niedziela, 24 listopada 2013

Chrystus Król cz 2 Świebodzin

Jedziemy do Chrystusa Króla.
I Ewa i ja czujemy się na tyle dobrze, że Kuba zdecydował się zawieźć nas pod pomnik Chrystusa Króla, w trzecią rocznicę poświęcenia pomnika, a zarazem w trzecią rocznicę mego zawału serca.

Podobnie jak od trzech lat, już z dala witają nas rozpostarte, otwarte ramiona Chrystusa Króla. Mimo, że pogoda nie jest najlepsza, widoczność jest na tyle wystarczająca, by przyjrzeć się Jego twarzy.
Jezus jest w królewskiej Koronie.
Jakże by mogło być inaczej? Jezus Chrystus - Król Wszechświata. Wielu chciałoby Go nadal widzieć w cierniowej koronie. Czyżby zapomnieli o Zmartwychwstaniu?


Kuba parkuje na parkingu, na wzgórzu  pod figurą Chrystusa Króla i wyjmuje delikatnie  mamę, którą następnie sadza na wózek. Tej czynności na razie nie mogę robić. Taki wysiłek przekracza moje możliwości fizyczne.


Kuba zabiera Mamę i wiezie Ją pod krzyż. Krzyż kończy Drogę Krzyżową Jezusa. Na nim, Ukrzyżowany w koronie cierniowej.
Założono mu ją kilka godzin wcześniej, tuż przed skazaniem Go na śmierć przez Piłata. Za chwilę i my pójdziemy z Jezusem Drogą Krzyżową okalającą świebodzińskie wzgórze. Nie jest to Golgota. Projektanci pomnika Chrystusa Króla, póki co, zaprojektowali dwie drogi krzyżowe: jedną starą wokół wzgórza, na którym stoi pomnik i drugą nową u jego podnóża wokół terenu  parkingów.

 


Początek Drogi Krzyżowej. 
Na dziedzińcu u Piłata obnażony i wychłostany biczami "Jezus otwiera oczy i wodzi nimi. Ma spojrzenie zamglone ... Utkwił oczy w żołnierzu, który Go uderzył, ociera krew z rąk, a następnie wstaje z wielkim wysiłkiem. << Ubieraj się, to nieprzyzwoite tak tu stać. Bezwstydny>> - wszyscy stojący wokół Niego śmieją się. 
    Jezus jest posłuszny. Nic nie mówi. Pochyla się. Tylko On wie, jak cierpi, schylając się ku ziemi, tak potłuczony, poraniony. Kiedy skóra napręża się, rany otwierają się jeszcze bardziej, a inne tworzą się z powodu przerywających się nabrzmień.

Jeden z żołnierzy kopie ubrania i rozrzuca je. I za każdym razem, gdy Jezus do nich dochodzi - idąc chwiejnym krokiem tam, gdzie upadły - któryś z żołnierzy odpycha je lub rzuca w innym kierunku. I Jezus doświadczając najwyższego cierpienia, podąża za nimi. Nie wypowiada ani jednego słowa, kiedy żołnierze wyśmiewają Go sprośnie. Wreszcie Jezus może się ubrać.... Przed ubraniem Swej tuniki, ociera nią wilgotną twarz, aby oczyścić ją w ten sposób z kurzu i plwocin. I to biedne, święte oblicze ukazuje się czyste, naznaczone tylko sińcami i małymi zranieniami.

... Poprawia rozrzucone w nieładzie włosy i brodę ...
    Potem przykucnął w słońcu ... Gorączka zaczyna już ogarniać Jego ciało dreszczami. Daje się odczuć słabość spowodowaną utratą krwi, postem, długą drogą. Znowu związują Mu ręce i sznur ponownie przecina miejsca, w których jest już czerwona bransoleta zdartej skóry.

      <<A teraz? Co z Nim zrobimy? Nudzi mi się!>>
      <<Zaczekaj. Żydzi chcą króla. Damy im go. Tego ...>> - mówi jeden z żołnierzy.
      I wybiega na zewnątrz, na dziedziniec znajdujący się z tyłu. Powraca z pękiem gałązek dzikiego głogu [ciernia]. Są jeszcze giętkie, bo wiosna zachowuje gałązki stosunkowo miękkie, lecz mają twarde długie kolce. Sztyletami obcinają listki i kwiatki. Nadają gałęziom kształt obręczy [wianka] i wkładają ją na biedną głowę. Okrutna korona opada Mu jednak na szyję.  

      << Nie trzyma się. Trzeba ją ścisnąć. Zdejmij ją.>>
       I zdejmują, rysując policzki. Omal Go przy tym nie oślepiają, wyrywają mu włosy. Ściskają ją. Teraz jest zbyt mała i choć wciskają ją, wbijając ciernie w głowę, może spaść. Zdejmują ją więc jeszcze raz, znowu wyrywając Mu włosy Formują ją na nowo. Teraz pasuje. Z przodu jest potrójny cierniowy splot. Z tyłu, tam gdzie krzyżują się końce gałęzi, jest prawdziwy węzeł cierni, które wbijają się w kark.




      <<Widzisz jak Ci ładnie? Naturalny brąz i prawdziwe rubiny. Przejrzyj się, o królu w mojej zbroi>> - szydzi żołnierz, który wpadł na pomysł tej męczarni.
      <<Korona nie wystarczy, aby być królem. Trzeba purpury i berła. W stajni jest trzcina w ścieku - purpurowa chlamida. Przynieś to, Korneliuszu.>>
      I kiedy już je mają, wkładają brudną czerwoną szmatę na ramiona Jezusa. Zanim mu włożą trzcinę do rąk, biją Go nią po głowie, kłaniając się i pozdrawiając Go:
      <<Witaj, królu żydowski!>> I zanoszą się od śmiechu.


      Jezus pozwala im na wszystko. Sadzają Go też na "tronie". Jest nim odwrócony do góry dnem kubeł, z pewnością używany do pojenia koni. Pozwala się uderzać, drwić z Siebie, nic nie mówiąc. Patrzy tylko na nich ... a jest to spojrzenie łagodności i cierpienia tak straszliwego, iż nie mogę go znieść  bez odczuwania rany w sercu. 


      Żołnierze przerywają swe naigrywanie się dopiero wtedy, gdy słyszą szorstki głos dowódcy, który nakazuje odprowadzenie przed Piłata winnego. Winnego! Czego?"     

      I tak przeczytawszy fragment z piętnastego tomu "Poematu Boga - Człowieka" przedstawiający obrazowo nałożenie ludzkimi rękoma korony cierniowej Jezusowi  (str. 265-266) stajemy razem z Nim przy I stacji Drogi Krzyżowej na świebodzińskim wzgórzu: Jezus na śmierć skazany.

     Po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa wierni odbywali w Jerozolimie tę drogę, po której Zbawiciel idąc w koronie cierniowej dźwigał ciężki krzyż i rozważali Jego mękę. Ten pobożny zwyczaj dochował się do naszych czasów. Ponieważ wielu w tym i my nie możemy odbyć pielgrzymki do Ziemi Świętej, Kościół pozwolił odprawiać Drogę Krzyżową w innych miejscach przy 14. krzyżach, zwanych stacjami.

      Kto przy tych krzyżach pobożnie rozmyśla Mękę Pańską zyskuje te same odpusty, jakich dostępują wierni w Jerozolimie przez odbycie Drogi Krzyżowej, którą szedł Pan Jezus.

      Za każdorazowe odprawienie Drogi Krzyżowej wierny uzyskuje odpust zupełny. Stacje należy kolejno obchodzić i choćby krótko rozmyślać o Męce Pańskiej. Jeśli w tym samym dniu przystąpimy do Komunii Świętej uzyskamy drugi odpust zupełny. A jeśli dla jakiejś słusznej przeszkody nie możemy odprawić wszystkich stacji, wtedy za każdą jedną stację zyskujemy 10 lat odpustu. No to ruszamy w drogę przez Chrystusa, w Chrystusie i z Chrystusem.







Przy każdej stacji Krzyż, Na każdej płaskorzeźbie Jezus. Jezus w koronie cierniowej. Nie będziemy się zbytnio zatrzymywać przy każdej stacji rozważając szczegóły Męki Pańskiej. Jest po prostu zimno i wieje silny wiatr.

