wtorek, 25 lutego 2014

Testament Ewy cz.2 smutek Bpa Dajczaka i Ks.Natanka

Testament Ewy cz.2 smutek Bpa Dajczaka i Ks.Natanka

      Tak jak wczorajszy cytowany testament Ewy z jej pracy magisterskiej, sprzed 25 laty, przemówił od razu do mnie swą aktualnością, tak dzisiaj, gdy wgryzłem się w temat: "głębokiego smutku spowodowanego tym co złego dzieje się w Kościele Bożym, wśród licznych doświadczeń z jakimi stykają się osoby bogobojne", słowa Ewy, oparte o wywody Św. Jana Chryzostoma Złotoustego (urodzonego około 350 roku) biskupa i doktora Kościoła, wydają się nadal aktualne mimo, że na pozór zupełnie nie przystają do rzeczywistości w jakiej żyjemy.  

Ale nim oddam głos Ewie jedno małe wyjaśnienie: w tekst wplotłem zdjęcia z dwóch kościołów, w których w sobotę  (w Złotnikach) i w niedzielę (w Konarzewie) odprawiana była Msza Św. w intencji zmarłej Ewy. Ani kapłanów, ani wiernych proszę nie łączyć bezpośrednio z tekstem Ewy z wyjątkiem przesłania z obrazka prymicyjnego Ks. dr. Mariusza Białkowskiego, celebransa Mszy św. w Konarzewie. Przesłanie z jego obrazka prymicyjnego, odnoszę nie tylko do Boga, ale i do Ewy: "Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce". (Ps. 119)  Przypadek, szczęście  czy laska Boża, że właśnie ten jeden a nie inny obrazek po 17 latach zapomnienia wpadł mi dzisiaj w rękę, przy okazji całodziennego porządkowania rzeczy po Ewie. Na końcu niniejszego wpisu polecam linki do smutku w tym co dzieje się złe w Kościele Bożym Bpa Edwarda Dajczaka i Ks. Piotra Natanka. A teraz wracam do pierwszych słów rozdziału pracy magisterskiej Ewy zatytułowanego: "Eliminacja smutku jako element samowychowania"


      "Wśród licznych doświadczeń, jakie nawiedzają osobę bogobojną widzi Złotousty głęboki smutek spowodowany tym co złe, a co dzieje się w Kościele Bożym. I choć z jednej strony docenia troskę o Kościół, to z drugiej uczy, że wszystko, co się w nim dzieje - dzieje się za dopustem Bożym i Jemu tylko znane są granice, do których zezwoli dojść złu. Stąd smutek i nadmierne zamartwianie się tymi sprawami nie przynoszą Kościołowi zmian na lepsze, a osobie ulegającej temu smutkowi wręcz zagrażają. Dlatego też należy z takimi uczuciami walczyć i starać się je przezwyciężyć. 

      We mnie rodzi się pytanie: czy w związku z tym nie należy o tych sprawach mówić, nie należy podkreślając pierwszoplanową rolę Jezusa Chrystusa w Jego Kościele, opierając się Pismo Święte i Tradycję Kościoła, a także o prywatne objawienia, zamiast poddawać się smutkowi, wskazywać konkretne drogi wyjścia na czasy ostateczne dla Kościoła?

       Zdaniem Św. Chryzostoma smutek zbytnio może człowieka skoncentrować na tym, co dzieje się tu na ziemi. Dlatego, chcąc osiągnąć całkowitą doskonałość, również z tak błahą na pozór sprawą trzeba umieć walczyć i dawać jej zdecydowany odpór. Konstantynopolitańczyk - jak dalej pisze Ewa - podaje jeszcze jeden powód, dla którego należy tak sobą kierować, by na pozór mało istotny problem jakim jest smutek - wyeliminować ze swego życia.

      Do diakonisy Olimpii zwraca się tymi słowy: <<Widzisz, że przesadny smutek pochodzi od szatana, który go wykorzystuje jako sidła, by zbawienne lekarstwo przemienić na szkodliwą truciznę? Nadmierny smutek przynosi zgubę i oddaje człowieka w ręce szatana>>. 

Stąd, zdaniem Chryzostoma, osoba pragnąca pracować nad  rozwojem swej religijnej osobowości nie może poddawać się smutkowi, choćby był on skierowany ku słusznej sprawie i podyktowany zatroskaniem o rzeczy ważne i wielkie.. Stwarza to bowiem niebezpieczeństwo zbytniego rozpatrywania rzeczy związanych z przyczyną smutku, troski o dzień dzisiejszy, prowadzić może na manowce złych  myśli i postaw , gdy tymczasem chrześcijanin winien zarówno w stosunku do Boga, jak też w relacji do drugiego człowieka zawsze koncentrować się na sprawach eschatologicznych. 

     Złotousty w tym miejscu przedstawia  wizję sądu ostatecznego. Wizję straszną napawającą wielkim niepokojem, który to niepokój zaleca nasz Ojciec jako przeciwwagę dla zbytecznego i jego zdaniem zgubnego strachu. Nazywa tę bojaźń murem warownym zbudowanym przeciw smutkowi będącemu dziełem szatana.

       Jak więc widzimy walczyć każe z tym, co na pozór nieistotne, a w gruncie rzeczy - jego zdaniem - (to znaczy Św. Chryzostoma - pisze dalej Ewa) ważne, bo jest dziełem szatana. Dziełem wymierzonym przeciw człowiekowi, a w ostateczności przeciw jego zbawieniu. Dlatego ważne jest by tej słabości nie ulegać, gdyż uleganie jej to tyle, co uleganie szatanowi. To zaś znaczy tyle, co odchodzenie od doskonałości.   

      Tu u mnie rodzi się pytanie gdzie na tej drodze do doskonałości wywlekając ze smutkiem na jaw brudy kościoła znajduje się aktualnie Ksiądz Natanek. Pisząc te słowa i słuchając równocześnie jego dzisiejszego kazania wydaje mi się, że szatan musi potężnie zgrzytać zębami na jego nauki. 

      Nasz Ojciec (tak Ewa nazywa Świętego Chryzostoma) zakłada, że smutek, jaki nawiedza osobę reprezentującą wysoki poziom życia moralnego pochodzi nie tyle z doświadczeń bezpośrednio tę osobę dotykających, nie tyle z porażek przez  nią ponoszonych - czego oczywiście nie wyklucza - ile z faktu cierpienia spowodowanego wykroczeniami, występkami czy grzechami osób pozostających  we wspólnocie Kościoła lub też osób będących poza tą wspólnotą. Takiego smutku każe unikać, wystrzegać się. Żąda od Olimpii, by:<<przestała rozważać w czym ten zgrzeszył lub w jakiej tamten dopuścił się zbrodni>> i choć w tym miejscu nie wskazuje bezpośrednio na skutki jakie mogą wyniknąć z poddawania się takiemu smutkowi, to jednak zakazuje go  obawiając się, że zbytnia koncentracja  na drugich przerodzić się może w negatywne orzekanie lub nawet negatywny stosunek to tych osób. W dalszej konsekwencji widzi to nas Ojciec jako poważną barierę na drodze  do samowychowania. Wyczuwa się bowiem u niego troskę o to, by człowiek dobry w zetknięciu się z otaczającym złem nie napotykał przeszkody w doskonaleniu siebie. By koncentrując się na innych sam nie ulegał pokusie. Tu jako motywację odrzucenia smutku przedstawia sprawiedliwość Bożą. Impulsem do wyrwania się z tego smutku ma być wg biskupa Konstantynopola wizja męczarni , jakie spotykają grzeszników i niebieskiej nagrody dla sprawiedliwych. Dlatego świątobliwej Olimpii tak usilnie nakazuje oderwać się od smutku, a pamiętać by: <<myślała ciągle o swej walce, cierpliwości i wytrwaniu, postach, modlitwach i świętych czuwaniach, wstrzemięźliwości, jałmużnie, gościnności, różnych ciężkich i częstych pokusach>>.     

