czwartek, 31 lipca 2014

1965 - Jurek, ty nie umiesz czekać



10 listopad, środa
Jak to dobrze, że istnieją takie dni jak dzisiejszy. Nie masz Ewo pojęcia jak lubię słuchać Ciebie i rozmawiać z Tobą na nasze, osobiste tematy. Gdy każdy, bez obaw odsłania siebie i pozwala drugiej osobie na wnikanie w siebie. Dziadek (ojciec Joachim Badeni) powiedział  mi przy spowiedzi: "Bądź wdzięczny". Ja sam być może nawet nie doceniam jakim skarbem dla mnie jest mój dom i jakim skarbem jesteś Ty Ewuśko. 
"Jurek ty byś chciał wszystko naraz, tak z miejsca. Nie wyobrażasz sobie ile Ona kładzie wysiłku w siebie". Często wydaje mi się, że jakoś Ciebie jeszcze nie rozumiem, nie mam Cię rozgryzionej do końca. Ciekawe że i i Ja tak sądzę - mówi Ewa. Widocznie człowiek jest o wiele bardziej skomplikowany niż się nam wydaje. Dalej Ewa mówi, że nie odczuwa zupełnie potrzeby by porozmawiać z Marianem,  co wydawało mi się zrozumiałe.( Marian to był jej dawny chłopak, z którym utrzymywała przez kilka lat kontakty w czasie gdy uczęszczała do Liceum Pedagogicznego. Z nim była na studniówce, z nim miała iść na bal maturalny, ale po dwóch tygodniach od poznania mnie, poszła ostatecznie ze mną się bawić. Byli równolatami. Będąc moją żoną nadal z Marianem utrzymywaliśmy przez kilka lat kontakty. Marian zrobił studia na Politechnice i w końcu ożenił się. Byliśmy na jego ślubie. Potem nasze kontakty urwały się, gdyż z rodziną w latach 80. tych wyjechał za pracą do Niemiec. - mój dzisiejszy dopisek).
       Podobnie Ewa stroni od kontaktów z Ks.Tadziem i siostrą Janiną. Mówi marazm, nie chce mi się. Sugeruję Jej, że to może ja jestem tą przyczyną, że może ja zastępuję w pewnym sensie Jej te osoby. Odpowiada twardo i zdecydowanie, że nie. Hm! Obiecuje, że sprawę otępienia, marazmu i dzielenia się własnymi przemyśleniami wyjaśni mi później. Jurek ty nie umiesz czekać - powtarza za Dziadkiem i przechodzi na inny temat. Posłuchaj zwraca się do mnie:
Miałam wizytację oddziału przez Kierowniczkę Przedszkola. To już kolejna wizytacja w pracy. Skarciła mnie, że wiele rzeczy robię źle. Same uwagi, z którymi nie za bardzo się zgadzam, ale nie dyskutuję. Wyuczono mnie jako specjalistkę do nauczania początkowego klasy I-III, a nie jako wychowawczynię przedszkolną. Przed wczoraj miałam nieomal pół dniową wizytację z Wydziału Oświaty. Byli nieomal dwie godziny na  przedpołudniowych zajęciach, potem na obiedzie i kładzeniu dzieci spać. Wczoraj na podsumowaniu (wcześniej wizytowali także i maluchów, i średniaków) w obecności kierowniczki i pozostałych wychowawczyń wizytatorka mówiła o mnie w samych superlatywach. Ta ocena podniosła mnie na duchu, ale poprzednia, bezpośredniej kierowniczki, gdzieś w sercu na  dnie pozostała. Mówię Jej, żeby nie obrastała w piórka, bo w papierach na SN (studia) będzie potrzebowała opinii kierowniczki. Musisz mieć kilka takich wizytacji stopnia nadrzędnego, by pozytywna opinia o Tobie się ugruntowała. (I tak też się stało. Dając swoje serce dzieciom, poparte talentami pedagogicznymi, co zostało kilkakrotnie dostrzeżone przez Wydział Oświaty, jeszcze przed urodzeniem Pawła, by Ją zatrzymać w oświacie zaproponowano ambitnej, młodej, z cztero letnim stażem wychowawczyni,  Ewie, która w międzyczasie w latach 1966-1968 ukończyła zaocznie  Studium Nauczycielskie na kierunku wychowanie przedszkolne i nauczanie początkowe, dobrze płatny etat kierowniczki wielooddziałowego dużego przedszkola w Poznaniu przy ul Świt na Os. Świerczewskiego. Tak się wtedy nazywało dzisiejsze Os. Ks. Jerzego Popiełuszki - mój dzisiejszy dopisek). 
Widząc jak przeżywa te dwie wykluczające się opinie o sobie, pytam Ją dlaczego jest taka zblazowana. Jurku nie wymagaj ode mnie z dużo. 
następny dzień 11 listopad, czwartek
Byłem u niej w domu. Czuła się żlei leżała w łóżku. Pogoda niesamowita: trzy dni temu emu było ciepło - jesień, a tu nagle dzisiaj -13 stopni, mróz. Jest w niedyspozycji. Stawiam Jej długą gadkę na temat wzajemnego zrozumienia. Trudno mi ją powtórzyć. Ewa podsumowuje: wydaje mi się, że żałujesz, że przyszedłeś, nie potrafiłam cię zadowolić. Myliła się. Nie! Nie żałowałem. Nie mogłem Jej tylko zrozumieć. Chciałem Jej całym sercem pomóc, a nie wiedziałem jak to zrobić. Opowiedziałem Jej bajkę o moście gumowym. Ja z jednej strony, ona z drugiej. Ja idę do niej, ale za każdym krokiem guma staje się cieńsza i muszę zawracać bojąc się aby się nie zerwała. Na to Ona, że bajka ta przypomniała jej stare stroje noszone na gumkach, które ciągle należało podciągać bo spódnice spadały. Mówi, że dzisiaj nie jest wstanie ze mną poważnie rozmawiać. Jestem ciekaw czy to wpływ choroby czy czegoś innego. Była na kontroli z tymi krwawieniami  u Szłabki (to lekarz ginekolog) niewiele mógł Jej powiedzieć. Zobaczymy co z tego wyniknie? Wracam do domu. Będziemy się widzieć za trzy dni. Dobranoc Ewulu. Pa! 
Po 10. dniach: 21 listopad, niedziela. 
Wczoraj byliśmy na zaległych imieninach u Eli. Nie mogę zapomnieć Staszka. Marian jest w porządku facet: "Marianku przynieś probówkę". Mariana pamiętam jeszcze jako asystenta z wykładów z chemii na 1 roku na Polibudzie.
Dzisiaj od południa jestem u Ewy. Przeglądamy wspólnie listy od Juliusza i Mariana (koledzy Ewy). Znowu powiedziałem coś głupiego. Po kolacji wchodzimy w rozmowę na temat psychologii. Dobiła mnie kompletnie. To ja mam się dokształcać w psychologii. Dla mnie, dla którego życie wydawało się takie proste mam studiować psychologię kobiet.  Nie mogę dalej pisać. Zbyt dużo wrażeń.  Wtedy przypomniała mi dwa zdarzenia  jakie miały miejsce w czasie wzajemnego całowania się: pierwsze, gdy na Jej słowa: "Będę twoją żoną" odpowiedziałem: "Nie bądź taka pewna" i drugie gdy w Jej obecności na ubawie, w trakcie okazywania sobie czułości głośno oceniałem z podziwem jakieś tam cizie. Nie mam nic na swoją obronę i poddaję się. Rejestruje wszystko. Zestawia i wychodzą z tego "cuda".
(Dzisiaj przepisując te notatki doświadczam bólu jaki jej musiałem sprawiać zachowują się w ten sposób. Nie wiem czy wtedy stać mnie było na słowa przepraszam, ale sądząc z kontekstu nawet pewno przez myśl mi nie przyszło Ją przepraszać. Dzisiaj to już tylko modlitwa mi za nią zastała i prośba o wybaczenie. Nie na darmo postulowała bym się uczył psychologii).