Zatrzymamy się nieco dłużej przy Stacji XIII. "Pan Jezus z krzyża zdjęty i na łonie Najświętszej Matki swojej złożony". 
Posłuchajmy:
"Jan trzyma cały czas Jezusa pod pachami, z głową opuszczoną na swoje ramię, podczas gdy Nikodem i Józef chwytają Go: jeden za uda, a drugi za kolana. Trzymając Go w ten sposób, ostrożnie schodzą po drabinach.


Po zejściu na ziemię chcieliby Go położyć na prześcieradle, jakie umieścili na płaszczach. Ale Maryja chce Go [przyjąć]. Rozpięła Swój płaszcz w ten sposób, że zwisa z jednej strony i na rozchylonych kolanach, by przygotować [rodzaj] kołyski dla Swego Jezusa.

Uczniowie zawracają, by Jej dać Syna, którego ukoronowana głowa opada w tył, a ramiona zwisają ku ziemi. Poranione ręce ocierałyby się o ziemię, gdyby litościwe niewiasty nie przytrzymały ich ze współczuciem, aby temu zapobiec.  

Teraz jest na kolanach Matki ... Wygląda jak duże zmęczone dziecko, śpiące spokojnie na matczynych kolanach. Maryja obejmuje Go prawym ramieniem, które przełożyła pod rękami Swego Syna, a lewym - objęła Mu brzuch , aby podtrzymać Go w biodrach. Głowa spoczywa na matczynym ramieniu. 

Woła Jezusa ... Woła Go rozdzierającym głosem. Potem odrywa Go od ramienia i głaszcze lewą  ręką. Chwyta i rozkłada ręce, a przed ich skrzyżowaniem, całuje je i płacze nad ranami. Potem głaszcze policzki, szczególnie tam, gdzie są sińce i opuchlizna.

Całuje zapadnięte oczy, usta, które pozostały lekko wykrzywione na prawo i uchylone. Chciałaby uporządkować Mu włosy, jak zrobiła to z brodą, na której skrzepła krew.



Robiąc to jednak napotyka ciernie. Kłuje się zdejmując koronę. Chce to jednak zrobić sama, tylko Ona, jedyną ręką, którą uwolniła. Odpycha wszystkich mówiąc: 
    << Nie! Nie! Ja! Ja!>>

I czyni to z taką delikatnością, że wydaje się, jakby miała w dłoni delikatną główkę nowo narodzonego dziecka. A kiedy już zdjęła tę straszliwą koronę, pochyla się aby wyleczyć pocałunkami wszystkie zadraśnięcia wywołane cierniami. Swą drżącą ręką rozdziela włosy znajdujące się w nieładzie, układa je, płacze i przemawia cichutko".

Tyle Maria Valtorta "Poemat Boga - Człowieka" rozdział 29 "Ukrzyżowanie" str. 347-348. Gdy podchodzę do Ewy i Kuby słyszę jak Ewa cichutko się modli spoglądając w górę w ukoronowaną twarz  Chrystusa Króla. 
   
I ja spoglądam na złotą koronę na figurze świebodzińskiego Chrystusa Króla i nie mogę za nic zrozumieć Tych, którzy na siłę, wbrew logice wciskają Zmartwychwstałemu cierniową koronę na głowę. Dziwi mnie jak śmią poprawiać Jego Matkę Maryję. Skoro Ona, Niepokalana zdjęła ją Synowi przed złożeniem Jego Boskiego ciała w grobie niech nikt się nie waży po raz kolejny Mu dzisiaj cierni zakładać.
 
 "Przyjdź Królestwo Twoje" modlimy się w Modlitwie Pańskiej. Cóż to takiego oznacza?  Żyjący Jezus poleca nam modlić się o coś, co ma nadejść po Jego Zmartwychwstaniu. Dzieło Boga nie osiągnęło jeszcze pełni w Jego Kościele. Pozostawiony przez Niego Kościół ma misję szerzyć Królestwo Boże w świecie. Z takimi myślami zjeżdżam z Ewą na parking przed pomnikiem, by po chwili siąść w kawiarence przy szklance gorącego cappuccino. 











sobota, 23 listopada 2013

Przygotowanie do operacji

Zastanawiam się czy zdjęcia ze szpitala wkleić do napisanych w miarę na żywo tekstów, tak jak obiecałem, ale ostatecznie postanowiłem zrobić z nich kilka reportaży.
Pierwszy reportaż obejmuje okres 6. minut między 6:25 a 6:31 poprzedzających wywiezienie mnie na salę operacyjną. Zdjęcia zrobił mi jeden ze współpacjentów. Na tym obok ja - autor bloga po przebraniu się w strój operacyjny.

Gdy skończyłem przebieranie a kolega zrobił zdjęcie, podchodzi pielęgniarka i prosi bym się położył na łóżku. Podaję jej prawą dłoń na której zakłada zieloną opaskę zaciskową. Z zaciekawieniem przyglądam się jej pracy i pytam czy kolega może jej robić zdjęcia, jak będzie mnie obsługiwała. 

Wyraża zgodę. Pytam czy zdjęcia będę mógł opublikować na moim blogu. Otrzymuję przyzwolenie. W tym czasie Pani pielęgniarka chwyta moją dłoń i szuka żyły, aby się w nią wkłuć z weflonem. Chwali mnie za widoczne żyły. 

W tym czasie już nie patrzę co robi, utkwiwszy wzrok w suficie. Na przedramieniu czuję chłodne potarcie mokrym wacikiem. Za chwilę będzie się wkuwała przychodzi mi na myśl. Dobrze że leżę na łóżku spekuluję w myślach. Przynajmniej jej nie padnę jak zemdleję, co mam w zwyczaju czynić w takich sytuacjach.

Profesjonalnie i z wielką delikatnością wkłuwając się w moją żyłę nie mogła przypuszczać, że ja tak się zachowam jakby mi robiła nie wiem jaką krzywdę. Zapewniam że krzywdy żadnej nie było, a na ból, jaki wyraża moje oblicze i jakiego dostąpiłem, nie miała Ona żadnego wpływu. 

Gdy ja zobaczyłem własne zdjęcia, sam byłem przerażony tym co zobaczyłem. Z pewnością cierpiałem. Kilka minut wcześniej czytałem piętnasty tom "Poematu Boga - Człowieka" Mari Valtorty noszący tytuł Męka Pańska dotyczący Wielkiego Piątku.
 
Może warto czasem zobaczyć swoje oblicze i wyciągnąć wnioski. Gdy ja wchodzę na Golgotę Pani Pielęgniarka obrabia mi weflon zakładając obwódkę z przylepca.

A następnie podkłada gazik pod miejsca wlotu. Wszystko zakończone, a wyglądam jakbym nie wiem jak jeszcze cierpiał. Jedno co zapamiętałem to to, że się w tym czasie modliłem ofiarowując swoje życie Bogu za ...

Mam świadomość, że za moment dostanę "głupiego Jasia" i stracę kontakt z widzialnym światem. Ostatni rachunek sumienia, ostatni żal za grzechy, ostatnie pojednanie się, ostatnie intencje. 
"Ty Mi uratuj kapłana, a Ja ci uratuję twoje dzieci".


I już czuję nowy ból w ręce, w którą wlewa się pod ciśnieniem jakiś płyn rozsadzając mnie od środka. Żeby stanąć jak Jan przy Maryi na Golgocie pod krzyżem Jezusa miłością obdarzam wszystkich nieprzyjaciół.

Ból mi szybko mija. Pozostają tylko przymknięte oczy.  Ciało się odpręża, a ja idę ścieżkami Golgoty za Jezusem.

Wracam do chwili obecnej i spoglądam na uwijającą się wokół mnie siostrę. Sprawnie mnie obsłużyła myślę teraz sobie. Minęło tylko kilka minut, a gdzie ja przez ten czas byłem. Robiła rutynowo swoją robotę nie mając zielonego pojęcia o mojej Golgocie.

Na koniec spojrzawszy po raz pierwszy na moją twarz i nic nie mówiąc chwyciła mnie za nadgarstek oraz zmierzyła mi puls. Jaki był nie powiedziała, a ja też nie pytałem. Zdobyłem się tylko na dwa słowa: Przepraszam i dziękuję.