Biskup E. Dajczak do Kapłanów - Rycerzy Chrystusa Króla - dlaczego Kościoły pustoszeją ?
http://www.gloria.tv/?media=398328

Ks. Piotr Natanek Nie chciano Intronizacji - jest gender
http://www.gloria.tv/?media=557948

poniedziałek, 24 lutego 2014

Testament Ewy - eliminacja smutku część 1.

Testament Ewy - eliminacja smutku część 1.

         Co dla śp Ireny- Ewy, było ważne?  Co dla Niej, w Jej życiu było najważniejsze? Co było w centrum Jej życia chrześcijańskiego?  Takie pytania zadał Ksiądz Proboszcz rozpoczynając kazanie - homilię w czasie Mszy Świętej pogrzebowej. 
        Spróbuję i ja przybliżyć Wam skrawek duchowości Ewy opierając się na Jej przemyśleniach jakie znalazłem w napisanej przez Nią  pracy magisterskiej pod kierunkiem Ks. dra hab. Bogdana Częsza na Papieskim Wydziale Teologicznym w Poznaniu w 1988 roku, a więc przed 25 laty, noszącej tytuł:"Samowychowanie w świetle pism Świętego Jana Chryzostoma. 


        Dlaczego wracam do tak starych dziejów? Bo dzisiaj mogę powiedzieć, że przy okazji porządkowania dokumentów Ewy odkurzona z zapomnienia praca, w pewnym fragmencie okazała się być skierowana jest nieomal bezpośrednio do mnie. Nie oznacza to, że autorka podrozdziału noszącego tytuł: "Eliminacja smutku jako element samowychowania" myślała wtedy o mnie. Patrząc z perspektywy czasu należałoby przyjąć, że pozbycie się smutku po najbliższych odnosiła do własnych przeżyć. 


        Ewa wśród licznych doświadczeń życiowych, jakie nawiedzają osobę bogobojną, doświadczała podobnie jak wielu bogobojnych współczesnych katolików oraz  jak Św. Jan Chryzostom głębokiego smutku spowodowanego tym, co złego dzieje się w Kościele Bożym. Jak sobie radzić z takim smutkiem poświęcę oddzielną, drugą część testamentu.     

         Dzisiaj natomiast zajmę się  drugim wyróżnionym w pracy magisterskiej przez Ewę "rodzajem smutku, z którym walkę nakazuje Chryzostom i to walkę, w której zwycięstwo może być wielce skuteczne dla procesu samowychowania. Jest (nim) smutek spowodowany rozłąką z osobą, z którą jest się związanym uczuciowo, a szczególnie wówczas, gdy ta więź dotyczy sfery wewnętrznej - duchowej, gdy jest to więź z przewodnikiem ukierunkowującym pracę nad własnym charakterem, nad doskonaleniem się.
        Takim przewodnikiem duchowym przez wszystkie lata małżeństwa była dla mnie żona. Czy i ja byłem dla niej przewodnikiem - nie wiem? Nigdy mi tego nie wyjawiła, ale i ja podobnie jak Ona, nigdy Jej nie wspominałem o Jej duchowym przewodnictwie w stosunku do mojej osoby. Najbardziej prawdopodobna wydaje się teza, że nawzajem prowadziliśmy siebie  przez życie do świętości.

         W jak znacznym stopniu smutek ten może ogarnąć człowieka i jak trudnym może być do pokonania może (zdaniem Ewy - mój dopisek) świadczyć przypadek Św. Pawła, na który powołuje się Złotousty poruszając ten problem. To nawiązanie do św. Pawła, który mając przygotowany podatny grunt do głoszenia w Troadzie ewangelii, zaniechał tego , by zaspokoić swoje pragnienie spotkania się z przyjacielem, albowiem do niego, tj. do przyjaciela - Tytusa bardzo tęsknił. Uświadamia to nam jak wielki może być smutek spowodowany rozstaniem i jak trudno ten smutek przezwyciężyć. 
          Pisze dalej Ewa cytując Chryzostoma: << Kochającym bowiem nie wystarczy zjednoczenie w duchu - nie wystarczy to dla ich szczęścia - lecz pragną także fizycznej obecności, a jeśli jej brakuje, odjęta jest im niemała część radości>>. 
          Od momentu pogrzebu doświadczam tego fizycznie nieomal każdego dnia, a otoczenie zdaje się mówić "zostawcie go w spokoju" pocieszając "to trzeba przeżyć".
 
         Nie jest więc łatwą rzeczą przezwyciężenie smutku spowodowanego rozłąką. Gdy się to uda, można mieć świadomość wielkiego zwycięstwa odniesionego nad samym sobą. Każde zaś zwycięstwo nad sobą, nad swoją słabością jest kolejnym krokiem na drodze doskonalenia się Takie właśnie doskonalenie - ciągłe i systematyczne winno być drogą chrześcijanina. Słusznie, wypowiadając się na temat eliminacji smutku spowodowanego tęsknotą mówi nasz Ojciec (Jan Chryzostom Złotousty - mój dopisek), że:<< im  większy wysiłek, tym wspanialszy wieniec, tym większa nagroda>>.

          Pytali mnie wczoraj synowa z synem dlaczego Mama, taka obrotna, taka dociekliwa, potrafiąca wszystkim wszystko załatwić, cierpiąca niewątpliwie jako pełna sierota od trzeciego roku życia dotkliwy smutek, nie szukała po śmierci swojej mamy efektywnie swego ojca. Dlaczego u dziadków - prawnych opiekunów, ani u nas w domu, nigdzie nie ma żadnych śladów Jej poszukiwań? Wczoraj mogłem im tylko potwierdzić, że gdy ją poznałem bardzo cierpiała z powodu sieroctwa. Z czasem, będąc ojcem, a od początku będąc dla Niej najpierw narzeczonym a potem mężem, starałem się być dla Niej nie tylko mężem ale jednocześnie pełnić funkcję ojca. Na ile moje zachowanie wpłynęło na przezwyciężenie u Niej smutku, a na ile Jej własne samowychowanie, o którym tak pięknie pisała przed 25 laty wpłynęło na zwycięstwo Jej nad sierocym smutkiem, trudno powiedzieć. Fakt, że odchodząc z tego świata odchodziła, jak to określił Św. Jan Chryzostom, po wielkim wysiłku, z  mnóstwem wspaniałych wieńców, po wspaniałą nagrodę w niebie.  
          Złotousty uważa, - pisze dalej Ewa - że nadmierny smutek zawsze powoduje osłabienie czujności, dając tym samym łatwiejszy dostęp pokusom szatańskim. Jest też wg. niego zmniejszaniem odporności w walce ze złem, stąd należy się go skrupulatnie wystrzegać.
          I cóż mi wdowcowi pozostaje napisać mając tak precyzyjnie napisany testament Ewy. Pozostaje mi tylko cieszyć się i samodoskonalić wg. wskazań Św. Jana Chryzostoma Złotoustego 
(ur. około 350  zm. w  407 roku) - popartego życiem i śmiercią żony.

sobota, 22 lutego 2014

Msza święta pogrzebowa


Dzisiaj mijają równo cztery tygodnie, gdy 25 stycznia 2014 roku, przy ołtarzu stanęło pięciu kapłanów, by celebrować Mszę Świętą pogrzebową nad ciałem zmarłej Ireny- Ewy mojej małżonki, w Jej parafialnym kościele p.w. Świętego Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny w Baranowie.

