każdym niesamowite wrażenie.
 
Na drogowskazie (za głową Ewy) dwie miejscowości: 
Gostyń 3 km i Leszno.

.
Nas interesuje  najbliższy Gostyń. Jedziemy (idziemy) w pielgrzymce, tak, w dwuosobowej pielgrzymce,  pokłonić się Matce Boskiej Świętogórskiej i podziękować Jej za dwa ostatnie zdania ze szpitalnego wypisu.

"Chora porusza się na wózku inwalidzkim z pomocą osoby drugiej. Wypisano w stanie ogólnym dobrym".

Spotkany Pan okazał się niezwykle rozmownym człowiekiem. Otoczony gromadką dzieci, na wstępie określił nasze spotkanie jako dar Boży. Rozwiązało to nasze języki, a baraszkujące dzieciaki dodatkowo ucieszyły Ewę.

Wyłaniający się między drzewami widok kopuły bazyliki, na zdjęciu tuż nad prawym uchem Ewy, zbiegł się z końcem różańca, który  odmówiliśmy w trakcie drogi.


Ten uśmiech, w naszym slangu, określamy jako uśmiech "numer osiem". 
Dla czego? 
O to należy pytać Ewę, która właśnie, gdy piszę te słowa (w sobotni ranek 20 lipca) lekarce dyżurnej na pytanie:" Jak się pani czuje odpowiedziała: "coraz lepiej". A gdy i mnie Pani Doktor zadała to samo pytanie odpowiedziałem, że cieszy mnie każdy dzień, gdyż widzę postępy jakie czyni żona. 

Poparciem naszych słów były słowa znanej wszystkim piosenki, akurat słuchanej w Radio Maryja: "Liczę na Ciebie Ojcze, ufam Tobie i nie zawiodę się". Jakiej wagi nabierają one dzisiaj dla Ewy siedzącej na wózku.


Zrób mi proszę zdjęcie przy tych margaretkach. 
Ale to są dzikie, takie zwykłe, polne. Te, w bukiecie jaki miałaś  46. lat temu gdyśmy szli podpisać kontrakt cywilny, były dorodniejsze. 
Nie szkodzi. Te też są ładne.
Na trasie pielgrzymki znajduje się  tablica upamiętniająca miejsce pamięci rozstrzelanych przez Niemców mieszkańców Gostynia, gdy ci w 1939 roku wkroczyli do miasta na początku II wojny światowej. Przyczyna: Byli polskimi patriotami. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki wieków, amen.

Dla większości droga, którą przebyliśmy to początek szlaku rowerowego Gostyń - Piaski, dla nas był to nieomal koniec 2,1 km drogi.

Do pokonania pozostał jeszcze najtrudniejszy odcinek: podjazd na Świętą Górę. Czyżby ten zakaz zatrzymywania miał dotyczyć i nas? Panie mój Boże nasz, siłę masz siłę dasz bym podepchnął ten wózek do celu.

Każde zdjęcie to kolejny przystanek na naszej drodze krzyżowej. Cały czas  powtarzam sobie Jezusowe słowa: Mój Krzyż jest na jej początku a nie wasz. Tak bardzo chcielibyśmy go z siebie zdjąć, byle tylko ulżyć sobie, nawet kosztem dobicia, pogrążenia drugiego człowieka.

Właśnie wróciliśmy z Piasków, gdzie po raz drugi spotkaliśmy tego samego człowieka. Jadąc wózkiem "tam" powiedziałem mu: "Szczęść Boże" - pracował, zasłużył sobie na takie pozdrowienie. Odpowiedział krótko: "Bóg zapłać". W tym czasie wózek sam pod ciężarem Ewy skólnął się dobre 10 metrów niżej, bo droga była z górki. Nie było czasu na rozmowę.

Wracając ze spaceru znowu nam przyszło przejść obok tego samego pracującego człowieka, któremu życzyliśmy by mu Bóg poszczęścił. Może byliśmy pierwszymi ludźmi od jego ubiegłorocznego udaru mózgu, którzy życzyli mu szczęścia Bożego. Nie zaznałem szczęścia po udarze, całkowicie straciłem mowę, mówił do nas odsłaniając swój pochylony ku ziemi krzyż. Żona jak mnie zobaczyła w takim stanie -  rzuciła mnie. Nie chciała dalej ze mną żyć - mówił z widocznym bólem na twarzy, wplatając co któreś słowo przecinek. No cóż trzeba jakoś żyć. Dobrze, że mam pracę. 