Kolega z pokoju zrobił mi ostatnie zdjęcie. Ledwo zdążyłem schować aparat i już pojawiła się ekipa, by mnie zabrać na salę operacyjną. 
 

czwartek, 21 listopada 2013

Chystus Król cz.1

Na czym się skupi facet taki jak ja, piszący nieomal dzień w dzień swojego bloga bezpośrednio po operacji, po wyjściu ze szpitala. To pytanie dręczyło mnie samego nieomal przez cały tydzień. Każdy dzień w domu dawał tyle nowych tematów do pisania, a ja nic. Nikt nie jest wstanie powiedzieć, że pojawiwszy się w domu, obsługiwany z przodu i tyłu nie znalazłem chwili czasu by coś skrobnąć na swoim blogu. Nie powiem, przeglądałem inne blogi, pisałem u innych: pocieszałem składałem życzenia, włączałem się w dyskusje, ale u siebie nic, nawet nie uzupełniłem zdjęć w poprzednich relacjach ze szpitala. A tu życie płynie. Co za blokada myślę przyglądając się samemu sobie? Kto mi ją założył i po co? 
      Teraz wiem to był nie kto inny jak mój Anioł Stróż, który mnie w sumieniu przestrzegał mówiąc: Nie będę reagował Jerzy, jak będziesz grzeszył przeciwko wszystkim pozostałym przykazaniom, ale w stosunku do pierwszego nie pozwolę ci Jerzy nawet na najdrobniejsze uchybienie. 
" NIE  BĘDZIESZ  MIAŁ  BOGÓW  CUDZYCH  PRZEDEMNĄ "
O co tu chodzi pytam się samego siebie? O jakich Bogów może chodzić memu opiekunowi? Przecież nie stawiam nikogo ponad Trójjedynego Boga? Czy na pewno? - zapytał. Przecież w szpitalu o niczym innym nie prowadzono rozmów jak o zdrowiu. Wszystko u ciebie wychodziło od zdrowia, od fizjologi. Przecież jak tylko mogłem nieomal każdego dnia zjeżdżałem do szpitalnej kaplicy czy to na modlitwę czy to na Mszę Świętą - próbuję się przed Nim tłumaczyć. Tak, wiem, na modlitwie nieomal zawsze byłeś sam, a na Mszy Świętej też was tylko kilkoro było. Wiem, że dawałeś dobry przykład i nie kryłeś się przed nikim, że jesteś wierzącym i praktykującym, ale to wszystko mało. To czego jeszcze odemnie chcesz mój Aniele Stróżu? - pytam się.
       Pierwszy wpis nie może być o twoim zdrowiu, nie może być o postępach rehabilitacji Ewy z jaką się zetknąłeś po powrocie.. Nie może być o pielęgnacji was obojga przez troskliwych Synów, nie może być o pracy w twojej firmie, o organizacji robót i funkcjonowaniu domu, o przejmowaniu przez ciebie Jerzy poszczególnych obowiązków w domu. Powiem ci krótko Jerzy. Twój pierwszy wpis nie może być o niczym innym jak tylko o Bogu, o Jezusie Królu i Jego Królestwie. Jeśli napiszesz o czymś innym dasz po prostu Jerzy plamę. Twoje myśli, twoje słowa, twoje pisanie będzie wtedy o innym bożku. Czy nie mam racji? No, zastanów się Jerzy. Jakikolwiek inny temat chwycisz w obróbkę postawisz go przed Bogiem. 
       Takiś mądry mój Aniele Stróżu, łatwo Ci tak gadać, to powiedz doradź co mam pisać? Wiesz co stary. Nic sam od siebie nie pisz. Nic mądrego nie wydumasz. Najważniejsze masz za sobą. Przestawiłeś swoje klapki. Postawiłeś Boga na pierwszym miejscu, a o resztę się nie martw zostaw to po prostu Jemu i tylko Jemu. A teraz daj tylko link na blog Księdza Jacka Bałemby SDB i to wystarczy. Dobra już to czynię i spadam do codziennych zajęć.

piątek, 15 listopada 2013

Męski czyściec

15 listopada godz. 7:37 

"Panie Jerzy proszę się położyć, podłączę panu kroplówkę". 
Momencik, tylko dokończę słowo i zatwierdzę.
Nie kończę, zatwierdzam i wstaję od stołu oraz posłusznie kładę się na łóżku.
Siostra podłącza sprawnie kroplówkę: przepłukanie i już kapie kap ... kap ... kap ....
Rzucam okiem na wiszący bidon, przy okazji spoglądając na czerwony komunikat na ekranie laptopa. Czemu nie zatwierdził?
"Wyciągnę panu cewnik"- słyszę miły spokojny głos siostry
Siostra? - pytam ze zdumieniem.
"Tak, teraz proszę spuścić majtki".
Czynię co potrzeba i spoglądając w sufit odmawiam jedną zdrowaśkę.
"Już po wszystkim".
Proszę mi pokazać jak długi był ten przewód - zwracam się do siostry. Uśmiecha się tajemniczo i odchodząc od łóżka zwija przewód nic nie mówiąc. 

Z wrażenia i szybkości dzialania zapomniałem języka w gębie. Wstyd, nawet Jej nie podziękowałem przychodzi po czasie refleksja.
Kończy mi się kroplówka. Dzwonkiem wzywam siostrę. Gdy siostra podłącza mi drugi bidon z płynem, dziękuję Jej za bezbolesne i bezstresowe wyjęcie cewnika. "Wzięłam pana z zaskoczenia" - podsumowuje i odchodzi.
Oh, jaki jestem Jej wdzięczny za to niezbyt miłe, ale konieczne zaskoczenie.

8:55 "Co pan taki z krzyża zdjęty" - pyta jedna z dwóch pań roznoszących śniadanie, podając mi tackę z dietą nr "4". 

Bo znowu mam biegunkę i nie wiem czy mam coś jeść? Wziąłem dwie tabletki na zatrzymanie i nic.  
Żartując  radzi bym się piasku najadł. 
    Biorę tackę, kubek kawy zbożowej z mlekiem i kubek owsianki. Obolały piszę i kładę się do łóżka. 
9:10 Kolejna siódma biegunka
9:30 Obchód - Pan Ordynator pyta: "oddał już pan mocz". 
Nie, jedynie krwiste krople się pojawiły.

 Ordynator odchodząc do współpracowników mówi: "Musimy się naradzić".
9:45 Po obchodzie wpada Piotr: "Rozmawiałem z Panią urolog. Muszą to zakończyć, a potem się wezmą za prostatę".
Wspomina napis nad pisuarami w ubikacji publicznej na Rynku Jeżyckim z czasów komuny: LEJ!  LEJ! ORMO CZUWA - muszę to zapamiętać odzywa się pamiętający tamte czasy pacjent.
10:00 Lekarz Prowadzący:  "Pić ,Pić  do oporu, urolog
będzie robił USG pęcherza".
10:20  Po wyklepaniu pleców,
Pani Karolina mówi: - "u Pana idzie odczyn".
10:40  pierwsza dzisiejsza próba oddania moczu - 2 krople zmieszane z krwią.
10:45  czuję parcie na pełen pęcherz - nic
10:50  j.w.
Ból na tyle się potęguje, że nie jestem wstanie nic pisać. Dalszą kronikę wydarzeń odtwarzam z pamięci po 3 godzinach.
11:00  ciągłe parcie na pęcherz połączone z narastającym z minuty na minutę nasileniem bólu.
11:03  wychodzę obolały na korytarz, gdzie przy kantorku pielęgniarek spotykam Pana Ordynatora. Proszę Go o jak najszybsze założenie cewnika. Reaguje natychmiast. Idzie wezwać Lekarza Prowadzącego.
11:05  Przychodzi Lekarz do pokoju i prosi bym przeszedł na USG.  Z nadzieją na ulgę, zaciskając zęby na wargach, by nie krzyczeć, idę z nogi na nogę na drugi koniec oddziału.
11:06  Przez moment szukanie klucza do gabinetu USG (korzystają z niego różni lekarze) Słaniając się z bólu kładę się na kozetce. Ręce wpijają się w krawędzie kozetki. Jęk pod nosem koresponduje z nasilającym się bólem w męskich narządach.
11:10 Przychodzi wezwana na konsultacje Pani Doktor - urolog.  We dwójkę oglądają na USG moją powiększoną prostatę na pełnym pęcherzu. Niezbędna zabiegowa ingerencja urologiczna. Póki co będzie za chwilę założony cewnik.
11:15 Gdy lekarze ustalają leki z jakimi mnie puszczą do domu i co ze mną dalej, ja zwlekam się z kozetki i idę na drugi koniec korytarza do gabinetu zabiegowego. Nie pytam czy gruczolak prostaty jest złośliwy, czy też nie. W tym momencie dałbym sobie odciąć wszystko byle tylko ból ustąpił.
11:16 Wchodzę bez pukania do gabinetu zabiegowego i natychmiast się wycofuję. Stojąc w drzwiach swojego pokoju, czekam ze załzawionymi z bólu oczyma na zwolnienie gabinetu.
11:20 Po raz drugi wchodzę z Lekarzem Prowadzącym do gabinetu zabiegowego. Drzwi się zamykają, teraz mogę półgłosem jęczeć. Ból nie jest nic mniejszy niż przed czterema dniami, gdy po napadach bólu miałem wieczorem zakładany po raz drugi cewnik. Do bólu zablokowanego pęcherza nie da się przyzwyczaić. Tym razem jest to już jeden ciągły ból.
11:23  Wszystko przygotowane do zabiegu założenia cewnika. Leżę obnażony na kozetce, obok stoi wspomagająca lekarza pielęgniarka. Żadnego poczucia wstydu. Ból zabił wszystko. Czekam na większy ból związany z włożeniem do pęcherza przewodu łączącego miejsce powstania bólu ze światem zewnętrznym.