Mszy Świętej przewodniczył najbliższy kuzyn zmarłej Ksiądz Piotr Kłosowski, a współkoncelebransami byli Ksiądz prof.dr hab. Bogdan Poniży - ówczesny Kierownik Studium Zaocznego Papieskiego Wydziału Teologicznego w Poznaniu, którą to uczelnię w 1988 roku skończyła Ewa,  Ksiądz kan. Andrzej Strugarek - miejscowy proboszcz, Ksiądz kan. Zbigniew Tokłowicz - rezydent i Ksiądz dr Piotr Rossa - mój najbliższy kuzyn.

Czytanie należało do Pawła, oprawa muzyczna (psalm) poprowadził
Kuba, a modlitwę wiernych przygotowali Emilka, Michał i Jasio.
Ks. Piotr: ...Módlmy się z ufnością błagając:
Jasio: Módlmy  sięaby Kościół Święty i Jego Pasterze nie ustawali w głoszeniu całemu światu, że śmierć jest tylko przejściem z życia do życia. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas Panie.
Módlmy się za znajdujących się w trudnościach życiowych, aby z wielką ufnością oddali swoje życie w ręce Miłosiernego Ojca. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas Panie.
Emilia: Dziękujemy za wiele dobra, które przyniosła w rodzinie i otoczeniu choroba naszej Babci i prosimy Cię Boże, aby ta śmierć przyniosła dalsze owoce. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas Panie.
Módlmy się za naszą zmarłą Babcię, aby jak najszybciej mogła się cieszyć życiem wiecznym z wielką wiarą pokładanych w Panu nadziei. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas Panie.
Michał: Módlmy się za zmarłych z naszych rodzin, by  Dobry Bóg wynagrodził ich trudy ziemskiego życia. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas Panie.
Módlmy się za nas samych , a w szczególności za osoby, które opiekowały się naszą Babcią. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas Panie.
Ksiądz Piotr: Boże Wszechmogący, który znasz nasze myśli zanim się narodzą w naszych sercach daj wszystkim, którzy dziś potrzebują Twojej opieki odczuć swoją miłość i wysłuchaj nas przez Chrystusa Pana naszego. Amen! 
 
We Mszy Świętej jak i w pogrzebie na cmentarzu cioci "Zdradowej", harcerce i instruktorce z powołania oraz matce trzech czternastaków,  uczestniczył poczet sztandarowy "Błękitnej Czternastki ".

Homilię wygłosił miejscowy proboszcz,  Ksiądz Andrzej Strugarek poprzedzając ją bardzo ciepłym słowem od serca, które odtwarzam na podstawie nagrania:

        Co dla śp Ireny- Ewy, w naszej wspólnocie parafialnej  bardziej była znana jako Ewa, było ważne?  Co (dla Niej w Jej życiu) było bardzo ważne? Co było w centrum w Jej życiu chrześcijańskim, o czym wiele razy mówił błogosławiony Jan Paweł II?
        Z racji tej, że emocjonalnie jestem związany ze zmarłą, bowiem znaliśmy się: z Nią, z jej mężem i synami od 1983 roku, a więc bardzo dawno temu,  kiedy to bylem diakonem na pieszej (poznańskiej) pielgrzymce na Jasną Górę.
        Gdy po latach (będąc już księdzem) trafiłem tu, do baranowskiej wspólnoty, mianowany dekretem Biskupa Ordynariusza proboszczem, to pierwszą rodziną, którą odwiedziłem z pytaniami dotyczącymi nowej wspólnoty, która powstała w 1997 roku, była rodzina Zygarłowskich.
       Większość wie, że Ewa była zaangażowana w życie parafii. Miała wyższe wykształcenie. Po skończeniu Papieskiego Wydziału Teologicznego w Poznaniu uzyskała tytuł magistra teologii, a obecny tu Ksiądz Profesor Bogdan Poniży był między innymi Jej wykładowcą. Prowadziła razem z mężem bibliotekę w parafii przeźmierowskiej. A jak u nas powstała parafia przez ileś lat należała do parafialnego zespołu Caritas, a potem z zaangażowaniem, aktywnie i pięknie prowadziła kronikę parafialną, co było dla mnie ogromną ulgą, do czasu, gdy zaczęła poważnie chorować.
       Dlatego pozwolę (sobie) dzisiejszą homilię przedstawić z pomocą tekstu (który odczytam), ponieważ emocjonalnie jestem z Ewą związany, a chciałem powiedzieć to, co miałem w sercu, a co spokojnie w domu przygotowałem. 


Poniżej udostępniona przez Ks. Proboszcza treść homilii:

Siostry i Bracia! Każdej i każdemu z was mówię i przypominam dzisiaj, że Bóg cię kocha miłością jedyną, odwieczną, wspaniałą, nieskończoną i na twoim sercu położył pieczęć miłości. Dał ci swojego Syna. Nie oszczędził Go, nawet w obliczu śmierci, ale wydał Go na tę śmierć, byś mógł mieć życie, szczęście, byś mógł żyć wiecznie. To dzięki Synowi ona (Irena -Ewa ) i my możemy żyć wiecznie.

Kiedy zatem stajemy przy ciele Ewy - Ireny, gdy dokucza nam ból po stracie ukochanej osoby, gdy przygniata nas brzemię rozłąki, wydaje się, że nic nas nie może pocieszyć. Ale jak na początku wspomniałem jesteśmy ludźmi nadziei, nadziei chrześcijańskiej. Tej nadziei szukamy w Bogu.  

Za św. Piotrem możemy powiedzieć: "Pójdź do Jezusa" i zapytaj Go: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego (J6,68)”. Zbliżając się do Zbawiciela, wyrażamy nasze zaufanie. Innymi słowami mówimy:

 „W Tobie Jezu jest nasza przeszłość, nasza teraźniejszość i nasza wieczność. 
Tu Ksiądz Andrzej wypuścił kawałek pisanego tekstu, który  brzmiał:
Tylko w Tobie, Synu Boży, jest nasze zbawienie”. To dzięki Tobie Zbawicielu świata „także my jesteśmy”(1Kor 8,6). Ty jesteś zmartwychwstaniem i życiem (J 11,25).
Prawdą jest, że:
„Mocna jest śmierć, albowiem potrafi pozbawić nas daru życia.
Mocna jest miłość, bo potrafi przywrócić nam lepsze życie.
Mocna jest śmierć, albowiem potrafi odrzeć z ciała.
Mocna jest miłość, bo potrafi odebrać łup śmierci i nam go oddać.
Mocna jest śmierć; nikt z ludzi nie zdoła się jej oprzeć.
Mocna jest miłość, umie pokonać śmierć, złamać jej oścień, uśmierzyć zapędy, unicestwić zwycięstwo.

- mówiąc dalej:
"Mocna jak śmierć jest miłość, bo śmiercią śmierci jest miłość Chrystusowa.