cd nastąpi



wtorek, 29 lipca 2014

1965 - po balu i na Świętej Górze

      Rozpoczynając przepisywanie osobistych notatek z pierwszego okresu naszego narzeczeństwa nie myślałem, że spotkają się z taką poczytnością. Powrót do własnych szczegółowych notatek, po raz pierwszy czytanych po 49 latach, okazał się dla mnie samego niesamowitym przeżyciem. Nieomal w każdym zdaniu, każdej opisanej sytuacji odkrywałem głębokie odniesienie do późniejszych naszych zachowań w bądź co bądź długim małżeństwie. Nasz 2 letni okres znajomości przedślubnej, pokolenie moich wnuków próbuje najczęściej przeżyć tzw. związkiem na próbę.  A już zupełnie jest dla nich nie do wyobrażenia, by po jednym jedynym spotkaniu z przyszłą żoną ożenić się z nią i przeżyć szczęśliwie w zgodnym miłującym się małżeństwie całe swoje życie. Takim właśnie niedoścignionym i wzorowym kochającym się małżeństwem było małżeństwo moich rodziców, w którym ja owoc ich miłości po ponad roku przyszedłem na świat. Dzisiaj, po pół roku od śmierci Ewy, z pełną odpowiedzialnością za słowo mogę zaświadczyć, że i moje małżeństwo było cudowne, szczęśliwe i po Bożemu przeżyte, bo Bóg był w nim dla każdego z nas na pierwszym miejscu, potem dopiero współmałżonek, a na końcu dzieci. Dlaczego tak było? Bo w okresie narzeczeństwa, od pierwszego dnia w którym poznaliśmy się, Boga, a zwłaszcza Jego pierwsze przykazanie stawialiśmy na pierwszym miejscu. Przepisując swoje notatki do internetu zadaję sobie jedno pytanie co jeszcze dobrego mogłem w życiu uczynić.
Dawanie siebie, obdarowywanie sobą współmałżonka to jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze coś więcej, coś ważniejszego od składania z siebie ofiary drugiej osobie. Tym czymś jest stała ale niedostrzegalna troska o wieczne  zbawienie współmałżonka i to nie tylko troska w godzinie śmierci, ale troska na co dzień i przez całe życie. Takie podejście do życia  sprawiało, że dla każdego z nas nie narzeczona, nie narzeczony, nie współmałżonek, nie dzieci były najważniejsze, a sam Jezus Chrystus. Taka postawa pozwalała przyjmować nam obojgu radośnie nie tylko wszelkie dary, ale i najcięższe cierpienia łącznie z oddaniem życia i  traktować je jako łaskę daną od Boga. Bo jak mówimy wszystko przez Chrystusa, w Chrystusie i z Chrystusem.
A teraz moje notatki z kolejnych dwóch dni.
 
2 październik sobota  
Jesteśmy oboje na balu absolutoryjnym. Ale się pięknie złożyło wczoraj ostatni egzamin, a dzisiaj bal podsumowujący całość. Mimo, że sami się pięknie bawimy, otoczenie nie jest zachwycające. Koledzy dużo piją, a ja się nadal czuję harcerzem. Do domu wracamy zmęczeni. Tuleniu się do siebie i pocałunkom nie było końca. W nocy Ewa dostała kolejną miesiączkę. Coś czuję, że będą z tymi krwawieniami ciągłe kłopoty.
3 październik, niedziela 
Na Mszy Świętej jesteśmy oboje u Jana Kantego. Mszę Św. odprawia jeden z wikarych Ks. Marian. We wcześniejszych rozmowach Ewa blisko związana z parafią nie miała o nim dobrego zdania. Obserwuję go przy celebracji nie mogąc się skupić na Bezkrwawej Ofierze. Miała Ewa zupełną rację. Babiarz! ( po roku, czy po dwóch rzucił sutannę - mój dzisiejszy dopisek).
Po południu idziemy na imieniny do Teresy (za męża Kubiak, to jedna z moich (potem naszych) miłych koleżanek, nasza znajomość z okresu Duszpasterstwa Akademickiego u oo. Dominikanów, po skończeniu studiów  lek. dentysta z Wrześni pisywaliśmy do siebie na święta życzenia aż do Jej śmierci w 2008 roku - mój obecny dopisek).
Do domu, do Ewy z Jeżyc z Cienistej wracamy pieszo, po drodze wspominając stare dzieje, nasz pierwszy pocałunek z Sokola, sprzed 2,5 miesiąca i jasne postawienie przez Ewę sprawy od początku: "Dlaczego to zrobiłeś? Jeśli z miłości - dobrze, jeśli to namiętność - zostaw, odejdź ode mnie. Pamiętaj - zasada pozostaje na zawsze taka sama" (przez całe życie starałem się nie naruszyć tej generalnej, wypowiedzianej jasno przy pierwszym pocałunku zasady i bardzo dobrze na tym, patrząc z pół wiecznej perspektywy czasu, wychodziłem - mój dzisiejszy dopisek). 
      Przyjaciel Sławek radził mi, abym za szybko nie mówił Ewie, że ją kocham, a tym bardziej obiecał, że się z nią ożenię. Praktycznie powiedzieliśmy to sobie już dawno. Ani nie wiadomo kiedyśmy to uczynili. Czy publicznie przed Ks. Tadziem, czy przy pierwszym pocałunku, czy może jeszcze wcześniej po 12 dniach znajomości, gdy mnie w Chmielnie na Kaszubach Robert (Mielewczyk - drużynowy Drużyny Akademickiej przy UAM - mój obecny dopisek) spytał: "A wy się tak k'sobie macie? na co moja zakłopotana mina była jakąś tam odpowiedzią, co najmniej nie przeczącą i tak została przez Ewę odebrana. Poszło to wszystko tak jakoś gładko. "Nie myślałam, że ktoś może mnie pokochać? Nie mogę w to uwierzyć? Kompleks? Niewiara w siebie? Skromność? Widziała siebie, jako nieślubną zrodzoną z gwałtu wojenną sierotę, gorszą od innych dziewczyn, niezdolną do prawdziwej miłości, do tego, aby ją ktoś kochał, aby Ona mogła kochać, mieć własne dzieci, mieć dom, rodzinne ciepło i miłość.
       Sokole to było pierwsze powiedzenie sobie i jej, że ją kocham. Klapa (co za dziwne powiedzonko - mój dzisiejszy dopisek), która tak znienacka zapadła. Dalsze rozmowy tylko uściślały ten krąg miłości. Późniejszy wspólny spływ z Dziadkiem (o Joachimem Badenim - to ten dominikanin, który skutecznie i na trwale wiązał przysięgą małżeńską nie tylko w Poznaniu wiele małżeństw studenckich) ugruntował we mnie to uczucie. 
      Ewa, gdy się teraz ze mną umawia na mieście, czy też wychodzi do mnie z domu, mówi o tym wprost babci, że idzie na spotkanie ze mną. I to się babci bardzo podoba, że nie kręci i nie kłamie. Jej też, jak mówi o wszystkim babci, jest jak mi się zwierzyła, dużo przyjemniej i lżej, gdy nie musi kłamać czy też dawać wymijających odpowiedzi. 
      Rozmawiamy na wszystkie możliwe tematy. Nigdy, jak mi mówi, z żadną kumpelą nie gadała na takie tematy jak ze mną. A ja coraz bardziej się przekonuję, że trafiłem na właściwą kobietę. Nie wszystko mi się w niej jeszcze widzi, ale powoli to się zmienia. Zupełnie inna dziewczyna jest z niej teraz. Przecudna jest w swej dziecięcej wprost naiwności, którą stara się maskować rozhukanym niewyparzonym językiem, ale ten niewyparzony język (powiedziałbym dzisiaj uliczny język, ale bez przekleństw - mój dzisiejszy dopisek)  po woli zanika i to coraz bardziej. Tu widzę coraz wyraźniej swój wpływ na nią. Zmieniła się kolosalnie. Z głupiutkiego kokietującego trzpiota staje się powoli kobietą. Mogłaby trochę więcej dbać o linię (w przedszkolu pani wychowawczyni miała podkładane do jedzenia przez pomoc kuchenną najlepsze kęsy i bez ograniczeń - mój dzisiejszy dopisek). Z pracą w przedszkolu daje sobie wyśmienicie radę. (pytają mnie znajomi, dlaczego po skończeniu liceum pedagogicznego nie poszła tak jak wszystkie jej koleżanki uczyć do szkoły, tylko jako jedyna wybrała przedszkole - nie wiem - mogę tylko powiedzieć, że do końca życia szalenie lubiła małe dzieci. Gdy już będąc w chorobie nic nie mogło jej "rozruszać", maleńka Martusia, dzisiejsza solenizantka sprawiała Jej ogromną radość. Prawdopodobnie Martusia była jedyną osobą znajdującą się w jadalni w chwili, gdy Ewa krótko przed śmiercią spadła z wózka na twarz dostając na koniec życia wstrząsu mózgu, który stał się bezpośrednią przyczyną dotkliwego potłuczenia, paraliżu i w końcu zgonu).  