Pomyślności Panie n. n. i niech Bóg Panu szczęści. 
"Ja i zawsze tylko Ja, Bóg - Człowiek, Syn Boży i Syn Człowieczy, jestem waszym Odkupicielem, Zbawcą, Pośrednikiem i Nauczycielem. Ja jestem Bramą i Drogą, Światłem, Które was oświeca, i Miłością, Która wam się oddaje, abyście żyli". 


Z tymi to Jezusowymi słowami chodzącymi mi po głowie, stanąłem równo po dwóch tygodniach (pewno co do godziny też), przed pomnikiem Serca Jezusowego, jaki stoi przed szpitalem, mówiąc jednocześnie na głos coś Ewie, o tym nieszczęśliwym napotkanym po drodze człowieku. 

A na zdjęciach Ewa przed pomnikiem Błogosławionego Edmunda Bojanowskiego, syna gostyńskiej ziemi.
Posłuchajmy Jezusowych słów skierowanych do Anny:
"Każdy bowiem człowiek został "wybrany" przez to, że powołałem go do istnienia. Żaden byt nie powstał dla nieszczęścia. Wszystkie istnieją po to, by być szczęśliwe (stąd moje "Szczęść Boże"), a jeśli tego nie chcą - gdyż obdarzyłem was wolnością wyboru - jest to decyzja osobista każdego z was.

Życie to wybór, nieskończona ilość wyborów, z których składa się decyzja ostateczna bycia ze Mną na wieczność lub pozostania samemu -  przeciw Mnie. Ja staram się  ochronić was, ratować wasze życie lub zdrowie, prowadzę, utwierdzam zachęcam i wspomagam tych, którzy mi zechcą zaufać. Dlatego zaufanie człowieka jest jedyną - możliwą dla was - odpowiedzią na Nieskończoną i Niezmienną  Miłość Boga".
Wskazówka: Oto Jerzy stoisz w bramie prowadzącej do świętogórskiej bazyliki, posłuchaj Mnie zatem: "Rób wszystko tak, jak jak byś miał dużo czasu, mimo, że masz już siedem dziesiątkę na karku. Co człowiek dokończy, a czego nie, o tym Ja decyduję.
Przekonałeś się o tym Jerzy przed trzema laty, gdy dostałeś zawał serca. Teraz chodź tylko tam, gdzie jest to konieczne, ważne lub potrzebne, a wszędzie gdzie jesteś - miej Syna Mojego za towarzysza. On pragnie przebywać z tobą...

Nie stój Jerzy tak bezczynnie w drzwiach bazyliki. Zamknięte - powiadasz. 
A głowę masz na karku. Pomyśl Jerzy skoro coś jest zamknięte, to należy to otworzyć. 

Otwieraj na oścież Moje podwoje. Przecież po to tu przyjechałeś z Ewą, aby się pokłonić i podziękować Mojej Matce za Jej wstawiennictwo u Mnie.
Słowa mogą być puste, ale słowa poparte wolą dają czyn, a czyn jest faktem, rzeczywistym dowodem miłości.

A więc Jerzy wchodź do środka, nie bój się, niech ci żaden próg nie będzie przeszkodą, wtaczaj wózek z Ewą do środka. No już! 
Jak ogień nie płonie by ogrzać siebie, lecz pali się, darząc ciepłem i światłem, tak i Bóg jest płomieniem i blaskiem. Jest Miłością. Nie potrzebuje Jej. Jest Nią.
Wypisałeś to Jerzy drukowanymi dużymi literami na swoim balkonie: "Bóg jest Miłością". Od człowieka zależy czy chce żyć w miłości z Bogiem. Czy ofiaruje Mu siebie. Do takiego życia we wzajemnej Miłości (Bóg) zaprasza każdego z was... 
Za każdego komu czegoś niedostaje, zwłaszcza za Ewę prosić Jerzy powinieneś i nie ustawać, tak jak o zdrowie córki prosiła niewiasta kananejska. Jeśli Ja daję taką drogę życia, to jest ona najlepsza dla tej osoby (Ewy) i uświęci ją najszybciej i najdoskonalej.Ty natomiast powinieneś towarzyszyć cierpiącej dając jej Twoją cierpliwość, pogodę, delikatność i czułość, bo jeśli przydarza się to twojej Ewie, dotyczy was obojga i jest na razie jedynym zadaniem jakie wam zlecam i waszą drogą do Mnie.