Dlatego Chrystus powiada: Śmierci, Jam twoją śmiercią; twą zagładą jestem Ja, o otchłani. Także i nasza miłość względem Chrystusa jest mocna jak śmierć, bo sama jest jakby śmiercią niweczącą dawne życie, usuwającą wady, oddalającą czyny śmierci” (Baldwin, bp kantuaryjski, Traktat 10, „Mocna jak śmierć jest miłość”).

 „Pan przyjął na siebie śmierć, aby ustał grzech, by jednak na skutek śmierci natura nie ulegała unicestwieniu, udzielił daru zmartwychwstania. W ten sposób przez śmierć grzech został usunięty, a przez zmartwychwstanie natura zachowała istnienie. Tak więc śmierć jest przejściem, które obowiązuje wszystkich” - tak mówił św. Ambroży.

W jakimś stopniu każdy z nas wobec Boga jest marnotrawnym synem. I tak, jak marnotrawny syn z przypowieści, tak i my, nie tylko roztrwoniliśmy część majątku – Bożej łaski, które otrzymaliśmy od Ojca – ale swoimi grzechami, swoim postępowaniem, sprawiliśmy Mu ból, zraniliśmy i obraziliśmy Boga i wspólnotę z którą się utożsamiamy czyli Kościół.

Tu Ksiądz Andrzej zaniechał czytania dalszego tekstu, który miał przygotowany i zakończył homilię zdaniem: Ewa starała się realizować (miłość) w swoim życiu i tą miłością promieniowała.




       A Ojciec nie czeka na wyjaśnienia, nie żąda przeprosin. Kiedy tylko zobaczy syna, pierwszy wychodzi na spotkanie i wyciąga ku niemu swe ręce. Tuli do serca, bo go kocha. I choć milczą usta, przemawia serce: „Bo góry mogą ustąpić(…)ale miłość moja nie odstąpi od ciebie (Iż 54,10).
        Teraz najmilsi posłuchajmy św. Pawła, który w pierwszym liście do Tesaloniczan tak pisze: „Nie przeznaczył nas Bóg, abyśmy zasłużyli na gniew, ale na osiągnięcie zbawienia, przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który za nas umarł, abyśmy z Nim żyli” (1Tes 5,9-10). Posłuchajmy też samego Jezusa, którego słowa zapisał św. Łukasz: „Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych, bo wszyscy żyją dla Niego (Łk 20,38).
           Zatem dobrego Boga prosimy, by naszej zmarłej siostrze Ewie-Irenie okazał swoje miłosierdzie, które jest „nieodzownym wymiarem miłości, jest jakby drugim jej imieniem” (bł.Jan Paweł II).
           Ukochani, nasza ś.p. zmarła Ewa-Irena odeszła do wieczności zaopatrzona sakramentami świętymi, Przez ofiarę Mszy św. podziękujmy Panu Bogu za naszą siostrę i jej życie, a Komunia św., którą przyjmiemy w jej intencji, niech będzie dla niej wsparciem.

środa, 19 lutego 2014

Chcę uklęknąć - prośba Jana Pawła II

Gdy przed tygodniem, w związku z filmem Jack Strong o płk.Ryszardzie Kuklińskim  wypłynęła sprawa przecieku informacji z bezpośredniego otoczenia Papieża Jana Pawła II do PRL - owskiej  Służby Bezpieczeństwa Ksiądz Tadeusz Isakowicz Zaleski na swoim blogu tak wyjaśnił tę sprawę:

http://isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=9013


Gdy na wczorajszym (18 lutego) spotkaniu autorskim w Pałacu Górków w Szamotułach, w sprawie ludobójstwa na Wołyniu i wydarzeń na Majdanie  poruszono jako ostatnią tę sprawę, Ksiądz Tadeusz Isakowicz -Zaleski uchylił się od odpowiedzi, mając w gronie słuchaczy Szacowną Kapitułę Szamotulską i dodatkowo jeszcze tego samego wieczoru wystąpienie w TVN-24, na które się spieszył. Ciekawskich odesłał do swoich książek, a konkretnie do ostatniej nowości "Personalik subiektywny" i wydanej w 2007 roku pracy "Księża wobec bezpieki".


Gdy przed spotkaniem podszedłem do Księdza Tadeusza z moim egzemplarzem  książki "Księża wobec bezpieki" chciał mi ją od razu podpisać. Moment Księże - mówię do Niego. Proszę mi najpierw powiedzieć: gdzie u Księdza znajdę zeznanie świadka, mówiące o prośbie Papieża Jana Pawła II: "chcę uklęknąć" jadącego odkrytą platformą skierowane do (no właśnie nie wiem do kogo?), by wreszcie  po ponawianej prośbie "chcę uklęknąć", a za trzecim razem już zdecydowanym donośnym papieskim głosem wypowiedzianym  w chwili, gdy platforma znalazła się przed kościołem redemptorystów "chcę uklęknąć" klęknął na moment, a wstawszy powiedział "przecież tu jest Najświętszy Sakrament".
        Jakież było moje rozczarowanie jak Ksiądz Tadeusz Isakowicz Zaleski stwierdził kategorycznie: "w żadnej z moich książek nie ma opisu podobnej sceny". 
       To, że ja nie mogłem jej znaleźć - mogło się zdarzyć, ale skoro sam autor wykluczył, opisanie takiego zdarzenia? Przecież moja wyobraźnia, nie wymyśliła chyba tego? Czyżbym przeczytał to, co sam wymyśliłem? - spekulowałem przez całe szamotulskie spotkanie, puściwszy wodze spiskowej fantazji:

      Jedzie Papież przykładowo ulicami  Warszawy, błogosławiąc tłumy ludzi stojące po obu stronach trasy. Z Papieżem na platformie jadą bezpośrednio przy nim dwie, może trzy osoby. Ochroniarze biegną po obu stronach platformy, a czterech rosłych panów w czarnych garniturach z oczyma skierowanymi w tłum stoi w narożnikach jadącej platformy. Gdy odkryta platforma mija stojące przy trasie kościoły, a stojący obok Papierza ludzie kościoła nie reagują w żaden sposób na mijane świątynie, Papież delikatnie zwraca im uwagę, że na moment chciałby uklęknąć. Gdy napomnienie Papieża nie odnosi skutku i papieska świta nie przyklęka, a jeden z papieskich sekretarzy tłumaczy Ojcu Świętemu, że to niebezpieczne tak w czasie jazdy klękać na chwiejącej się nieco platformie, Jan Paweł II nie wytrzymuje i po raz trzeci tonem nie znoszącym sprzeciwu mówi: "Chcę uklęknąć! Proszę!". Po czym klęka sam, a potem wyjaśnia "Przecież tu jest Najświętszy Sakrament". O całym tym zajściu jedna z obecnych osób zdaje relację "ku pokrzepieniu serc", a ja widzę oczyma wyobraźni klęczącą świetlistą postać świętego Jana Pawła II przy poręczy z napisem TOTUS  TUUS przed Pomnikiem Bożego Miłosierdzia.