Teraz następuje w notatkach sprzed lat miesięczna przerwa. Kolejny wpis nosi datę  6 listopad. Jest to pisana na żywo relacja z dwu (trzy dniowych) rekolekcji w Gostyniu na Świętej Górze. 
Relację tą wplotłem w mój wpis na blogu pt. Myrna Nazzur i Ewa na Świętej Górze w Gostyniu z 23 czerwca 2014 roku. Cały ten wpis wskazuje jak bardzo nasze "dziś" łączy się  w Bogu z naszym "wczoraj", choćby to wczoraj było pół wieku wcześniej. Relację z rekolekcji (bez uwag) przytaczam poniżej w całości, dla zachowania porządku hronologicznego. 

6 listopad, sobota
       Wczoraj i dzisiaj odbyłem dni skupienia w Gostyniu, na Świętej Górze przed cudownym obrazem Matki Boskiej Świętogórskiej.  Była na nich także Ewa i moja siostra. Podniosło mnie to na duchu, lecz Ewa dużo popsuła. 

Czemu Ona mi dokucza? 
Może nieświadomie. 
Gdy się Jej sprzeciwiałem (takie chłopskie zaloty), to powiedziała mi "odwal się". 
Bezpośrednie. 
Ale zabolało! 
Smutno mi z tego powodu. 
Kocham Ją, ale zdarzyła mi się pierwszy raz chwila usłyszawszy to "odwal się", gdy stwierdziłem, że mam jej dosyć. 
Straszne! 
I to dzisiaj, gdy pojednałem się z Bogiem, gdy modliłem się za Nią, za nas. 
Z niektórych moich słów nic sobie nie robi. Tak ją proszę by o siebie zadbała. Więcej, pragnę Jej dobra. W stosunku do innych babek jest słaba fizycznie. Gardło nawala, ciągle się przeziębia. Przecież to chodząca choroba. Nie mam siły jej przygadać. Nie mogę nic pisać nawet. Przestraszył bym się własnych słów, tak jak boję się własnych myśli.
      Boże spraw, aby zrozumiała, a mnie daj siłę, abym Jej w tym dopomógł. Ty Wszechmocny Stwórca wszystkiego dobrego, nie pozwól, aby w Niej i we mnie kwitło zło. Patrząc z zewnątrz Ojcu Joachimowi może się wydaje, że to wszystko gra. Ty, która masz być moją żoną, pokazujesz siebie z najgorszej strony. 
      Nie! 
      Boże, pomóż mi w trudnych chwilach i nie dopuść, abym wybuchnął złością.

p.s. A teraz czas na Apel Jasnogórski i modlitwy wieczorne.


 