Usilne i wytrwałe prośby mogą spowodować to, że dam wam to, o co prosicie, zmieniając wasze życie i waszego otoczenia. Zawsze prośby wasze są skuteczne gdy wołają do Mnie z miłością i ufnością. I wedle nich was wspomagam, lecz nie tak jak wy chcecie - bo wiem lepiej, co jest wam najbardziej potrzebne  - lecz tak, jak Ja uważam za najlepsze.

Zewnętrzne objawy choroby nie są tak ważne , jak stan duszy, a tu wysłucham was zawsze, bo chodzi nam (Mnie i wam) o to co najważniejsze - życie wieczne w szczęściu Mojej obecności. Tak więc przyjmując to, co daję, należy prosić o pomoc, siły lecz i o zdjęcie ciężarów, jeśli taka jest Wola Moja.
      Proście przez Miłosierdzie Moje, odwołując się do czynów Moich względem bliźnich waszych, które im uczyniłem (Pismo Święte) i pozostawiając decyzję Mnie. Proście też aby wstawiała się za wami Matka Moja i jej oddawajcie orędownictwo w tej sprawienie ustając w staraniach.
 
I dzisiejsza niedzielna ewangelia z 21 lipca. Jesteśmy oboje jak ta Maria z dzisiejszej Ewangelii . Przycupnęliśmy na zakonnym podwórcu otoczonym z czterech stron celami zakonników. Że wiele z nich pustych? Może czekają na ciebie.

My delektujemy się Bogiem, który jeszcze z tego miejsca od wieków przemawia. Mamy tego doskonałą próbkę, każdego dnia wsłuchując się w nauki filipina Księdza Kapelana, bardziej przypominające rekolekcje, niż głoszone obecnie w wielu kościołach homilie.  Są to wspaniałe katechezy, wcześniej przygotowane, ale nie gotowce, głoszone z wiarą, którą doświadczamy każdego dnia.
Tak jak Maria Ewa stara się odnaleźć w życiu to co pierwsze co najważniejsze.  Podobne jest ze mną Nie goni mnie tu żadna praca, nie potrzebne okazuje się zabieganie i codzienne utrudzenie.  Chcę pchać wózek, to go pcham, nie chcę, nie pcham. Nikt i nic nie zmusza mnie do strzyżenia trawników. Liczy się Jezus i liczy się Ewa. 

To, że zmęczona, że z bólem na twarzy. 
A JAK SIĘ MOŻE CZUĆ CZŁOWIEK RELEGOWANY ZE SZPITALA ? odpowiedziała tego dnia lekarzowi dyżurnemu, gdy ją w czasie obchodu spytał jak się pani czuje.

Teraz, gdy po raz pierwszy spełniłem jej prośbę i odważyłem się ją posadzić ją (przenieść ) z wózka na ławkę  (o dziwo przepuklina nie dała znać o sobie) posadzona wśród kwiatów czuła się szczęśliwa.   Zdejmując z wózka nie myślałem jak ją z powrotem wsadzę na wózek.

Pomógł mi w tym brat filipin, który jak ewangeliczna Marta skupił się na wykonaniu powierzonego mu zadania, kiedy w tej oazie ciszy nie myśląc o nas rozpoczął koszenie trawników. I Jemu Pan Jezus nie zwrócił uwagi, że jego zabieganie w tym czasie naszej kontemplacji i odpoczynku jest mało ważne. 

Na tych dwóch zdjęciach z podwórca klasztoru można by zakończyć mój reportaż z pielgrzymki na Świętą Górę. Cel został osiągnięty.  Należało nam wracać do Marysina.  Będąc tak blisko gostyńskiego cmentarza grzechem byłoby nie pomodlić się na grobie siostry Janiny.  O tym jednak będzie kolejny reportaż.