A jaka była prawda? Prawdę znalazłem po powrocie z Szamotuł do Baranowa w Gościu Niedzielnym nr 13 z 3 kwietnia 2011 roku w wywiadzie udzielonym przez Księdza Konrada Krajewskiego, księdzu Tomaszowi Jakulewiczowi  oto ona : za
http://jpdwa.blogspot.com/2011/03/gosc-niedzielny-majestat-w-pokorze.html
      "Ostatnie Boże Ciało w 2004 było przejmujące. Ojciec Święty koniecznie chciał uklęknąć. Powiedział do mnie: „Chciałbym uklęknąć". Ja mówię: „Ojcze Święty, ale ten samochód bardzo trzęsie..." (bo jechaliśmy na aucie-platformie). Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ojciec Święty: „Aha". Ale za chwilę znowu: „Chcę uklęknąć". Ja: „To może na wysokości redemptorystów". Koło redemptorystów papież zwrócił się jeszcze raz stanowczo, troszkę podenerwowany: „Tam jest Najświętszy Sakrament". Wtedy razem z abp. Marinim pomogliśmy mu uklęknąć. Ale dosłownie na parę sekund. Jak tylko uklęknął, wiedział, że musi zaraz wstać, bo kolana nie wytrzymywały. To było wielkie cierpienie. On wiedział, że wnętrze musi być wyrażone na zewnątrz. A to już było prawie niemożliwe. Ale tym wysiłkiem, aby podporządkować sobie ciało, które już nie odpowiadało jego potrzebom ducha, on nas ujmował... W tym był piękny..."

Sam Ks prałat Konrad Krajewski w innym miejscu mówi znacznie szerzej o tym wydarzeniu:

cytuję za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THO/jp2_krajewski_totus.html
          "Wspominam ostatnią procesję Bożego Ciała, której przewodniczył Jan Paweł II, a właściwie tylko jeden z momentów tej celebracji.
          Papież już nie chodził. Wraz z abpem Marinim pomogliśmy Ojcu Świętemu zająć miejsce na platformie specjalnie przygotowanego samochodu. Na klęczniku, w monstrancji, znajdował się Najświętszy Sakrament. Ruszyliśmy ulicą Merulana w kierunku bazyliki Matki Boskiej Większej. W pewnym momencie Papież opuścił rękę i dał znak, by się zbliżyć. Powiedział po polsku: chciałbym uklęknąć. Byłem tak zaskoczony tą prośbą, że zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zdawałem sobie sprawę, że jest to fizycznie niemożliwe. Z wielką delikatnością i drżącym głosem mówiłem, że samochód bardzo trzęsie i będzie trudno uklęknąć. W odpowiedzi usłyszałem dobrze mi znane: hm... Jednak kiedy byliśmy na wysokości Uniwersytetu Antonianum, Papież powtórzył jeszcze raz: chcę uklęknąć. Nieśmiało i z wielką trudnością powiedziałem, że lepiej jeszcze trochę poczekać, że może jak będziemy bliżej bazyliki. I znów pojawiło się znajome: hm...
           Ojciec Święty zwracał się na ogół do abpa Mariniego, byłem więc tym bardziej zaskoczony, że do mnie kierował tę prośbę. Kiedy byliśmy już na wysokości kościoła redemptorystów, powiedział stanowczo i głośno, tak by zrozumiał nawet ksiądz z miasta Łodzi: tu jest Chrystus! Proszę! Nie odważyłem się już sprzeciwić. Abp Marini domyślił się, o co chodzi. Znał przecież Papieża od ponad 20. lat. Spojrzeliśmy na siebie i bez słowa zaczęliśmy pomagać Ojcu Świętemu uklęknąć. Z wielkim trudem oburącz trzymał się klęcznika, na którym stała monstrancja. Trwało to tylko kilkanaście sekund, choć wydawało mi się, że cały wiek. Musiał natychmiast z powrotem usiąść, bo kolana nie były już w stanie utrzymać ciała w pokornym skłonie. Ojciec Święty był w stroju liturgicznym, w długiej kapie, co było dodatkowym utrudnieniem — zarówno dla Papieża, jak i dla nas.
          Uczestniczyliśmy z mistrzem celebracji papieskich w wielkim świadectwie wiary. Choć ciało było już słabe, a cierpienie nie do zniesienia, to jednak wiara pozostawała silna i zawsze gotowa do składania świadectwa. Na nic perswazje, że taki gest jest już niemożliwy i nawet ryzykowny. Kiedy jest się przed Bogiem, trzeba zawsze być pokornym. I nawet kiedy ciało odmawia już posłuszeństwa, powinno razem z sercem taką właśnie postawę wyrażać".

poniedziałek, 17 lutego 2014

Wołyń, Lusowo i Ks. Tadeusz Isakiewicz - Zaleski

       Na blogu Księdza Isakowicza - Zaleskiego znalazłem zaproszenie na otwarcie wystawy "Wołyń 1943, wołają z grobów, których nie ma" . W niedzielę 16 lutego z zaproszenia skorzystałem i nie żałuję. Organizatorami wystawy okazało się Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie, Towarzystwo Pamięci Gen. Józefa Dowbora Muśnickiego oraz Świebodziński Związek Kresowian. 



 
      Po otwarciu wystawy w budynku muzeum i obejrzeniu filmu dokumentalnego "Zapomnij o kresach" Piotra Szelągowskiego odbyła się prelekcja Księdza Tadeusza Isakowicza - Zaleskiego o obecnej sytuacji ws. uznania ludobójstwa na Wołyniu, a po niej spotkanie autorskie które "zakończyło się" na Majdanie.

      Wydarzenia z Wołynia z lat 1943-1944, w ogólnej świadomości mieszkańców Wielkopolski są faktem niestety mało znanym. Nie sprzyjały temu ani odległość ani czas. Niemniej jednak, nie wolno o tym co się na Wołyniu stało, zapomnieć, i w każdy możliwy sposób należy tę pamięć podtrzymać. 

       Nie wystarczy, tak jak Ewa ze mną, wybrać się na wycieczkę samochodową na tydzień prywatnie na Ukrainę by poznać prawdę. Było lato 2000 roku, Ukraina po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku, od dziewięciu lat była wolnym państwem. Mieszkaliśmy w domu, którego mieszkańcy rozmawiali tylko po polsku, a nasz samochód z polskimi tablicami rejestracjami parkował ze wzgl. bezpieczeństwa naprzeciwko wilii pierwszego prezydenta powojennej Ukrainy Leonida  Kuczmy.

       W 2002 roku wybory parlamentarne wygrywa ugrupowanie Wiktora Juszczenki, który po "pomarańczowej rewolucji" w 2005 roku, zostaje na dwa lata prezydentem, zaś premierem Wiktor Janukowicz. W wyniku konfliktu między prezydentem i premierem na czele rządu staje Julia Tymoszenko. W 2008 kolejny kryzys polityczny. W wyborach 2010 zwycięża obecny prezydent Wiktor Janukowicz, a rząd Julii Tymoszenko poddaje się do dymisji. 


         Od ubiegłego roku mamy kolejny kryzys i próby przejęcia władzy przez ugrupowania prawicowe nawiązujące wyraźnie do antyrosyjskiego nacjonalizmu ukraińskiego, do programu Stefana Bandery.     
        W polskich prawicowych środowiskach podkreślił, w swoim wystąpieniu dotyczącym Majdanu, Ksiądz Isakowicz - Zalewski zdaje się przeważać stanowisko, że wróg mojego wroga to mój przyjaciel nawet, jak to jest złodziej, jest postawą z gruntu złą. W ten sposób pamięć i prawda staje się przedmiotem handlu. Nie można jednego diabła zastępować innym diabłem. 