poniedziałek, 28 lipca 2014

1965 - plany małżeńskie, ostatni egzamin




cd poprzedniego wpisu

18 wrzesień, sobota
      Nie było wspomnianej wczoraj rozmowy ani z babcią, ani z siostrą Janiną. Sobota, Ewa skończyła dzisiaj pracę w przedszkolu nieco wcześniej. Umówiliśmy się na 15:30. Idziemy razem robić zakupy. Buty na bal absolutoryjny dla mnie (będzie za miesiąc) i materiał na kolorową sukienkę dla Ewy. Zadowoleni z zakupów, wstępujemy do baru by coś zjeść, a potem na poznańską Cytadelę. Propozycja spaceru wychodzi z Jej strony, choć i ja o tym samym myślałem. Jest okazja, by w ustronnym miejscu okazać sobie uczucie - całując się. Słońce zdążyło już dawno zajść i zrobiło się zimno. Wracamy. Trzymając się za ręce idziemy przez miasto, na Dworzec Główny, pożegnać ciocię Ewy (Elę - mój dopisek) wyjeżdżającą na wczasy.
19 wrzesień, niedziela.
      Na 9:00 jesteśmy razem na Mszy Świętej u Dominikanów. Po kościele jedziemy pociągiem do Mosiny - Pożegowa. W porośnientym jarze baraszkujemy na piaszczystej skarpie ciesząc się sobą. Doskonała okazja by całując się okazać sobie miłość. Jest nam bardzo dobrze ze sobą. "Jurek pomyśl, że będzie nam tak dobrze zawsze". (To były prorocze słowa. Wielokrotnie w późniejszych latach małżeństwa wracaliśmy do tego jaru, najpierw z małymi dziećmi, a gdy dorosły i wyszły z domu, co któryś rok tylko we dwójkę, całując się równie gorąco, jak przy pierwszym w nim pobycie. Nie zrażało nas to, że mosiński jar z roku na rok powszedniał i porastał coraz to gęstszym, starszym drzewostanem, tracąc swój zakodowany w pamięci pierwotny urok, młodniki z maślakami na skarpach wyrosły na stary dorodny las, w którym coraz to trudniej było nam wyszukać podgrzybka - mój dzisiejszy dopisek). Siedząc na skarpie ustalamy plany: ślub będzie latem za dwa lata. Na podróż poślubną pojedziemy do Sokola. Pierwsze dziecko będziemy mieli gdzieś po półtora roku małżeństwa. Od przyszłego roku Ewa będzie dalej się uczyć robiąc zaocznie studium nauczycielskie. Pracować będzie tak długo, aż przyjdzie na świat pierwsze dziecko. W żadnej sytuacji nie oddamy dziecka do żłobka. Nie będziemy stosować zasady, że dziewczynki wychowywać będzie mama, a chłopców tatuś. Jestem bardzo zadowolony, że wspólnie dochodzimy do tych samych ustaleń (jak późniejsze życie pokazało plany mosińskiego jaru stały się nie tylko obowiązującymi wytycznymi, ale nieomal w 100% realem. Z wyjątkiem podróży poślubnej, na przeszkodzie której stanęło powołanie mnie do wojska na ćwiczenia, co spowodowało, że wyjazd do Sokala Kuźnicy musieliśmy odłożyć na następny rok, a urodziny pierwszego dziecka przesunęły się tym samym fizjologicznie o 4 miesiące i Paweł urodził się po niecałych dwóch latach małżeństwa - mój dzisiejszy dopisek). W mosińskim jarze gramy w 20 pytań. Wszystko idzie nam sprawnie dopóki nie zadałem Jej pytania o popularną wśród chłopaków (nie wypowiedzianą, a tylko pomyślaną) nazwę prezerwatywy. Zadała mi dużo, dużo więcej pytań niż 20 nie mogąc odgadnąć cóż to takiego. Ucieszyła mnie Jej niekłamana niewinność w tym zakresie. Rozbawieni, weseli idziemy pieszo lasami Wielkopolskiego Parku Narodowego nad Jezioro Góreckie, zachwycając się po drodze niewielkim Jeziorem Kociołek.
20 wrzesień, poniedziałek
        Przed południem załatwiam sprawy z projektem dyplomowym, a po południu uczę się do egzaminu z budowy lotnisk. Co chwilę przychodzi mi na myśl Ewa. Moja kochana Ewuśka.
21 wrzesień, wtorek
      Rano uczę się do egzaminu z lotnisk. Przed południem mam telefon od Ewy. Mówi, miałam poważną 3 godz. rozmowę z babcią. 
      Umówiliśmy się na 8 wieczór u Sławka, gdzie po obiedzie będziemy się razem uczyli do egzaminu. 
      Na spotkanie Ewa przychodzi rozdygotana, rozgoryczona. Długo namawiam Ją, aby mi w końcu powiedziała co ją głębi. Przykra sprawa wypłynęła u Niej w przedszkolu. Dwójka dzieci, 6 latków urwała Jej się i uciekła na strych "domku baby Jagi", gdzie rozebrali się do naga i chcieli mieć stosunek ze sobą. Przygadała im do słuchu oraz zawezwała rodziców na rozmowę. Jedna z matek zarzuciła Jej, że się nie nadaje do wychowywania dzieci, że jest smarkata (miała wtedy niecałe 19 lat - mój dopisek), zakwestionowała jej zdolności pedagogiczne (była to Jej pierwsza praca po ukończeniu liceum pedagogicznego). To Ją bardzo zabolało. Obawia się, że może to dojść do Wydziału Oświaty i skończyć się reperkusjami z tyt niedopilnowania dzieci.(nie rozwiązana sprawa wypuszczania dzieci poza obręb budynku na tzw. serduszko - wychodek na zewnątrz domu, jak na wsi, przy jednoosobowej obsłudze jedynego w budynku najstarszego oddziału przedszkolaków jest niedopuszczalna, dwie osoby są tylko w czasie podawania posiłku - mój dopisek). Pocieszam Ją jak tylko mogę. Robisz z tego za duży problem, tak to ujął Dziadek (o. Joachim Badeni). Zgadzam się z nim wewnętrznie, widząc jak to przeżywa, ale zewnętrznie nie potrafię Jej nic bardziej konkretnie pomóc. Wydaje się, że nie można nic nie mówić i trzeba rodzicom na zebraniu ogólnym  zwrócić delikatnie uwagę, by przy małych dzieciach nie uprawiali sexu (jak z tego wynika współczesny gender pchał się już wtedy do 6 latków w domu rodzinnym, by uzewnętrznić się praktycznie w przedszkolu - mój obecny dopisek).
Na spotkanie Ewa przyszła z włosami natapirowanymi i polakierowanymi. Mówię Jej, że ta fryzura Ją postarza i nie za bardzo widzi mi się w takiej fryzurze. Przeżywa widać tę swoją "smarkatość". Tłumaczy to tym, że jest to takie niedotykalne mówiąc: "odejdź chłopcze, bo popsujesz".
22 wrzesień, środa
     Rano uczę się do lotnisk u siebie w domu, po południu u Sławka. Co chwilę zbaczamy z tematu. Sławek daje mi do zrozumienia, że Ewa jest nie wychowana, nie umie się znaleźć w towarzystwie i nie każdego bawi takie Jej rozrabianie. Widzi, że jestem po uszy zakochany (znał dobrze i przeżył moje dwie poprzednie dziewczyny - mój dzisiejszy dopisek) i jako dobry kolega chce mnie ostrzec przed niebezpieczeństwem. Niestety, muszę mu przyznać rację.   
       Wieczorem jestem u Ewy. Jestem dzisiaj w stosunku do Niej wyjątkowo złośliwy. Po niedzielnych pocałunkach ze mną ma widoczne znaki na szyi, na co zwróciły Jej uwagę koleżanki w pracy. Ja zaś chlapnąłem bez zastanowienia: "nie trzeba się było włóczyć gdzieś po Cytadeli". Za te słowa ma do mnie słuszny żal. Jestem głupi i bezmyślnie strzelam, sprawiając jej przykrość, a potem żałuję. 
       Pierwszy raz nie pozwala się pocałować przy pożegnaniu. Umawiamy się wobec tego za dwa dni, na piątek.  
23 wrzesień, czwartek
       Całe przedpołudnie uczę się do egzaminu z lotnisk. Po południu dzwoni Ewa z propozycją spotkania się dzisiaj wieczorem. Zgadzam się na wspólną kolację u mnie w domu. Robię właśnie rysunek do projektu dyplomowego. Kolacja w miłej atmosferze. Po niej siadam do kreślenia, a Ewa ogląda moje małe zdjęcia (pewno chciała jedno z nich dostać  - mój dzisiejszy wpis, tyle lat musiało upłynąć bym się tego domyślił , ale takie to już są chłopy) i czyta dwa ostatnie listy od Gizeli (to moja poprzednia dziewczyna, z którą chodziłem ponad dwa lata, a którą Ewa poznała osobiście w 10 dniu naszej znajomości, ich spotkanie zakończone nocą w akademiku w Sopocie we wspólnym łóżku warte jest jest pióra i zostanie oddzielnie opisane - mój obecny dopisek). Odprowadzam Ją pieszo do domu (około 4 km - mój dopisek).
Idąc i trzymając Ją za rękę przeprowadzam analizę, taki rachunek sumienia, moich złośliwości i uwag artykułowanych w stosunku do niej. Zwracam Jej uwagę na język (słówka) i zachowanie. Mimo, że mówię o przykrych rzeczach, przyjmuje moje słowa ze zrozumieniem. Jest nam ze sobą ciepło, po prostu dobrze. Okazuje się, że ma dzisiaj miesiączkę i stąd pewno prosiła o dzisiejsze spotkanie ze mną. Spotkanie kończy słowami: "Jurek, ale ze mnie duży dzieciak". Tak, ma nawet rację, z jednej strony już dojrzała kobieta, a z drugiej dzieciak potrzebujący ojcowskiej porady i ojcowskiego serca (i  takim dużym "dzieciakiem" potrzebującym nie tylko męża, ale i ojca pozostała do końca życia - mój obecny dopisek). Umawiamy się że zadzwoni w sobotę rano.
24 wrzesień,  piątek       
Kolejny dzień uczę się do egzaminu z budowy lotnisk. Został mi tylko jeden tydzień na naukę (to był ostatni egzamin przed egzaminem dyplomowym, jak się po latach okazało, zdobyte wiadomości z tego przedmiotu były wyjątkowo bardzo przydatne w dalszej karierze zawodowej). W luzach pomagam rodzicom przy przeróbce, remoncie mieszkania. Z dzwonieniem Ewa nie wytrzymała do sobotniego ranka, zadzwoniła już w piątek wieczorem (ależ jej zawróciłem w głowie - mój dzisiejszy dopisek).  Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie. Gdyśmy się następnego dnia spotkali i spytałem czemu wcześniej zadzwoniła, odpowiedziała rozbrajająco: "Jurku wiesz, że ciebie kocham" (I tak z tym kochaniem zostało Jej do końca życia - mój dzisiejszy dopisek)
25 wrzesień, sobota
        Planowałem Ewie dać dzisiaj kwiatki, minęły bowiem dwa miesiące od czasu gdyśmy, będąc w Sokolu Kuźnicy po 25 dniach znajomości, po raz pierwszy się pocałowali. Niestety gdy przyszło co do czego zapomniałem je kupić ( I tak z tym zapominaniem rocznic - zostało mi do końca życia - ot chłop - mój dzisiejszy dopisek). Wieczorem jestem u Niej w domu na kolacji, którą mnie poczęstowała (posiłek przygotowała babcia, Ewa była wtedy kompletne zero kulinarne, co wyszło na jaw dużo później, już po ślubie i jak sama po wielokroć w towarzystwie mówiła: "wodę czy się zagotowała sprawdzałam wkładając palec do wrzątku" - mój dzisiejszy dopisek). Po raz pierwszy całujemy się u Niej w domu.
26 wrzesień, niedziela
        Rano jesteśmy oboje w kościele, potem jedziemy na grzyby i jeżyny z Tatusiem i Marylą do Puszczy Zielonki. Przecudna pogoda, chodzimy po lesie i zbieramy. Wracamy pod wieczór. Odprowadzam Ewę do domu. Po drodze okazja by okazać sobie miłość całując się na ulicy. Ewa ma zamiar pogadać z Piotrem (student V roku medycyny, dzisiaj znany poznański ginekolog - mój dzisiejszy dopisek) na temat nieregularnych, bardzo częstych miesiączek, które się zagęściły i w ostatnich dwóch miesiącach były co dwa tygodnie. Z jednej strony to niedobrze, a z drugiej dobrze, że zaczyna dbać o siebie. Do domu wracam kompletnie zmęczony, ale zadowolony mile spędzoną niedzielą.   
27 wrzesień, poniedziałek
       Kolejny dzień nauki ze Sławkiem. Nie za bardzo nam to wychodzi. Zbyt dużo wrażeń do opowiedzenia po ostatniej niedzieli (a już myślałem, że tylko kobiety potrafią plotkować, a tu się okazało, że i chłopom to nie obce - mój dzisiejszy dopisek).
28 wrzesień, wtorek 
     Tym razem uczymy się intensywnie całe przedpołudnie. Po południu umówiłem się z Ewą. Spacerujemy po mieście do wieczora. Umawiamy się bezpośrednio przed egzaminem na następne spotkanie we czwartek rano w kościele u Dominikanów.
29 wrzesień, środa
        Uczymy się twardo, rano w bibliotece, po południu u mnie w domu. Dzwoni Ewa z informacją, że Ją ktoś niepokoi telefonicznie. Jest rozgoryczona. Nie mogę Jej pocieszyć, gdyż uczymy się u mnie do późnego wieczora. Jutro egzamin.
30 wrzesień, czwartek
Na 7:00 jesteśmy oboje w kościele na Mszy Świętej u Dominikanów. Potem Ewa odprowadza mnie do Polibudy. Okazuje się że "Beniu" (prof. Bernard Rzeczyński) przełożył egzamin na jutro. Jadę wobec tego do Ewy na cały dzień do pracy do przedszkola. Po pracy chodzimy sobie po mieście. Mówi mi o telefonach które od wczoraj odbiera, że ktoś dzwonił, że ja Ją podobno zdradzam. Co za głupie kawały myślę sobie, a Jej mówię, że to może głos sumienia się odzywa, a nie telefon. Obraża się na mnie, zresztą słusznie. Nie wiem jak z tego wybrnąć. Rano po kościele podarowała mi swoje zdjęcie z dedykacją: "Czas płynie i nie wraca. Jureczkowi - Ewula" (próbowałem znaleźć to zdjęcie, aby je tu wkleić, ale nie mogę go znaleźć - jak się  przy okazji znajdzie to je wkleję - a z tym "nie wracającym czasem" to kolejne Jej proroctwo. Dzisiaj bowiem mogę jedynie przepisać niewyraźne notatki do internetu, których za życia prawdopodobnie nie czytała, by co jakiś czas przy pisaniu uronić łezkę i podziękować Bogu za przygodę przeżycia tylu pięknych chwil z Nią. Wspomnieć stare dzieje i na tym się skończy. Czas młodości upłynął i już nie wróci). Tak, dzisiaj mijają 4 miesiące od chwili naszego poznania. Jedziemy wobec tego do Parku Sołackiego. Tu wśród pocałunków słyszę proste wyznanie: "Jurek ja ciebie najbardziej kocham po mamie". Mama od 16 lat nie żyje, a więc ... To wielkie, przeogromne wyzwanie i zadanie dla mnie, nie tylko na nasze narzeczeństwo, ale i późniejsze małżeństwo. Mam być dla niej po pierwsze opiekunem, jak Św. Józef dla Maryi, a dopiero na drugim miejscu mężem jak Adam dla Ewy. (to wezwanie do "opieki" nad sierotą, przed którym stanąłem na początku naszego narzeczeństwa nie opuszczało mnie już przez całe życie - wracało jak bumerang, w chwilach gdyśmy się kłócili i emocje negatywne zdawały się brać górę, przywracając równowagę - mój dzisiejszy dopisek) 
1 październik, piątek 
       Zdałem na dobry ostatni egzamin na studiach. Uf, wreszcie koniec. Do domu wracam radosny, ale umęczony. Od Rodziców dostaję nylonową białą koszulę, cudna pewno z PEWEX -u, u nas jeszcze się takich nie produkuje. Wieczorem wpada Piotr i idziemy z Ewą na miasto opijać kawą egzamin. Do późnego wieczora włóczymy się po mieście. Do magisterki pozostało dokończyć pracę dyplomową i ją obronić, ale, mam nadzieję, to już będzie zwykła formalność.    
 