 
       Gdyby mnie ktoś dzisiaj spytał jak może wyglądać męskie Piekło, to powiedziałbym tak: jest to miejsce w którym przebywają zmartwychwstali z ciałem i duszą mężczyźni z pełnymi pęcherzami i przeklinają Boga i siebie na wzajem, za to że stworzył ich mężczyznami, a Diabły, by im "umilić czas",  zmuszają ich do uczestniczenia w takich rozkoszach, jakie sprawiały im w
ziemskim życiu największą przyjemność.
 

       A męskie niebo to miejsce, w którym przebywają zmartwychwstali z ciałem i duszą mężczyźni z pustymi pęcherzami, bez przerośniętych prostat,  w otoczeniu Aniołów, z którymi wespół wielbią Boga.
  
      A czyściec? Podobnie jak męskie niebo, z tą jedną różnicą, że pęcherze mężczyzn są pełne i nie dają się wolą chłopów opróżnić. Obolali faceci w otoczeniu Aniołów modlą się z nimi. Komu za życia modlitwa w bólu szła lepiej, temu w czyśću idzie także lepiej. Kto z nich zaklnie, spada do Piekła. Tam może sobie do woli przeklinać. Rzecz w tym, by dojść do perfekcji w wielbieniu Boga, wtedy Św. Piotr zakłada delikwentowi cewnik i wprowadza go do Nieba przed oblicze Boga.


11:25 Uwolniony z pęcherza mocz spływa do worka, a ja po kilku głębszych oddechach wracam szczęśliwy z workiem u boku do pokoju.
11:30 Kładę się na łóżku i biorę do ręki czytany od niedzieli ostatni 16 tom "Poematu Boga - Człowieka" p.tyt. "Uwielbienie" str. 113.
Słowa Jezusa: " ...na tym polega modlitwa: trwać w łączności z Najwyższym oraz z tym, co służy do prowadzenia duszy daleko poza ziemię (w szpitalu nieomal wszystkie rozmowy koncentrują się wokół fizjologii rzadko kiedy wychodzą poza ziemię). [chodzi o to by] wzbudzić postanowienia woli miłującej lub wynagradzającej, a zawsze adorującej, nawet gdy jest to wola wyłaniająca się z medytacji nad winą i karą. [A osiąga się to] przez rozmyślanie nad doskonałościami Boga i nędzami człowieka , siebie samego. Dobro i zło służy celowi ostatecznemu, jeśli człowiek potrafi się nimi posługiwać. Mówiłem to wielokrotnie. Grzech jest nieuleczalną ruiną tylko wtedy, gdy nie idzie za nim żal i zadośćuczynienie. Gdy dzieje się przeciwnie, wtedy skrucha serca staje się solidną zaprawą wapienną dla zespolenia fundamentów świętości, których kamieniami są dobre postanowienia".

czwartek, 14 listopada 2013

To już było.

To już dawno słyszałem. To już było.

      Gdy przed trzema dniami włączyłem sobie na żywo gdzieś około 19. tej telewizję internetową Księdza Piotra, który głosił pierwsze kazanie patriotyczne związane z 11. listopada, już po kilku zdaniach usłyszałem słowa:  "To już dawno słyszałem. To już było".  W pierwszej chwili chciałem ostro przerwać adwersarzowi  jego monolog trwający przez kilka dobrych godzin, ale się powstrzymałem.  Nim pozwolił mi dojść do głosu, wchodząc w każde moje słowo, stwierdziłem, że facet,  jeśli chodzi o te dwa  konkretne zdania ma rację i nie będę z nim teraz dyskutować.


          Kazanie o Królowej Polski z tezą, że nigdy dość o Maryi, wzbudziło niespotykany w dotychczasowym moim środowisku atak na drogie mi wartości reprezentowane na tym blogu. Wieczorne kazanie Ks Piotra na żywo się skończyło, a nieprzerywany monolog trwał i trwał aż do Apelu Jasnogórskiego. Odmówiwszy dziesiątkę różańca i modlitwę do Św. Michała Archanioła, zmęczony betonowymi wywodami, usnąłem odkładając rozmowę do następnego dnia.


         To komplement dla kapłana usłyszeć, że głosi to, co wierny słyszał z ambony przed 40 laty (wtedy ambony były jeszcze w wielu kościołach). Świadczy to o jednym o głoszonej Prawdzie. Bo wiara katolicka to Pismo Święte i Tradycja.

       Ja jestem chory i dializowany i nie muszę chodzić w niedzielę do kościoła. Wystarczy, że obejrzę sobie Mszę z Łagiewnik w telewizji. Przecież to wszystko jedno czy jestem w kościele, czy przed telewizorem. Rodzinę mam katolicką, wnuczki przed przeszczepem paciorek za dziadka odmówiły. A ja dializowaną babcię Gertrudę, gdy przestała samodzielnie się poruszać sadzałem na wózek inwalidzki i wiozłem do kościoła. Ja ? Nie tylko ja, cała rodzina dbała o to, by wozić babcię na Mszę Świętą. A Ty? Zamiast szukać pojednania udzielasz sobie rozgrzeszenia.


        Dostałem od Przyjaciela książkę : Jurgena Thorwalda pt: "MĘSKA  PLAGA seks, pożądanie i kłopoty z prostatą".  Autor "Stulecia chirurgów" szuka związku między prowadzeniem się mężczyzn a kłopotami z prostatą, które trapiły największych tego świata. Niejednokrotnie przełamuje wstydliwe męskie tabu i odkrywa skrywane przez mężczyzn tajemnice. Z niezwykłą precyzją opisuje rozwój metod i narzędzi chirurgicznych niezbędnych do leczenia najbardziej intymnej części męskiego ciała. Od pierwszej do ostatniej strony pozostajemy w kręgu męskich fascynacji i obsesji.


         Znalezione w necie:
"Jutro chcę przyjąć Komunię św. w intencji Starszego Jerzego, takie natchnienie Jerzy dostałam!
Wracaj do zdrowia, zbliża się 20 listopada, moje urodziny, nasz wypad do Świebodzina, po drodze Licheń, Twój zawał serca w Świebodzinie…. to już 3 lata...


       Na Mszy Świętej byliśmy we czworo: Jezus, Jego kapłan, siostra i ja. Homilia: na  dziesięciu tylko jeden powrócił by podziękować Jezusowi. Nie jest łatwo dziękować Bogu za krzyże, którymi nas obarcza. Dziękować i jeszcze ofiarować je za grzeszników. 
Droga Ewo z serca Ci dziękuję.

      Jutro zostanie wyjęty cewnik.

Czy zaskoczę i uda się oddać mocz? 
Nie wiem. 
Wiem że będzie cierpienie.
Czy prostata jest złośliwa?
Nie wiem.
Wiem, że organ ten stworzył Bóg.
Lekarze mówią, że uczynił to po zjedzeniu jabłka, w chwili gniewu i tak umiejscowił w ciele Adama, żeby za jego pośrednictwem móc w przyszłości torturować wszystkich mężczyzn - tych grzesznych i tych cnotliwych. 

Boję się!

W ręce Twoje Boże oddaję siebie. 
   