       Wg. oceny Księdza Isakowicza - Zaleskiego Ukraina wcześniej czy później prawdopodobnie się rozpadnie, gdyż zwycięzcy obecnego przesilenia, podobnie jak niedawno Juszczenko i Tymoszenko, skoczą sobie do gardeł. Porównując obecny Majdan z okresem Solidarności stwierdził, że komuniści w Polsce strzelali, ale druga strona nie odpowiedziała wojną domową. Zwyciężyły słowa Jana Pawła II i Księdza Popiełuszki: "Zło dobrem zwyciężaj". Należy pamiętać, że my mieliśmy za Solidarności władze narzucone, a oni mają Janukowycza wybranego przez nich w wolnych legalnych wyborach. Zatem jeśli chcemy widzieć Ukrainę w strukturach Unii. to tylko w  wyborach można go zmienić, ale o tym winien zadecydować społeczny sprzeciw i kartka wyborcza, a nie rznięcie się wzajemne, w oparciu o ideologię Stefana Bandery.     
      
       Wystawa „Wołyń 1943. Wołają z grobów, których nie ma” spełnia ten podstawowy cel: podtrzymania pamięci. Zdaje się jednak, że dla Nas, Wielkopolan, ma przede wszystkim znaczenie poznawcze. Z taką myślą organizatorzy zapraszają do zwiedzenia wystawy. licząc, że dzięki niej więcej osób zda sobie sprawę z tragicznych losów, tych, którzy na Wołyniu mieszkali i ginęli – tylko dlatego, że byli Polakami.   
Wystawa w Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie dostępna jest od 16 lutego do 7 marca 2014. Polecam uwadze!

Pani Teresa Tomsia, poznańska poetka (na zdjęciu) w wolnych głosach przybliżyła zebranym spotkanie ludzi kultury obu narodów, jakie odbyło się w Krzemieńcu latem ubiegłego roku w ramach "Dialogu dwóch kultur", prezentując swój wiersz "Kapliczka w dalekim polu" mówiący o Mszy Świętej odprawionej na koniec sympozjum przy odrestaurowanej kapliczce Św. Jana Nepomucena, jedynym obiekcie jaki pozostał po zrównanej z ziemią dużej wsi zamieszkałej przez Polaków pod Równem.

Warto tu na blogu Pojednanie z całą mocą podkreślić, że dla procesu pojednania Polsko - Ukraińskiego niezbędna jest pamięć oczyszczająca, bo co się stało? Dwukrotnie nas zabito: raz siekierami, a drugi raz przez zapomnienie - Społeczny Ogólnopolski Komitet Organizacyjny Obchodów 70 rocznicy Ludobójstwa Dokonanego przez OUN- UPA na Kresach Wschodnich II RP w latach 1939-1947.

Końcowym akcentem było podpisywanie książek przez Księdza Isakowicza Zaleskiego. Dostałem autograf na Jego nowości: "Personaliku subiektywnym". Subiektywna prawda z pełną odpowiedzialnością za słowo, dająca wielobarwną mozaikę charakterów, emocji i wspomnień autora w zetknięciu się z ponad 300 aktualnie żyjącymi postaciami nie wyłączając wśród nich polityków i celebrytów.

niedziela, 16 lutego 2014

Moje ustabilizowanie Boga

      I ja stabilizuję Boga! 
Ustabilizowanie Boga to grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu. Z takim przeświadczeniem, podpowiedzianym przez anioła, obudziłem się dzisiejszego ranka. Zgrzeszyłeś Jerzy bo wczoraj i świadomie, i dobrowolnie olałeś Boga i postawiłeś ponad nim innego bożka, który zwie się "CZAS". Ja ci go darowałem, a ty, zamiast Mi choć odrobinę z tej darowanej części poświęcić, ustabilizowałeś Mnie.
      Ale konkretnie i krótko!
Konkretnie może i będzie, ale krótko nie wiem czy się da? Na pewno będzie to nieco dłużej, niż czas jakiego nie podarowałem wczoraj Bogu.
      Zacznę od wczorajszego ranka by pokazać wam kontekst. Na 8:00 rano pojechałem na Mszę Świętą do Przeźmierowa. Była z homilią - dziękuję Księże Janie. Potem na cmentarz do Ewy. Źle napisane. Jadąc na grób Ewy i Łukasza uświadomiłem sobie jasno, że nie jadę do Ewy, a jadę tylko na miejsce pochówku jej ziemskiego ciała. Krótka modlitwa nad grobem bez żadnych wzruszeń. Od chwili odejścia Ewy żyję w przeświadczeniu, że odeszła wprost do nieba, co nie wyklucza, że każdego dnia modlę się, tak jak za Jej życia, o Boże  Miłosierdzie dla nas (mając na myśl Ją i siebie) i całego świata. W drodze powrotnej zakupy w Netto, śniadanie i siadam do pisania poprzedniego wpisu o ustabilizowaniu Boga. 
      Przed 11:00 nie skończywszy pisania przerywam. Wskakuję do samochodu i punkt 11:00 zostawiwszy samochód na parkingu przed kościołem szybkim krokiem idę sprzątać kościół. Raz na dwa miesiące wypada dla mojej ulicy dyżur na sprzątanie kościoła. Tego sprzątania nie ma specjalnie zbyt dużo. Zwykle pół godziny wystarcza, jak przyjdzie kilka osób. Tuż przed wejściem do kościoła zatrzymuje mnie Ksiądz Proboszcz informując, że nie ma sprzątania, bo poprzedniego dnia wieczorem posprzątano kościół i udekorowano na dzisiejszy ślub. Na pożegnanie podajemy sobie ręce. On życzy mi sił, a ja mówię "z Panem Bogiem".
    I rzeczywiście zostawiam Proboszcza z Panem Bogiem, a sam ucieszony z darowanego mi czasu wskakuję do samochodu i przekraczając szybkość na lokalnej hopce o 50% wracam do domu, do dokończenia pisania o ustabilizowaniu Boga. O 11:47 zatwierdzam wpis nadając mu tytuł Stabilizacja Boga i Ewy.
   I na tym  należałoby zakończyć pisanie, gdyby nie dzisiejszy wyrzut sumienia:
Ja twój Bóg, słowami twego Proboszcza darowałem ci Jerzy MÓJ czas, a ty wiatrem podszyty, pisząc o ustabilizowaniu Mnie przez Ewę, zapomniałeś o MNIE ukrytym w Najświętszym Sakramencie i nie wszedłeś choć na moment do MNIE do kościoła. Byłeś przecież o kilka kroków od drzwi i nie wszedłeś do środka. Czekałem na ciebie w tabernakulum. Chciałeś poświęcić 0,5 godziny na sprzątanie kościoła, a nie pomyślałeś, że JA czekam na twoje 5 minut.
     I nie próbuj się tłumaczyć, że miałeś MNIE w sercu. Nie minęły nawet 3 godziny jak MNIE przyjąłeś w Komunii Świętej, ale JA tu przed drzwiami twojego parafialnego kościoła wystawiłem cię na próbę, wystawiłem Ks. Proboszcza by cię powitał, a ty MNIE po prostu mówiąc ludzkim językiem olałeś, ty MNIE ustabilizowałeś, ustawiłeś MNIE w kącie. Pamiętasz z Ewangelii: dziesięciu dostało, a jeden tylko wrócił by podziękować!
   Idę Boże podziękować Ci za cały czas życia na ziemi. Idę pieszo na 9:00, by cię Jezu przeprosić za te 5 minut, których Tobie wczoraj nie poświęciłem.   