cd nastąpi

niedziela, 27 lipca 2014

1965 - Testament matki

Po trzech i pół miesiącach w obecności kapłana zaręczyłem się z Ewą, to znaczy powiedziałem publicznie w obecności świadka, że zamierzam się z nią ożenić. To jednostronne przyobiecanie Jej małżeństwa o rok wyprzedziło oficjalne zaręczyny, jakie miały miejsce w obecności obu naszych rodzin: Ewy dziadków Jej prawnych opiekunów i moich rodziców. Jak do tego zupełnie nie planowanego wydarzenia doszło napisałem poniżej. Są to przepisane do komputera moje odręczne notatki pisane na żywo z czterech następujących po sobie  dni września 1965 roku. W oryginale poprzedza je krótkie kalendarium od 30 maja 1965 r. (dzień poznania się) do 14 sierpnia (dnia zakończenie wspólnego spływu z o. Joachimem Badenim). Jego publikacja, którą przewiduję, wymaga jednak szerszego omówienia.       

14 wrzesień 1965 (po 3,5 miesiącach naszej znajomości)
Dlaczego Ewa (niespełna 20 letnia dziewczyna - mój dzisiejszy dopisek) była tego dnia taka markotna?
Wyjaśnienie: Uczyłem się cały dzień do egzaminu z dróg, a Jej zależało, abym przyszedł do Niej tego dnia. Brakowało Jej mnie, podobnie jak brakuje Jej na co dzień siostry Janiny.

15 wrzesień 1965
Jurek a co z twoim ....?
Zadała mi przez telefon niedokończone pytanie. A ja mimo ponagleń czekam nadal na wyjaśnienie.

16 wrzesień 1965
Zdałem egzamin z dróg (zaglądam po latach do indeksu - jest dobry - mój dopisek).
Rano byliśmy oboje na Mszy Świętej. Śniadanie jemy wspólnie w barze. Odprowadza mnie do polibudy. Po zdanym egzaminie jadę do jej pracy do państwowego przedszkola przy kościele na Junikowie. Jak się dowiedziała, z radości ucieszyła się i ucałowała mnie z dubeltówki. Umówiliśmy się, że się spotkamy wieczorem. Po powrocie z pracy czytała listy mamy, po których się zwykle rozkleja. Mnie mówi, że rozczytywanie się w maminych listach to egoizm. Chyba nie. Z Babcią i Bolechem opijamy winem własnej roboty zdany egzamin. Zwracam Jej uwagę na wulgarny chwilami język. Mówi, że jest dzisiaj w takim nastroju, że można Jej wszystko powiedzieć. Umówiliśmy się na jutro. Mamy iść wspólnie z pierwszą wizytą  do  Ks. Tadeusza Piaczyńskiego
Przedtem ma mi wyjaśnić co ks.Tadziu dotychczasowy wikary u Jana Kantego w latach 1961-1965 mówił Jej na temat wzajemnych relacji między nami.