Wenflony

Od piątku, 8 listopada, przez sobotę i niedzielę wtłaczano mi przez wenflon najrozmaitsze płyny. Niestety, w poniedziałek rozpoczęły się problemy. Podłączane kroplówki z lekami nie chciały spływać z wysokości szpitalnego wieszaka w mój organizm.  Stosowane przez siostry wysiłki by udrożnić, przepłukać moją hydraulikę, tylko chwilowo poprawiały przepływ.  Powoli kap ..., kap ..., kap ...  wpuszczono mi wieczorną poniedziałkową butelkę z antybiotykiem.  Na nocną udrękę, bym miał o czym marzyć  zapowiedziano mi na wtorkowy ranek przekłucie wenflonu w nowe miejsce.

      Następnego dnia we wtorek postawiona diagnoza w pełni się zrealizowała. Tak jak przewidywano dotychczasowy wenflon nie chciał już nic przyjąć. Nie pomogło dwukrotne przepłukanie hydrauliki. Jak się potem, po dwóch dniach okazało, dorobiłem się tylko zapalenia żyły w okolicy tego miejsca.  
      Tym razem do kłucia podałem lewą rękę.  Nie będę opisywał bólu jakiego doznałem przy kolejnych trzech wkłuciach i szukaniu żyły, która była podobno pod palcem dobrze wyczuwalna. Nie był to błąd w sztuce wykwalifikowanej szpitalnej pielęgniarki. Moja paniczna obawa przed bólem zablokowała jej możliwość skutecznego założenia wenflonu.
      Po chwili relaksu sprawę założenia wenflonu spróbowała rozwiązać kolejna osoba w białym fartuchu. Tym razem wenflon został założony bez ceregieli z mojej strony i antybiotyk popłynął do mego organizmu. Radość nie trwała jednak długo. Wenflon okazał się drożny tylko do końca dnia.
       Wczorajszego ranka stanąłem przed dylematem: pozwolić się po raz kolejny kłóć, czy też odmówić przyjmowania leków w formie kroplówek.
       Po raz ostatni pozwoliłem się dać dziurawić.  Zrobiono to w taki sposób, że w ogóle nie poczułem kłucia. We środę rano założono mi kolejny wenflon, przez który i wczoraj rano i wczoraj wieczorem popłynęły po dwie kolejne kroplówki.
      Dzisiaj czwartek, minął tydzień od przyjęcia, a ja siedzę przy kompie z obandażowaną ręką. Założono mi kompres na zapalenie żyły, które się pojawiło w miejscu założenia pierwszego wenflonu.
       Siedzę i piszę, a przez wenflon leci lekarstwo.  Przy ciągłym przesuwaniu stojaka wiszący na nim przewód okręcił się po wielokroć na rurze, dając współpacjentowi pole do zwrócenia mi uwagi: bym zakończył ten taniec na rurze, bo się wszystko pourywa.
      Zatem kończę na dzisiaj, pełen nadziei, że wczoraj  założony wenflon wytrzyma do mego wyjścia ze szpitala.
 

Kilka zdjęć z wenflonem zamieszczę  po wyjściu ze szpitala.

środa, 13 listopada 2013

Trzy krzyże

      W nocy z wtorku na środę przebudziłem się po drugiej. Jak każdej nocy spoglądam w górę. Dwa duże krzyże zniknęły z sufitu, a malutki krzyżyk z pasyjką nad drzwiami, z miejsca w którym znajduje się moja głowa jest niewidoczny. Przesłania go narożnik zbyt głębokiej szafy, nie pasujący wymiarami do pozostałej zabudowy wnęki. By spojrzeć na maleńkiego Jezusa wiszącego na krzyżu, muszę głowę położyć na prawej krawędzi łóżka. Ale i to tym razem nie wystarcza. Uchylone drzwi szóstki całkowicie mi Go przesłaniają. Fizjologia każe mi wstać z łóżka. Zapalone od wieczora delikatne światło nocnej lampki nad "11" rozświetla cały pokój tak, że z trafieniem stopami do ułożonych pod łóżkiem papci nie mam kłopotu.
      "Ja muszę spać przy świetle".
Taki duży, a boi się ciemności - pomyślałem wychodząc na korytarz.
      "A pan co? Nie może pan spać?" - pyta mnie napotkana siostra.
Nie, z wieczora przy świetle zasnąłem, a teraz dała znać o sobie biegunka.
      "Niech się pan położy" - radzi. 
Zawracam i kładę się do łóżka. Ale jak tu zasnąć nie mając przed oczyma dwóch krzyży na suficie. Przecież to tylko cienie, próbuję przemówić sobie do rozsądku.
Cienie, nie cienie Jerzy, ale skoro położyli cię w szpitalu w takim miejscu, to widocznie po to, byś zasypiał i budził się z nimi.
      Musiał to usłyszeć Anioł jednej z sióstr, bo nim usnąłem weszła do pokoju i zgasiła lampkę nad "11". Po ostrej wymianie zdań: "kto tu rządzi" wyszła z pokoju zostawiając światło w ubikacji.
      "Miałeś Jerzy delikatne światło z boku, masz teraz je prosto w oczy. Tylko nie złorzecz" - podpowiada mi mój Anioł Stróż. "Spójrz w górę na dwa potężne krzyże. Nie poznajesz? Przecież to wasz małżeński podwójny krzyż".
       Uspokoił mnie.
Odmówiłem kilka zdrowasiek i fizjologia po raz drugi dała znać o sobie. Gdy opróżniony położyłem się na prawej krawędzi łóżka w zasięgu wzroku miałem tym razem już trzy krzyże, a w pokoju na trzecim piętrze panowała ciemność rozjaśniona nieco parkową latarnią stojącą przy szpitalnym parkingu.

wtorek, 12 listopada 2013

Sikanie na modlących się na różańcu

Na czytanym przeze mnie blogu W obronie wiary i tradycji katolickiej ukazał się dzisiaj wpis noszący tytuł: "Oddawanie moczu na modlących się różańcem we Wrocławiu, bydlęce ataki zwolenników homoseksualizmu w miejscach publicznych". 
Czytelników poprzedniego mojego wpisu odsyłam do źródła  gdzie znajdziecie Państwo 2 filmy i 4 zdjęcia dokumentujące to zdarzenie. 
Poniżej cytuję tylko mój komentarz jaki pozwoliłem sobie napisać do tego zdarzenia. 

Od czwartku jestem w szpitalu. W piątek, z samego rana miałem operację po której nie mogłem oddać moczu. Wieczorem, gdy żadne środki farmakologiczne nie zadziałały, a ból stawał się nie do wytrzymania, sprowadzono lekarza, który mnie cewnikował. Ulżyło, na tyle że w nocy z piątku na sobotę udało się przespać 1-2 godziny. Sobota minęła bez bólu. Kilka litrów  moczu trafiło do worka. Późnym popołudniem, gdy miałem mieć usunięty cewnik leżąc na kozetce, w przewodzie cewnikowym pojawiła się  w obecności lekarza krew. "Usunę panu cewnik w niedzielę rano, i zrobię USG na pełnym pęcherzu, jak tylko skończę operację przeszczepu nerki".  Co było dalej opisałem na moim blogu. Niedzielne cierpienia ofiarowałem Bogu za jednego niekreślonego bliżej człowieka. Po przeczytaniu relacji z Wrocławia, już wiem za kogo  "współcierpiałem".  Boże, daj mu za życia zrozumieć swoją nieskończoną moc. Przyjm moje cierpienia, i daj mu szansę uchronienia się od mąk piekielnych.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Współcierpienie

       Jest poniedziałek, 11 listopada, godz. 4:00 rano.
Domięśniowy zastrzyk z relanium przestał działać. Obudził mnie delikatny płacz noworodka z czwartego piętra. Ty też Jezu pewno tak kwiliłeś, gdy było ci zimno i mokro w stajence betlejemskiej. 

      Od czwartku, kiedy to Kuba w towarzystwie Ewy przywiózł mnie do szpitala, minęły cztery doby.  Przecieram zaspane oczy i stwierdzam mam za sobą pierwszą przespaną nieomal cała noc za sobą. Oczy kieruję, tak jak każdej nocy na sufit, na którym widać cienie jednego ze szpitalnych okien. Tworzą dwa ogromne ponad cztero metrowe krzyże splecione wspólnym poziomym ramiakiem. Modląc się, rozmyślam: czyje to krzyże? Skrzywioną perspektywą, kształtem przypominają poznański Pomnik Czerwca '56. Istotą nieprzespanych nocy kojarzą mi się bardziej z krzyżami, jakie obaj z Ewą na codzień dźwigamy. 