sobota, 15 lutego 2014

Stabilizacja Boga i Ewy

       A cóż to takiego?
       Stabilizacja z łaciny stabilis =  ustalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska.
Stabilizacja Boga, to ustawienie sobie przez człowieka Boga jako zjawiska w takim położeniu, w stosunku do siebie, w takim stanie, jaki nam pasuje. Tak ustawić względem siebie  Boga, jak nam to wygodne. 
      Gdy Ewę w Piaskach - Marysinie woziłem na ćwiczenia rehabilitacyjne często personel używał słowa stabilizacja. Oznaczało to, że będą to ćwiczenia ustawiające Ewę do pionu. Od ustabilizowania ciała należało rozpocząć naukę chodzenia.
     Czy z Bogiem można postępować podobnie? Ustawiać Go do pionu! Ustabilizować Go! Okazuje się, że współczesny człowiek, wyposażony przez Boga w całkowicie wolną wolę, wszystko może. Zauważmy proces ustawiania Boga "do pionu" zatacza coraz to szersze kręgi i to nie tylko wśród ludu Bożego.
     Dzisiaj człowiek zdaje się być nieomylny. Zapominamy bardzo często, że jako dzieci wstępujemy do Kościoła skalani przez grach pierworodny. Przyjmując Chrzest wstępujemy nie do swojego kościoła, nie do kościoła rodziców, nie do kościoła wspólnoty parafialnej - wstępujemy do Jego Kościoła, do Kościoła Boga. On Go założył i to jest Jego Boży Kościół, a nie ludzki papieża, kardynała, biskupa, proboszcza czy też jakiejś tam wspólnoty. Tu On, Bóg, gra w Nim pierwsze skrzypce i dzięki Jego sakramentowi Chrztu Świętego znaleźliśmy się wszyscy w Jego Kościele.
Zamiast się upodabniać do Niego, my na siłę chcemy Go ustabilizować, ustawić w takiej pozycji, aby nam było z Nim wygodnie, aby nam pasiło. Dlatego nie dziwcie się, że kiedy klękasz na kolana, a jest błoto, mokro, a kapłan polski powie ci Jerzy nie szkoda ci portek, to wiedz, że on jest już zakotwiczony w tej herezji ustabilizowanego Boga. Sugerując, że wszystko co robisz dla Boga, winieneś robić z perspektywy własnej korzyści: lepiej, wygodniej ci stać, bo jak ci się portki pobrudzą będziesz je musiał dać do pralni, do czyszczenia, możesz przyjąć, że masz przed sobą ustabilizowanego kapłana. Na siłę robimy wszystko, aby Bóg się do nas upodobnił, zapominając, że to On nas stworzył na swój obraz i podobieństwo. Przeciwnie my Jego ustawiamy na swój obraz, dając Mu do zrozumienia, że nie podskoczy bez naszej zgody.
    A Jezus w orędziach mówi wyraźnie: "Jestem Bogiem tych, którzy Mnie naśladują, a nie tych, którzy mnie prześladują". Dalej Jezus wyjaśnia: "Nie ufaj tym, którzy chcą ci Boga ograniczyć. Mimo wszystko, okaż im miłość, bo i Ja okazałem miłość tym, którzy jej do Mnie nie mieli. Niech sprawiedliwość będzie moim pocałunkiem dla Ciebie".  
     Decyzje kościoła, który usuwa z centrum swoją głowę zaczynają tracić sens i przybierać formę wrogości wobec tych którzy są żyzną ziemią dla Kościoła, w których łaska może się jeszcze zakorzenić i wydać owoc. Już dzisiaj zbieramy owoce tej ukrytej w kościele herezji zwanej ustabilizowaniem Boga. Niekiedy wydaje się, że to ustawiane pod siebie Boga jest tak mocne, że żadna łaska Boga nie jest wstanie się przez tę skorupę przebić. My nie zdajemy sobie sprawy jak to daleko poszło: "Pani myśli, że jak pani zamówi Mszę Świętą w intencji intronizacji, to Chrystus tak na pani chcicę da się intronizować?" W jakiej przestrzeni ducha jesteśmy umieszczeni, słysząc takie słowa? Bóg daje odpowiedź: Ja jestem Kościołem, potem są sakramenty, dalej łaska i prawo, a dopiero później ludzie. 
        Doskonale to rozumiała przez ostatnie lata zmarła przed miesiącem Ewa. Mimo, że sama nie za bardzo mogła ustabilizować się w pionie, zdarzały się Jej upadki na twarz, czyniła próby by ustabilizować Boga. Dzisiaj patrząc z perspektywy czasu powiedziałbym, że to raczej On Chrystus Ją ustawiał do pionu, że to On Ją stabilizował. 
       Przez kilka lat przed ostatnią operacją przyjmowała Ciało Pańskie tak, jak nieomal wszyscy w parafii na stojąco i do rąk.   
       Dlaczego na stojąco? 
       Bo wszyscy stoją. 
       Dlaczego do rąk?
       Bo obawiałam się, że gdy uniosę głowę w górę, by przyjąć Komunię Św. do ust, zakręci mi się i upadnę do tyłu. 
       Ale przecież zawsze upadasz do przodu, a poza tym zaufaj Mu, a jak nie Jemu to mnie, będę cię zabezpieczał przed upadkiem - zapewniałem. 
      Nic nie pomagało. Nie pomogli nawet kapłani, którzy podawali wiernym Ciało Chrystusa tylko do ust. 
     No widzisz, nic się Tobie nie stało. Przesadzasz z tym upadaniem. Powtarzaj sobie lepiej przed Komunią Świętą "Jezu ufam Tobie", a przekonasz się, że będzie wszystko dobrze. Spróbuj tak jak ja uklęknąć. Nie będziesz sama, będzie nas dwoje. Możesz przecież uklęknąć przy balaskach zachęcałem. Będzie ci łatwiej wstać. 
        Mogąc jeszcze klękać, a to wiązałoby się z przyjęciem Boga do ust, wzbraniała się jednak przed klękaniem tak długo, aż Bóg pozbawił ją możliwości klękania. Coraz częstsze upadki do przodu, na twarz, na kolana, kończyły się zawsze szczęśliwie. Stare kości nie łamały się. Tylko kolana  były poobijane, opuchnięte i zasiniaczone. W tym stanie, choćby chciała, nie dało się na nich uklęknąć. W końcu dochodziły do normy, a próby klękania w fotelu do wieczornej modlitwy nie sprawiały już bólu. Zanim  Ewa odważyła się na nich uklęknąć w kościele, nie raz to trwało dwa, trzy tygodnie, przytrafiał się kolejny upadek, kolejne prześwietlanie kolan z werdyktem ciężkie stłuczenie.
       Jeździłem z Nią na rehabilitację kolan. Po 10 zabiegach naświetlań, zamrażań stawy kolanowe usprawniały się na tyle, że można było z powodzeniem w niedzielę uklęknąć przy balaskach. Będę zabierał dla Ciebie podkładkę pod kolana, tak jak to czyni jedna z pań u Kańciarza zachęcałem. Nie dała sobie nic powiedzieć. Wydaje się, że się wstydziła swego niedołęstwa mimo, że w parafii coraz więcej osób zaczęło klękać do Komunii Świętej. Nie, bo nie odpowiadała. Ustabilizowana jestem w swojej postawie na stojąco i do rąk mówiła mi Ewa. Nie było ze mną dyskusji na ten temat. Pewno była z Panem Bogiem. 
          Przyszła majowa operacja, a po niej już najpierw łóżko, a potem tylko wózek inwalidzki. Pan Bóg sam zadecydował: nie będzie stania, nie będzie klękania, a tylko siedzenie w wózku i to już do końca życia. Pozostawił jednak Ewie wybór: czy ma Go przyjmować do ust, czy na ręce. Gdy kapłan wyraźnie podawał jej Ciało Pańskie do ust, a tak bywało często w Marysinie, przyjmowała Go w ten sposób. Ale mając wybór póki mogła wyciągała po Niego ręce. Cóż z tego, ręce mimo rehabilitacji stawały się coraz mniej sprawne, coraz trudniej było się samemu najeść. Najpierw paraliż objął prawą rękę i wtedy Ewa wyciągała do Boga tylko lewą. A gdy i ta stawała się coraz to mniej sprawna, pozostało Ewie przyjmować Boga tylko do ust. 
      Do czasu nie było problemów. Przyjmowała Go nieomal codziennie. Jak nie w parafii, to w sąsiedniej parafii. Ostatni raz przyjęła Go do ust w mojej obecności razem z całym kościołem  na niedzielnej Mszy Świętej 5 stycznia, a w obecności tylko Kuby po Mszy Świętej w uroczystość Objawienia Pańskiego 6 stycznia. Na Mszy Świętej nie miała już sił otworzyć ust. Potem, potem przez kilka dni pozostała jej tylko Komunia Święta duchowa gdy słuchała Mszy Świętej w Radiu Maryja, bądź gdy ja słuchałem transmisji w Telewizji Internetowej ks. Piotra Natanka.
       Czy z tego wynika, że ludzkie decyzje podjęte wbrew woli Boga, nie są dla Niego obligatoryjne? Jedno jest pewne! Nie ustabilizujesz Boga względem siebie, skoro nie taka jest Jego wola.
      Bóg jest miłością i my mamy być miłością. Bóg nie doświadcza tych, których nie miłuje, których nie ukochał szczególnie. Wybraństwo niestety kosztuje. Są sytuacje, że kończy się śmiercią.
    