17 wrzesień 1965 
Byliśmy na Kościelnej u Najświętszego Serca Pana Jezusa u Ks.Tadzia. Od września jest tam wikarym. Przedstawiła mnie jako chłopaka z którym "chodzi".  Rozmowa specjalnie się nie kleiła. Spokojny, zrównoważony, potrafi słuchać. Na koniec zwracając się do mnie, zapytał wprost czy zamierzamy się pobrać? Już mu miałem odpowiedzieć, że znamy się tylko przez wakacje i trudno mi się tak "z marszu"  deklarować, ale patrząc Ewie w oczy odpowiedziałem krótkie TAK. To były moje publiczne i do tego wyrażone przed kapłanem (a dla mnie i przed Bogiem) oświadczyny. Tak wprost nie oświadczyłem się żadnej dziewczynie z którą dotychczas chodziłem, a było ich kilka.(Janina, Halina, Hanka, Lusia i Gizela,
W powrotnej drodze daje mi do przeczytania do domu dwa  listy od swojej mamy.
Rozmawiamy luźno:
Ja: "Powiedz mi Ewo czemu mam taki pech?"
Ewa: "Jaki?"
Ja: "Zawsze spotykam choleryczki podobne do Ciebie."
Ewa: "Nie przejmuj się, możesz jeszcze spotkać inne."
Tym ostatnim zdaniem sprawiła mi przykrość. Ja Jej się dzisiaj oświadczyłem, a ona mi proponuje spotkanie innych dziewczyn.
(Dopisane po 49 latach, pół roku po śmierci Ewy: I taka była przez całe nasze wspólne małżeńskie życie Ewa "chcesz, nie odpowiadam ci, to poszukaj sobie inną". Nie myślałem o próbie szukania, ale do końca jej życia takie Jej słowa w pierwszej chwili sprawiały mi przykrość, a potem pobudzały do refleksji. Mogę powiedzieć, że był to proroczy dialog, który wtedy zanotowałem, a dzisiaj mam nadzieję, że do końca mego życia nie powtórzy się już nigdy).    
Tymi słowami, które sprawiły mi ból przypomniała mi wszystkie moje złośliwości. Tak, właściwie ma rację. (Dopisane po latach:  Zachowała się jak Jezus pełen Miłości, który nikogo na siłę przy sobie nie trzyma. Proszę chcesz poszukaj sobie innej miłości, Ja ci daję pełnię Miłości, nigdzie na świecie nie znajdziesz większej poza Mną. Wybieraj!)
Ja muszę uważać na siebie i nie dogryzać Jej, a Ona też musi panować nad słowami i nie strzelać słów bez namysłu zwróciłem Jej uwagę (zanotowałem to zdanie na żywo). 
Poprowadziła mnie do Parku Zwycięstwa (narożnik Grunwaldzkiej i Reymonta). Oboje zapominamy o rzeczach przykrych. Pocałunek wraca nam równowagę wewnętrzną. Rozmawiamy o babci. Zaproponowała Ewie poważną rozmowę. Pierwszy raz Ewa ze mną poważnie gada. Jurek ja nie umiem tak z nią rozmawiać zwierza mi się. Wieczorem wybieram się jeszcze do siostry Janiny (Kuczmerowicz - mój dzisiejszy dopisek). Widzę jak się łamie. Nie tchórz się pocieszam. Zobaczymy się jutro mówię pod domem na odchodnym.       
      Po przyjściu do domu na Polską czytam listy mamy Ewy (24 letniej dziewczyny, gdyby żyła miałaby wtedy 40 lat - mój obecny dopisek). Pisze je z sanatorium niedługo przed śmiercią (Ula zmarła we Wszystkich Świętych 1 listopada 1949 roku - mój dopisek z 2014 r.) Adresuje: Do Rodziców, Rodzeństwa i Kochanej Ewusi (Ewuli).
Ewo twa mama Cię bardzo kochała. Szkoda, że Jej nie znam. Na pewno by mi się podobała. Ach ta wojna. Jeszcze teraz po 20 latach po jej zakończeniu nas ciągle dosięga. Mama Ewy zmarła na gruźlicę (nie wiem na pewno, ale się jeszcze dopytam). Nie martw się Ewusiu będziesz miała drugą mamę, będziemy mieli wspólną mamę. Będziemy mieli i tatusia, takiego jakiego byś na pewno chciała mieć.
Moje uwagi do listu Uli z 21.03.1949           
                          Gostynin-Kruk (woj mazowieckie pow. Gostynin)
Mama Ewy tak przedstawia swoje zaangażowanie uczuciowe w stosunku do bliskich sobie osób: 
Na pierwszym miejscu stawia Ewusię, potem swoją mamę i ojca , dalej rodzeństwo.
cytuję fragment listu:
"A teraz muszę się też spytać o tego mego kochanego aniołka i urwisa. Czy też nie tęskni za mamą, ale pewnie już nie? Czy się jeszcze tak psoci, czy też nie? Ja to pierwsze dwa dni, to co Ją wspominałam to płakałam. Stale Ją mam przed oczyma i już myślę o tym dniu, w którym Ją znowu zobaczę.
Kochana Ewuśko
Mama jest w szpitalu, u pana doktora i dużo o Ewuni myśli. Ewuśko bądź grzeczna, nie psoć, słuchaj babcię i dziadzię. Pomagaj babci sprzątać i bądź babci gosposią. Mów paciorek i Ewunia kochana napisz do mamy list czy już jesteś zdrowa i kochana mamy córa. Daj buźki."

 2 list z 31.03.1949
"A teraz co porabia najukochańsza moja istotka Ewuśka. Jak się czuje, czy się grzecznie z mamą gospodarzy. Czy tylko je wszystko i czy się za dużo nie psoci? Czy ma już gotową czapeczkę? Czy mnie też kiedy wspomni, czy już zapomniała.(Ewa miała wtedy  niecałe 2,5 roczku - mój dopisek). Proszę niech mi ktokolwiek o niej dużo, dużo, dużo napisze. Kochana Ewuśko nie zapomnij o mamie i bądź grzeczna i usłuchana to mama wnet do Ciebie przyjedzie i ukocha, uściska swoją małą ukochaną córunię i urwiska. Napisz list do mamy Ewuniu. 
Pozdrowienia i uściski dla wszystkich zasyła 
Urszula
p.s. Współtowarzyszki mówią, że to z czasem będzie inaczej, że i ja zapomnę i nie będę tak często o domu myśleć. One wszystkie to zdają się o niczym innym nie myśleć, jak tylko o tym, ażeby pójść na spotkanie z którymś kuracjuszy (bo są tu i mężczyźni). Pomalują się jak małpki i chodzą i kokietują nawet na jadalni. Ze mnie się śmieją, że chyba dostaję zapomogę z Caritasu, bo nie mam ani jedwabnej bielizny, ani eleganckich sukienek. Ale ja sobie z tego nic nie robię , bo przyjechałam się tu leczyć, a nie na rewię (pisane na 8 miesięcy przed śmiercią, dokładnie tyle ile Ewie było dane żyć po ostatniej operacji). Zresztą co mnie wszyscy obchodzą.

sobota, 26 lipca 2014

1967 - List od Ewy



I pozostaje już tylko Nadzieja, jak w wierszu J.D. Telejki pt. "Ziemia Święta": (...) daj mi nadzieję wieczystą że kiedyś Ją znów zobaczę i w miłosiernym Twym Sercu Radością Wieczną zapłaczę.
(na zdjęciu Ewa po Mszy Św. nad Małym Jeziorem Kierskim w  niedzielę Miłosierdzia Bożego w 2012 roku, w miejscu objawień się Pana Jezusa Św. siostrze Faustynie - krzyż z czerwoną stułą na piersi Ewy na rok przed rezonansem, który wykazał wznowę glejaka istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że od tego dnia rozpoczął się proces wzrostu raka).
 
6 czerwca 1967 roku Irena - Ewa wyszła za mąż za mnie piszącego te słowa. Dokładnie 4 miesiące wcześniej 6 lutego 1997 roku jeszcze w okresie narzeczeństwa otrzymałem od Niej list, który ośmielam się zacytować w całości. Jedyne co w nim zmieniłem to moje wyjaśniające dopiski, które oznaczyłem kolorem niebieskim. Są one z jednej strony odpowiedzią na obawy jakie miała przed ślubem moja przyszła żona, a z drugiej strony, mogę to po nieomal pół wieku powiedzieć, obrazują w sposób praktyczny niesamowitą powiedziałbym nadzwyczajną opaczność i błogosławieństwo jakie Bóg roztoczył nad nami i nad naszą rodziną. (w W-wie każdego dnia sądy udzielają około 30 rozwodów - i jak tu Chrystus ma nam Polakom błogosławić, kiedy my Go nie chcemy obwołać Królem?