     Nie zapalając światła z ciekawością spoglądam na uwieszony przy łóżku worek na mocz. Jest nieomal pełen krwistego płynu. To efekt wczorajszego, niedzielnego, drugiego już cewnikowania. Pierwsze piątkowe, pooperacyjne, wieczorne cewnikowanie zostało zlikwidowane w niedzielny ranek. O piątej rano przewód zaczopowano korkiem i odłączono worek. O dziewiątej miałem mieć robione USG pełnego pęcherza w celu sprawdzenia co może być przyczyną krwistego moczu? Obyło się bez badania. Lekarz prowadzący stwierdził, że skoro w nocy z soboty na niedzielę nie było śladów krwi w moczu, to wystarczy tylko wyjąć cewnik. 

   Bez worka czułem się wolny, ale było już za późno by zdążyć na drugą i ostatnią niedzielną Mszę Świętą w szpitalnej kaplicy. Zawiódł mnie też internet, gdyż nie dało się wysłuchać ani o 7:00 Mszy z Łagiewnik, ani o 9:00 z kościoła Św. Krzyża w Warszawie. 

      Od dzisiejszego niedzielnego poranka czytam ostatni tom "Poematu Boga - Człowieka Marii Valtorty. Nosi tytuł "Zmartwychwstanie". Moje odczucia, przeżycia, mój krzyż, bóle i cierpienia doskonale wpisują się w opisaną przez autorkę mękę naszego Pana Jezusa Chrystusa. Od czwartku pytają mnie wieczorem siostry czy chcę coś przeciwbólowego lub na sen? Zdecydowanie odmawiam. Chcę bez farmakologicznych zakłóceń współcierpieć z Chrystusem. W cierpieniu daleko mi do Zbawiciela. On cierpiał i poniósł śmierć by odkupić cały rodzaj ludzki, a ja ofiarowuję swoje cierpienia za jednego człowieka. Oczywistym jest, że i krzyż jaki na mnie Bóg Ojciec nałożył jest po wielokroć mniejszy. 

      Niedzielny ranek, poranna toaleta. Dzisiaj mogę się wykąpać pod prysznicem. Mam mieć robione USG, nie mogę być brudny. Siostra spełnia moją prośbę i wstawia krzesło do kabiny prysznicowej. To podpórka na wypadek gdybym zasłabł. Czysty kładę się od łóżka. 

      Ranne niedzielne czytanie pierwszych rozdziałów "Zmartwychwstania" doniesionego w sobotni wieczór przez Pawła z Michasią, przerywane jest wiązkami kobiecych przekleństw jakie słychać zza otwrtych na oścież drzwi pokoju nr 6. Że też ludzie nie potrafią się wysłowić nie używając "przecinków". Ich "dosadna"  mowa przypomina mi kapralskie pohukiwania nad szeregowymi żołnierzami. A treści, z którymi kobiety dzieliły się ze szpitalnym korytarzem, urągały nie tylko chrześcijańskiej ale i kobiecej godności. 

     Nieomal identyczne wyrzekania powtórzyły się w poniedziałek, gdy około 8:00 po pokojach przechodził ksiądz z Panem Jezusem. Siedziałem akurat przy stoliku pod oknem przy komputerze, pisząc powyższy akapit, gdy od strony drzwi usłyszałem pytanie: kto z panów jest do Komunii Świętej? Odwróciłem się na krześle i uklęknąłem na środku pokoju ze  złożonymi rękoma, nie dając kapłanowi cienia wątpliwości, że chcę przyjąć godnie Jezusa do serca.

      Po chwili dłuższe dziękczynienie na środku pokoju zamieniłem na klęczenie przy swoim łóżku, a gdy przyszedł z kroplówką pielęgniarz ułożyłem się wygodnie na łóżku. Na Koronce minęła mi pierwsza dawka kroplówki. Z drugą porcją antybiotyku w kroplówce poszło gorzej, nie chciał przelecieć przez weflon i trzeba go było przedmuchać. Ciecz leciała wolno, a do mnie piszącego te słowa, tak jak wczoraj z rana dochodziły z korytarza niecenzuralne słowa i bluzgi skierowane pod adresem księży i kościoła. 

      Tym razem nie miałem już wątpliwości, była to reakcja na zadane przez kapłana pytanie: czy któraś z pań chce przyjąć Najświętszy Sakrament? Nie chcąc słuchać wczorajszych inwektyw włączyłem internetową telewizję z Grzechini. Zadziałało! Po Ewangeli gdy przyszło do wysłuchania kazania Księdza Piotra Natanka kobieta "z przecinkami" uspokoiła się. Dzisiaj natomiast, nie mogąc jej słuchać, zaraz po Koronce wyszedłem na korytarz z modlitwą do Św. Michała Archanioła, który wysłuchawszy mnie przekierował grzeszną rozmowę na inny temat.

      Przedpołudnie minęło w luksusie. Pęcherz przez pierwsze godziny był pusty, a przy boku nic się nie dyndało. Wykąpany pod prysznicem czułem się zrelaksowany. A złożona wizyta Kuby z dłuższą relacją od mamy napawała optymizmem. To, że harmonogram dnia został zakłócony okazuje się nie tak istotne, jak fakt, że mama czuje się dobrze. Uspokojony wizytą i przekazaniem obsługi Pawłowi mogłem się ze spokojem zdrzemnąć. 


     Od południa gdy pęcherz się napełnił zaczęły się podobne problemy z siusianiem, jakie miałem po wybudzeniu się po operacji. Za każdym parciem próbowałem oddać mocz, ale sytuacja bólowa pogarszała się z godziny na godzinę. Próbowały sprawę ratować pielęgniarki podając mi kroplówki ze środkami rozkurczowymi. Jedna, druga kroplówka i nic. Płynu w pęcherzu przybywało, a u mnie nieomal zakręcony kran do dechy. 

      Pokochanie swojej choroby to podstawowa sprawa. Tak mówi teoria, ale nie praktyka. Nowa zmiana pielęgniarek zaserwowała mi tabletki przeciw bólowe. To jednak nie rozwiązało sprawy. Dzisiaj, mogę powiedzieć, że tylko przedłużyło "agonię". Doszło do tego, że uronienie jednej kropli moczu wiązało się tylko z wyciśnięciem z bólu kilkunastu łez.  


      Na uskarżanie się siostrom nie miałem już siły. Na własną rękę w  kolbie na mocz zanurzyłem męskie genitalia. Pomogło na tyle, że z bólem dowlokłem się po raz ostatni do dyżurki prosząc o lód. Dostałem kompresy waty z kwasem zdaje się bornym (ale mogłem się pomylić). 

      Przy każdym kolejnym parciu traciłem panowanie nad sobą. Po trzech parciach połączonych z jękami wychodzącymi z zaciśniętych ust - poddałem się. Wiedziałem już, że gdy przyjdzie następne parcie będę na głos krzyczał z bólu na cały oddział. 
       Po raz ostatni wzywam dzwonkiem siostrę. 
       Która była godzina? 
       Sąsiad z pokoju mówi, że mogło być około 20:30. Ze łzami mówię jej, że gdy przyjdzie następne parcie nie wytrzymam z bólu i będę krzyczał. 

     Ile razy krzyczałem? 
     Nie wiem! 
     Może dziesięć, może ze dwadzieścia razy. Przeciągły głos aaaaa....yyyyyyy...iiiiiii..... niósł się pewno po całym oddziale. Po dłuższej chwili pojawiła się siostra mówiąc, że doktor już jedzie. Byłem już w takim stanie, że gotowy byłem by mi odcięto genitalia, byle tylko przestało boleć. Jądra i prącie zrobiły się obrzęknięte i czerwone. Wydaje mi się, że dopiero teraz zrozumiałem co oznacza powiedzonko "ukraińskie tortury"?

       Leżałem na łóżku nie mogąc się z niego zwlec, a gdy się pojawiało parcie, gotowy byłem całym wysiłkiem woli zlać się do łóżka, byle tylko ból ustąpił. Niestety z zaciśniętych ust wydobywała się kolejna samogłoska oooooooooooo ..... , a na opatrunku nie było śladu ani jednej kropelki moczu. Jęk kończył się kilkoma głębokimi oddechami, po których dochodziłem nieco do siebie. 