czwartek, 13 lutego 2014

Znak

        Nie ma dnia, aby nie pytali mnie ludzie: jak się czuję?
Odpowiadam normalnie. Brakuje mi tylko czasu. Nie wyrabiam. Tyle chciałbym jeszcze zrobić, a organizm wydaje się mniej wydolny i wszystko idzie mi jakoś tak wolno. Jutro miną cztery tygodnie od śmierci Ewy, a ja, mając teraz zdecydowanie więcej czasu, nie wziąłem się za sprzątanie. Nikt nie brudzi, nikt niczego nie roznosi może byśmy tak raz na dwa tygodnie robili sprzątanie powiedziałem do pani Anety. No jak pan uważa odpowiedziała jedząc ze mną przygotowaną paprykę nadzianą pieczarkami z cebulką, mięsem i przyprawami zapieczoną przez 12 minut w mikrofali. Może ja po prostu nie widzę brudu, jak to mi mówiła często żona, kontynuowałem rozmowę. Jeśli wszystko stoi przez tydzień na swoim miejscu, to widocznie jest porządek powiedziałem głośno i zamilkłem. 
      A kurze przypomniałem sobie dalsze słowa Ewy gdyśmy rozmawiali na ten temat. Ja już nie mam siły ścierać kurzy w całym domu, a wiem, że ty tego bardzo nie lubisz. Najgorsze są kurze, które po dwóch tygodniach nie zamiatania posadzek zbierają się w kutuny. Na takie odtwarzane z pamięci słowa Ewy nie miałem już argumentów. 
       Dzisiaj  powtórzyła je po dłuższej chwili pani Aneta, odkurzając świecznik i krasnala stojącego na telewizorze.Tam się najbardziej zbiera kurz. Ale ja przez ostatni tydzień nie miałem czasu oglądać telewizji, próbowałem nadal bronić swego stanowiska, że wystarczy po mnie sprzątać raz na dwa tygodnie. No nie, byłbym skłamał, może dwa razy włączyłem TV TRWAM, ale usnąłem na tapczanie przy jej oglądaniu. No tak, jeszcze koc leży na tapczanie rozgrzebany. Ja sprzątnę mówi pani Aneta, niech pan idzie do swojej roboty.
       Najedzony po obiedzie położyłem się na tapczanie. Włączyłem TV TRWAM, a tam "Rozmowy niedokończone" na temat pięciu pierwszych sobót miesiąca. W studio: dwóch księży, dwie panie i ksiądz prowadzący. Pierwsze piątki to dla mnie normalka, a pierwsze soboty zaliczam chodząc nieomal każdego dnia do kościoła na Mszę Świętą niejako z rozpędu. Ale nie, nie spędzam na indywidualnym rozważaniu tajemnic różańcowych co najmniej piętnastu minut. Na siłę to może sobotnie  pisanie na blogu na "święte" tematy dałoby się zaszufladkować do kategorii rozważanie, ale byłoby to naciągane choćby z tego powodu, że świadomie nie skierowane intencją duchową na to czego oczekuje Maryja dając siostrze Łucji taką oto obietnicę:
       „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone jest cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą komunię świętą, odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.

        Gdy rozmowa w studio miała się ku końcowi była gdzieś godzina 15:40, a telewizor włączyłem o 14:30 zaczęło mnie nużyć. Nie wyłączając telewizora naciągnąłem koc na głowę. Zrobiło się ciemno, a po chwili przyjemnie ciepło. Już miałem przysnąć i w tym momencie huk, hałas w pokoju. Ściągnąłem koc z głowy i w odległości 1,5 metra od głowy na posadzce widzę leżącą świeczkę. Skąd ta świeczka myślę sobie rozglądając się po pokoju. Okna zamknięte, nikt z zewnątrz jej nie wrzucił. Po chwili widzę drugą świeczkę leżącą pod komodą, i świecznik leżący pod szafką na której stoi telewizor. 

Wstaję z tapczanu, wkładam obie świeczki do świecznika i stawiam całość na telewizorze obok krasnala w miejscu, gdzie od lat stał nie ruszając się nigdy z miejsca. Źle powiedziane stawiam go obok krasnala w miejscu, gdzie normalnie zawsze stoi z cotygodniową przerwą na wytarcie kurzu na telewizorze i na jego odkurzenie. 
         Dlaczego spadł świecznik? Rozmyślałem nad tym z pół godziny, aż do programu o rybach. 
To był ZNAK. Znak dany mi przez Maryję

     Istotą tego nabożeństwa pięciu pierwszych sobót jest wynagrodzenie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. Obrażają one Boga i Jej Niepokalane Serce, są pogardą wobec Bożej miłości oraz powodem piekielnych mąk ludzi, za których umarł Jej Syn. Pragnie Ona ocalić jak najwięcej osób, dlatego przychodzi, aby ostrzec przed konsekwencjami grzechu, aby ocalić grzeszników od piekła, aby skłonić ich do nawrócenia. Maryja chce mojego zaangażowania w tę misję.

          Dlaczego pięć sobót wynagradzających? 
 Siostra Łucja tak pisze o tym, co zostało jej objawione:
„Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
1. obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
2. przeciw Jej Dziewictwu,
3. przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
4. obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
5. bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.”
        Nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca to forma pomocy grzesznikom, zaproponowana przez Maryję i Jezusa. Przez to nabożeństwo możemy przepraszać Boga i wynagradzać za grzechy obrażające Niepokalane Serce Maryi, a gdy będziemy tę modlitwę praktykować, także w naszych sercach wzrośnie miłość ku Bogu i bliźnim.