6 luty 1967


Kochanie!




      Głupio chyba wyszło, że tak przed domem powiedziałam Ci wczoraj ten najgłębszy nurt moich myśli. Ta rozmowa stanęła właściwie na martwym punkcie. Wiem, że to co powiedziałam, może być dla Ciebie przykre, ale ty wiesz chyba dobrze, że jesteś jedynym przed którym jestem wstanie otworzyć się całkowicie – zupełnie. Nie tylko jestem wstanie, ale chcę. Musiałam więc powiedzieć Ci to. Jak już zresztą mówiłam nigdy nie formułowało mnie się to we słowa. Właściwie to mi obojętne kiedy, ale to tkwiło gdzieś we mnie, w głębi. Próbowałam to sobie już nie jeden raz wytłumaczyć, ale dochodziłam zawsze do tych samych idiotycznych zresztą wniosków. Nie potrafiłabym chyba logicznie wytłumaczyć skąd się to wzięło. Wiem tylko jedno, że jest mi obojętne dziś czy jutro, za rok czy pięć lat (chodzi o nasz ślub – mój dopisek). Mógłbyś powiedzieć „ w takim razie po co wszystko szykujesz i kupujesz”? Wiesz, Jurku to tylko na wszelki wypadek, gdybyś powiedział za x czasu „bądź gotowa”. Po prostu co się ma, to nie ucieknie. Ale tak jak kiedyś z entuzjazmem podchodziłam do każdej rzeczy, którą kupiłam, tak teraz zupełnie to na mnie nie działa. Kupuję bo kupuję, ale bez emocji, bez jakiegoś większego zaangażowania. Stwierdziłam, że chyba nie bardzo wierzę w to nasze małżeństwo. Może na to składają się jakieś warunki materialne. No np. w tej chwili zupełnie nie liczę się z tym, że będziemy mieli mieszkanie, że jesteśmy w stanie urządzić się, że coś zdobędziemy. 

("zaufaj Bogu już dziś"!!! Nie przyszłemu małżonkowi - Bogu zaufaj. Po niecałych czterech latach 22.10.1971 kupiliśmy za 27 tys zł od p. Jadwigi Paczkowskiej działkę budowlaną w Baranowie, 

dwa miesiące później 23 grudnia 1971 roku jako prezent na święta Bożego Narodzenia otrzymaliśmy z Wydz. Budownictwa, Urbanistyki i Architektury warunki urbanistyczne i architektoniczne na budynek mieszkalny wolnostojący,

a po 4 miesiącach, na moje imieniny 22.04.1972 zatwierdzony projekt domku jednorodzinnego, w którym wszystkie pomieszczenia sami sobie rozrysowaliśmy wg. naszych marzeń firmowany przez kolegę z pracy. 

Przez 1972 rok budowaliśmy dom systemem gospodarczym: jeden murarz po godzinach od 16 do 21 i my dwoje od 5 - 21. Przez całe lato nie mając samochodu, spaliśmy oboje na działce, pod namiotem z 3 letnim Pawłem i z 2-3 miesięcznym Kubą, by przed zimą 1972 roku wprowadzić się do części piwnicznej – przyziemia przy ul Granicznej.

Spójrz przez okno, spójrz na mapkę, spójrz dzisiaj z nieba na ten niewielki trójkącik. Toć to od początku było Boże miejsce, gdzie na rozstaju przed domem widzieliśmy krzyż, gdzie w piasku bawiły się nasze maluchy. Popacz jak przed 43 laty rozparcelowano Baranowo i gdzie jest twój dom? Budowałem się przy Granicznej, przez 20 lat, mieszkałem przez lata przy Wspólnej 8 (zaczynała się wtedy przy sklepach), dzisiaj mieszkam w ostatnim domu przy Przemysława, a jutro pragnę mieszkać w pierwszym domu przy Pl. Zmartwychwstania – mój dopisek).

         Może to świadomość, że forsy wciąż mało, a w związku z tym brak wielu rzeczy, tak na mnie wpływa. Ale szczerze mówiąc mam już wszystkiego dosyć. Tych ciągłych braków, tych niepewności i tego czekania.
("zaufaj Bogu już dziś" - w styczniu 1993 roku dostaliśmy z banku PKO dużą pożyczkę 110 tys zł, na 30 lat, na 1%,  z 3 letnim zamrożeniem spłaty na wykończenie domu i pamiętasz kiedy ją spłaciliśmy? Dużo, dużo czasu przed terminem – mój dopisek).
      I wierz mi Jureczku, że jeśli ktoś z wydziału zatrudnienia proponowałby mi pracę w jakiejś dziurze, to bez zastanowienia poszłabym tam, bo tu już życie zaczyna mi powoli brzydnąć i czasami głupoty chodzą mi po głowie (nauczycielka na wsi dostawała najczęściej mieszkanie służbowe + spec. dodatek, a życie na wsi było w tamtych latach zdecydowanie tańsze, może i o połowę tańsze niż w Poznaniu – mój dopisek).    Zdziwisz się skąd ten pesymizm?

     Jurku, to nie jest pesymizm. Czasami tak się dzieje, że od dłuższego czasu coś człowieka gryzie – dręczy i nie wie co, a potem niespodziewanie to „coś” ubiera się w myśl. Wtedy już wiesz co się święci.

     Jurku, musiałam Ci to powiedzieć, bo nie mam najmniejszej ochoty na to, by trzymać cię w nieświadomości. Chcę być teraz pod niektórymi względami taką, jaką powinna być żona, choć nie wierzę, że nią będę.

     Ale to są moje myśli i nie przejmuj się tym kochanie. Potraktuj te moje myśli jak wiatr, który przeleciał koło głowy, ale już go nie ma.


                                                                       Twoja Ewa



Załącznikiem do decyzji ZUS określającej wysokość emerytury jest m. innymi zestawienie osiągniętych wynagrodzeń w danym roku w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia krajowego. Do tej pory nie analizowałem tej tabeli. Sprawa odżyła w związku z powyżej cytowanym listem Ewy. 

I co się okazało. Lata 1971-1975 okazały się najlepszymi latami w całej mojej karierze zawodowej i właśnie na te lata przypadła budowa i wykańczanie domu oraz poczęcia i pierwsze lata życia  naszych dwóch najstarszych synów.

Posłuchajcie: W 1966 kończę studia. 

Po rocznym stażu dostaję etat kierownika budowy i 22 lipca 1967 staję przed Bogiem i ślubuję Ewie, że jej nie opuszczę aż do śmierci oraz, że po katolicku wychowamy nasze dzieci. Następnego1968 roku spędzamy wakacje w Borach Tucholskich, w Sokolu Kuźnicy, w miejscu, gdzie trzy lata wcześniej, 24 lipca 1965 roku, po 55 dniach od dnia, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy się  na oczy pocałowała mnie, tam to dochodzi do poczęcia pierworodnego syna. W 1969 roku w Dzień Matki rodzi się Paweł, a ja idę na ćwiczenia wojskowe zakończone awansem z kaprala podchorążego rezerwy na podporucznika lotnictwa. Po wojsku i zdobyciu uprawnień budowlanych w zakresie budowy dróg, lotnisk i mostów zmieniam pracę z zastępcy kierownika grupy robót na starszego asystenta w biurze projektów, na którym pracuję przez 3 lata uzyskując w 1972 roku uprawnienia do samodzielnego projektowania drogowych obiektów budowlanych. Rok wcześniej w sierpniu  1971 roku na sobotę i niedzielę jadę rowerem do Ewy spędzającej miesięczne wakacje z 2 letnim Pawłem i moimi rodzicami nad Zalewem Koronowskim w Sokolu Kuźnicy. Tam w tym samym można powiedzieć historycznym już miejscu poczyna się Kuba. Tego samego roku dwa dni po imieninach Ewy finalizujemy u notariusza kupno działki budowlanej, na którą pieniądze dają nam moi rodzice. Kolejny rok 1972 to budowa domu i wyładunek przez Ewę 2 ton cementu z przyczepy ciągnika zakończony następnego dnia bezbolesnym porodem Ewy i po dwóch tygodniach śmiercią przy porodzie dziecka kierowcy ciągnika, który za żadne pieniądze nie chciał pomóc Ewie w wyładunku cementu - wyżywał się słownie na Ewie za to, że jego żona zaszła w ciążę, której on sobie nie życzył. Rok 1972 kończy się wyprowadzką do Baranowa na dwa małe pomieszczenia w przyziemiu (obecnie biuro), pralnio – kuchnię i kibelek pod schodami – reszta domu stan surowy bez okien (3,5 letni Paweł i pół roczny Kuba). Od początku 1973 roku awansuję na 2 lata na projektanta. To okres kiedy uzyskuję największe wynagrodzenie pracując często po godzinach, do pracy do Poznania, dojeżdżając rowerem bądź autobusem i tramwajem. W 1973 roku przeprowadzamy się na piętro, a cały dół łącznie z garażem przerobionym na mieszkanie wynajmujemy trzem rodzinom.