      Teraz miałem czas na kilka zdrowasiek. Szeptane w głowie słowa, nie w każdej przerwie, układały się w logiczną całość. Dla mnie ważna była intencja cierpień, a ta, przez cały czas była nie zmienna. Im dłużej czekałem na lekarz, tym coraz więcej czasu potrzebowałem na regenerację sił przed następnym parciem, a jego zaczynało brakować. 
 
      Jak z tego wynika ból rodzenia, jaki zafundowała nam pierwsza Ewa, nie jest obcy nawet dzisiejszym Adamom. Tyle, że parcia porodowe kończą się zwykle sukcesem rodzenia, a ja nie miałem szans na uronienie ani jednej kropli moczu. Zaciśnięty gruczołem prostaty przewód moczowy nie potrafił już nic przepchnąć. 

       Godzina Apelu Jasnogórskiego, przyjechał Lekarz, pociesza mnie współpacjent. Pojawiła się nadzieja na ulgę. Z łóżka przesiadam się na wózek inwalidzki. Jedziemy na USG. Obolały do granic wytrzymałości kładę się na kozetce. Byle tylko zanim zrobi USG nie przyszło parcie. Boję się, że zacznę mu jęczeć, a bardzo chciałbym tego uniknąć. Powiększona i pomierzona prostata, bez konsultacji z urologiem nie obędzie się - mówi do mnie. Siostro, proszę o dużo żelu i osiemnastkę. 

      Rano lekarz wyjmował mi szesnastkę, teraz wpycha osiemnastkę. Boli, ale mniej niż przy parciu. Muszę wytrzymać i wbijam palce w kant kozetki, a on wciska osiemnastkę przez prostatę w moje prącie. Wreszcie ulga. Litr płynu spływa pod ciśnieniem do plastikowego worka. 
     Ulżyło? pyta lekarz, kończąc wycieranie ciała wokół szwa, po cięciu. 
     Oczywiście, mówię zajmując miejsce w wózku, przepraszając jednocześnie, że narobiłem mu kłopotu. 
      Nie ma co przepraszać, a na przyszłość należy nie czekać, tylko wcześniej prosić o pomoc. 

       Po chwili przesiadam się z wózka na łóżko. Dostałem na obrzęki na brzuch porcję lodu, dwie kroplówki i domięśniowy bolesny zastrzyk z relanium w pupę. Przy wieczornym pacierzu zasnąłem, by obudzić się dzisiaj o 4 rano. A że nie jestem jeszcze w kondycji, niech świadczy fakt, że dopiero teraz, po 12 godzinach skończyłem tą relację.

sobota, 9 listopada 2013

Ze szpitala

Pierwszy dzień po zabiegu. Operacja przebiegła sprawnie. Pod skórę w miejscu przepukliny wszyto mi siatkę. Sama rana goi się dobrze. Gorzej z kondycją. Od pasa w dół wszystko boli. Czuję się jak zdjęty " z krzyża". Znieczulenie do kręgosłupa było na tyle skuteczne, że do chwili obecnej (po dobie od powrotu na pokój) ledwo się mogę poruszać. Każda zmiana położenia ciała wymaga wysiłku i wiąże się z bólem. Nie mogłem po operacji oddać moczu i sprawa musiała zakończyć się wczoraj wieczorem wezwaniem lekarza i założeniem cewnika.
Pierwszy dzień przed operacją minął na wywiadach, badaniach krwi, rozmowie z anastezjologiem i konsultacji kardiologicznej. Wytchnienie przyszło dopiero po 16:00. Mogłem się wtedy położyć na łóżku i rozpocząć lekturę Marii Valtorty "Poemat Boga - Człowieka", 6 tom Męka i śmierć  naszego Pana Jezusa Chrystusa. Różaniec i Koronkę odmówiłem samotnie przed snem w szpitalnej kaplicy. Była okazja by swoje przyszłe cierpienia (o których nie miałem wtedy pojęcia) ofiarować w Bogu wiadomych sprawach.
Noc przed operacją miałem wyjątkowo spokojną mim, że nie wziąłem podanej mi "z urzędu" tabletki  nasennej. Od rana byłem spokojny, tak jak Jezus przed męką u Marii Valtorty. Akcja w czytanej książce toczyła się można powiedzieć równolegle z życiem na gorąco. Największe boleści poprzedziły założene cewnika, które zbiegło się ze sceną śmierci Jezusa (str.... dopiszę jak wstanę od compa, bo jak wstanę i podejdę kilka kroków do łóżka, to będę się musiał położyć). Pierwsza noc po operacji była w 80% nie przespana. Z rana czytałem złożenie ciała w grobie i pożegnanie Maryi.
Z rana przemaszerowałem się po korytarzu, a potem schyliłem by zetrzeć sąsiadowi z podłogi rozlane fusy po kawie. W czasie mycia mu szklanki pod bieżącą wodą nacisnąłem na pęcherz moczowy. Tego było widać za dużo. W moczu pojawiła się krew i Lekarz Prowadzący zmienił z dzisiejszego popołudnia odłączenie cewnika na jutro. Do wyjaśnienia.
Teraz siedzę przy stole w pokoju nr.6 na trasplantologii między zupą podawaną o12:00 a drugim daniem podawanym zawsze po 13:00.

czwartek, 7 listopada 2013

Krąg biblijny

Jakże różnie można patrzeć na te same sprawy. Dopiero po powrocie do domu odkryłem, że rok temu rozważaliśmy na kręgu biblijnym ten sam fragment Ewangelii Łukaszowej Łk 14, 12-14. Patrz mój wpis http://pojednanie2.blogspot.com/2012/11/krag-biblijny-k-14-12-14.html. Chciałoby się rzec: ile można w kółko Macieju to samo Słowo Boże rozważać?
A można!
Bowiem Słowo Boże, za każdym razem gdy je rozważamy, inaczej do nas przemawia. Duch Święty nie próżnuje i podsyła nam coraz to nowe myśli. Trzeba tylko na poważnie brać Jego ingerencję w nasze życie.
     Jak wiecie, nie lubię iść nie przygotowany na spotkanie kręgu. Dlatego też staram się wcześniej indywidualnie prosić Ducha Świętego, by dał mi dobre rozeznanie. Tak było i w poniedziałkowy ranek. Do wieczora wałkowałem w głowie dwa Łukaszowe wersety.
    I cóż?
Na kartce papieru zapisałem dwa zdania:
1. Protekcji szukaj tylko u Boga, a nie u tych, dla których interesownie wydajesz  przyjęcie.
2. "Kazanie o miłości ubogich" Świętego Grzegorzą z Nazjnzu (330-390) biskupa i doktora Kościoła:

Pierwszy punkt pozostawiam bez komentarza. Drugi punkt cytuję:
"Jeśli tylko pragniemy, Bóg napełnia nas dobrami duchowymi. Z duchowej nauki dawaj niestrudzenie jałmużnę szczególnie temu, który cię prosi, a nawet zanim poprosi. Z braku tych darów zaproponuj mu chociaż skromniejsze przysługi: daj mu jeść, ofiaruj mu stare ubrania, dostarcz lekarstwa, opatrz jego rany, wysłuchaj jego nieszczęść, poucz o cierpliwości.. Zbliż się do niego bez obawy. Nie ma niebezpieczeństw, że poczujesz się źle lub zarazisz jakąś chorobą. Oprzyj się na wierze, niech miłosierdzie zatriumfuje nad twoimi obawami. Nie pogardzaj braćmi,  Jesteście członkami tego samego ciała (1Kor 12, 12 nn), nawet jeśli jest złamany nieszczęściem. Podobnie jak Bogu, tak i "tobie oddaje się nędzarz" (Ps 10, 14).

Jakie to proste; dostałeś dawaj nie oglądając się na to czy cię ktoś prosi czy nie prosi. Rozdajesz nie swoje, a Boże. Jak nie potrafisz wspomagać duchowo ubogiego zaproponuj mu skromniejsze przysługi daj jeść, ofiaruj stare ubrania, dostarcz lekarstwa, opatrz mu rany, wysłuchaj jego nieszczęść, poucz o cierpliwości... katalog otwarty. Wysłuchaj nieszczęść - poucz o cierpliwości - jakże często spotykam się z nieszczęściami bliźnich i do tego mam ich pouczać o cierpliwości. Ja taki raptus, ciągle mający zaległości w pisaniu bloga. Zdjęcia z września leżą nie opracowane. Co ważniejsze sprawozdanie z urodzin - imienin Ewy czy nieznajoma Agusia, której tatuś umiera? Tyle biedy w około. A Święty Grzegorz mówi jasno: "oprzyj się na wierze, niech miłosierdzie zatriumfuje nad twoimi obawami. Nie bądź głuchy na wołanie, nie udawaj że nie słyszysz.

Jutro idę do szpitala na operację przepukliny pachwinowej. Wychodzi mi w tym miejscu gdzie  przed trzema laty zakładali mi stęndy przy sercu.  Zostawiam Ewę w wyjątkowo dobrej kondycji pod opieką dzieci, a w sposób szczególny Kuby i Pawła. Obaj są odpowiednio przeszkoleni i nie muszę się lękać o Ewę. Wysyłając mnie na operację są świadomi obowiązków jakie na nich spadną. Przekazanie odbyło się nieomal oficjalnie w obecności Lekarki Domowej. Pani Doktor była pozytywnie zszokowana klasą obsługi Matki jaką wykazał się Kuba. A Ewa, niejako w nagrodę wszystkim obecnym sprawiła niespodziankę czytając na głos przez ponad godzinę z pełną dykcją książkę dla dzieci.

Tak wiele mam jeszcze do przekazania, może jak wrócę ze szpitala będzie czas nadrobić zaległości.
Za dwie godziny mam się stawić w szpitalu.
Proszę, westchnijcie w waszych modlitwach by wszystko się dobrze zakończyło.

wtorek, 5 listopada 2013

Dzwonek

     Usłyszałem dzisiejszego ranka dziwny dzwonek do drzwi. Zerwałem się z łóżka zaspany i w tym momencie uświadomiłem sobie, że umówiłem się z klientem na szóstą rano.  Zapalam w sypialni światło i spoglądam na wiszący na ścianie zegar. Jest 5:45. Ubieram się pospiesznie spekulując: pewno klient przyjechał nieco wcześniej i stoi przed furtką. Rozświetlam cały dom, by widział, że czuwam i pokonując po dwa stopnie biegnę do okna wychodzącego na ulicę. Przed furtką nie ma nikogo, a na parkingu przy pomniku żadnego samochodu. Pewno zdążył już odjechać, gdym się ubierał. Gdy się wczoraj umawiał, mówił, że z samego rana musi babcię odwieźć do lekarza i będzie miał całe przedpołudnie zajęte. Może uda mi się Go jeszcze zawrócić, nim przedostanie się na południową nitkę trasy A-2. Bez skrupułów chwytam za telefon i dzwonię do Niego.
Przedstawiam się.
Tak, pamiętam, będę u pana za piętnaście minut.
Golę się i wyprowadzam samochód na parking. Skoro już wstałem, to pojadę na Mszę Świętą, na 6:30 do jednego z poznańskich kościołów. Klękam przed Jezusem Miłosiernym do porannej modlitwy. Gdy jestem w połowie Koronki na parking podjeżdża umówiony Klient.
Pan był u mnie przed chwilą - pytam?
Nie!
I nie dzwonił Pan dzisiaj do mnie?
Ależ nie.
Widząc moją zdziwioną mine, wyjmuje telefon i mówi:
Proszę spojrzeć i pokazuje mi na komórce swój ostatni wczorajszy wieczorny telefon.
Żartuje Pan - wyrywa się z moich ust.
Jak bym śmiał - odpowiada klient.
Przez całą drogę do kościoła rozmyślałem:  kto wobec tego dzwonił o 5:45 do furtki i mnie obudził. Wyjątkowo nie zlecałem budzenia Aniołowi Stróżowi, co ostatnio mam w zwyczaju.
Widocznie mój Opiekun sam się domyślił, gdy poprzedniego dnia, wieczorem przerwałem nasze wspólne małżeńskie pacierze.
Dlaczego?
Bo zdenerwowałem się na Ewę w czasie modlitwy i w tej sytuacji, dalsza wspólna modlitwa nie miała sensu.
O co poszło?
O nie połknięcie o 21:00 zmielonych na papkę resztek mięsa z obiadu, zalegających w Jej buzi, które uniemożliwiały Jej głośną modlitwę.
I co?
Zdenerwowany, najpierw na Nią wyładowałem w myślach swoją bezsiłę.
A potem?
Potem leżąc w łóżku obok jej ciała i trzymając Ją za rękę oprzytomniałem, ale na kontynuację wspólnej modlitwy na klęczkach było już za późno. 
Do zaśnięcia powtarzałem sobie na okrągło jak różaniec Jej nauki dawane dzieciom:
<<Z pełną buzią się nie mówi, z pełną buzią się nie mówi, z pełną buzią się nie mówi ... >>

Nim Klient ruszył z parkingu ja wcześniej wystartowałem w kierunku Poznania. Do rozpoczęcia Mszy Świętej pozostało 20 minut i o tej porze dnia, zwykle wystarcza  mi 16-18 minut by pokonać dystans do kościoła. Tym razem było inaczej. Można powiedzieć, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, bym nie zdążył na Mszę Świętą.  Każde światła po drodze zatrzymywały mnie w taki sposób, że musiałem czekać cały cykl, a nawet dwa cykle, mimo, że wcześniej na tym skrzyżowaniu, nigdy mi się to nie zdarzyło. Wszystkie znaki drogowe ograniczające szybkość z żelazną konsekwencją wymuszały na mnie zachowanie ograniczenia szybkości choć  sam z siebie nie miałem zamiaru się do nich stosować. Jedynie jadący z przeciwka samochód policyjny dał mi znak światłami bym mu przejechał mu przed "nosem", gdy stałem na lewoskręcie  przy Technikum Drogowym. Zyskałem sekundy by za moment stracić minuty, skręcając nie w Zbąszyńską a w jednokierunkową Wolsztyńską (o jedno skrzyżowanie za wcześnie). Po raz pierwszy w życiu pomyliłem drogę do kościoła mojego dzieciństwa. W efekcie spóźniłem się, a gdy wszedłem do świątyni, czytane było pierwsze czytanie.

Z jednej strony Anioł mnie dzwonkiem budzi, a z drugiej Szatan podkłada nogi. Ostatnio bardzo mu się nie podoba, gdy dzień w dzień jeżdżę z Ewą na różaniec do kościoła. Odmawiamy go w parafii pół godziny przed Mszą Świętą. Okazuje się, że gdy wszystko idzie sprawnie, godzina czasu nie wystarcza mi na ubranie Ewy i zajechanie na czas do kościoła. Czynności ubierania opanowałem do perfekcji. Pojawił się jednak czynnik obiektywy, który na siłę chce uniemożliwić naszą wspólną bytność nie tylko na różańcu, ale i na Mszy Świętej. 
Co się dzieje? 
Ewę już drugi dzień z rzędu przewraca na drugą stronę. Najgorsze, że dzieje się to wtedy, gdy jest już ubrana, gotowa do wyjazdu.

Generalnie to zawsze jestem przygotowany na taką ewentualność. Poza dom nie ruszam się bez torby, w której wożę stały zestaw art. higienicznych z wilgotnymi gąbkami i ręcznikiem. Przedwczoraj po raz pierwszy zapomniałem go zabrać. Uświadomiłem to sobie po kilkunastu metrach, gdy wtoczyłem z wysiłkiem wózek na górkę przy sołtysie. Na zawrócenie do domu było już za późno.  
Co zrobisz jak się Jej coś przytrafi  - pomyślałem sobie?
Podstawię czapkę, którą mam na głowie. 
Zdążysz? 
Pewno że zdążę. 
Uspokojony znalezionym rozwiązaniem jadę dziarsko nieomal środkiem jezdni, omijając zaparkowane przy krawężniku samochody sąsiadów. 
Czapka nie wystarczy - nachodzą mnie nowe wątpliwości. 
Gdy sprawdzałem zawartość kieszeni, Ewa dwa razy kaszle. Mam trzy chusteczki jednorazówki, pocieszam się i uspokojony spoglądam z boku na Ewę. 
Za późno. 
Jedynie chusteczki okazały się przydatne. Czapkę zdjąłem w progu kościoła, umywszy przed tym ręce i twarz Ewy wodą z kranu, zlokalizowanego na trawniku przed kościołem. 
Tym sposobem zdążyliśmy oboje nie tylko na Mszę Świętą, ale i na ostatnią dziesiątkę różańca.