Ewa od urodzenia Pawła już nie pracuje ani w szkole, ani w przedszkolu, całkowicie poświęcając się wychowaniu dzieci i prowadzeniu domu. Do kościoła parafialnego mamy 2 km do Przeźmierowa – jeszcze wtedy nie było linii autobusowej kursującej do lub przez Przeźmierowo. Niekiedy korzystamy z naszego dotychczasowego kościoła w Poznaniu przy Nowinie do którego możemy dojechać podmiejskim autobusem. Na razie nie stać nas jeszcze na pierwszy samochód Syrenkę.
Było łatwo? No nie, ale było po Bożemu i z wyraźnym błogosławieństwem Stwórcy.

Brama Zmartwychwstania


 Gdy przed 58. laty kończyłem 28 czerwca 1956 roku  Szkołę Podstawową nr 23 w Poznaniu i z otrzymanym świadectwem, razem z mamą, szedłem je złożyć do I Liceum i Gimnazjum im Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, na ulicach Poznania rozpoczynało się powstanie. Było to pierwsze po zakończeniu II Wojny Światowej krwawo stłumione przez ówczesne władze powstanie przeciwko ZAKŁAMANIU jakie panowało w powojennej Polsce. 

Polska nazywała się wtedy "Polska Ludowa", a bratni kraj, jeden z trzech z którym graniczyliśmy  Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich utrwalany był przez komunistyczną propagandę w świadomości młodych Polaków jako jeden polityczny monolit. Nas traktowano za Republikę Polską  (Respublika Polsza), kolejną swoją republikę, choć mającą "swój" rząd.

Język rosyjski wdzierał się wszędzie.Tak jak dzisiaj moje wnuki uczą się angielskiego, tak my uczyliśmy się rosyjskiego. Przykładowo geografii świata miałem się uczyć w szkole średniej na atlasie wydanym w języku rosyjskim w Moskwie.  


Nie doszło do tego. Powstanie Poznańskie odwróciło bieg  historii, podobnie jak powstanie państwa polskiego w okresie międzywojennym spowodowało korektę mapy politycznej świata, co odnotował radziecki atlas geograficzny z 1956 roku. 




Atlas ten ma swoiste "imprimatur", czyli dopuszczenie przez główny urząd cenzorski CCCP do jego rozpowszechniania z 23. IV. 1956 r. nr T-003375 i zezwolenie Nu 168  na nakład 100 000 egz. 
 
Przeglądając w wyszukiwarce internetowej hasło "Plac Zmartwychwstania" natknąłem się oprócz kilku parafii pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na Bramę Zmartwychwstania. Zaciekawiła mnie ta budowla zwłaszcza, że znajduje się w Moskwie i prowadzi na Plac Czerwony. Brama Zmartwychwstania została wybudowana około roku 1680 jako dziękczynienie Państwa Moskiewskiego za wyswobodzenie stolicy Moskwy spod 2 letniej okupacji wojsk polskich pod dowództwem hetmana Stefana Żułkiewskiego. Od 2005 roku rocznica wypędzenia polskiej załogi z Kremla, 7 listopada 1612 roku obchodzona jest w Rosji jako święto narodowe pod nazwą: Dzień Jedności Narodowej, świętowana jest 4 listopada ze względu na święto cerkiewne Matki Boskiej Kazańskiej, której wizerunek dopomógł wygnaniu Polaków z Moskwy (pewna analogia do Matki Boskiej Częstochowskiej). W 2012 roku państwowe święto Rosjanie obchodzili przez 3 dni na pamiątkę tzw. smuty. Jak w duchu pojednania patrzeć na to wszystko - ciężko - zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co się obecnie dzieje na Ukrainie.

Dla mnie wskazaniem w tym wszystkim jest błogosławiąca nie tylko mnie, tobie, Baranowu, Polsce ale i całemu światu dłoń Jezusa Miłosiernego i słowa koronki ...Miej miłosierdzie dla nas i całego świata. Tak mówi do Was Jerzy z pierwszego w Polsce placu, któremu chciałbym aby nazwano oficjalną nazwę Plac Zmartwychwstania.  

Poniżej zdjęcie i fragmenty ze strony:
http://www.krajoznawcy.info.pl/replika-bramy-do-kitaj-gorodu-28023 

 Moskwa. Replika bramy do Kitaj Gorodu
Bramę tę, jedną z kilku prowadzących do Kitaj Gorodu (Китай-Город), wzniesiono około roku 1680 w tym samym stylu, co zrekonstruowane w tamtym czasie wieże i baszty Kremla.
Bramę tę,– Woskresenskije Worota, jedną z kilku prowadzących do Kitaj Gorodu (Китай-Город), wzniesiono około roku 1680 w tym samym stylu, co zrekonstruowane w tamtym czasie wieże i baszty Kremla. Masywną, z czerwonej cegły, z dwiema bliźniaczymi wieżami zbudowanymi na planie kwadratu każda, wznoszącymi się nad solidną budowlą z podwójnym arkadowym wejściem. Na początku XVIII w. znajdowała się w niej moskiewska mennica państwowa, główna stołeczna apteka oraz drukarnia uniwersytecka... Ponieważ jednak brama ta przeszkadzała w urządzaniu stalinowskich demonstracji, a zwłaszcza defilad na Placu Czerwonym, gdyż z trudem mogły przez nią przejeżdżać czołgi i artyleria czy przechodzić kolumny sportowców oraz innych uczestników parad, została w latach międzywojennych rozebrana.
         Odbudowano ją, ściśle rekonstruując, w roku 1995 i replika ta stanowi obecnie jeszcze jedną z atrakcji rosyjskiej stolicy. Na szczytach zielonych namiotowych wież znajdują się wielkie złocone carskie – i obecne republikańskie – orły....Do Bramy Zmartwychwstania od zachodu przylega niewielka zielono – złota kaplica Matki Boskiej Twerskiej. Stanowi ona również replikę zabytku wzniesionego w tym miejscu, między dwoma wjazdami bramy, w końcu XVIII w. Przechowywano w niej „słynącą cudami” ikonę M.B. Twerskiej.

Jako że rozpoczyna się kolejny tydzień  skwarnych wakacji błogosławię Wszystkim życząc by nie przegapili tego znaku.
Jerzy

piątek, 25 lipca 2014

Znak Jonasza

22 lipiec - Gdyby Ewa żyła na tym widzialnym świece obchodzilibyśmy dzisiaj 47 rocznicę zawarcia sakramentalnego małżeństwa. Kontrakt cywilny podpisaliśmy półtora miesiąca wcześniej, ale nie stanowił on dla nas przyzwolenia, by jako cywilna żona i cywilny mąż współżyć ze sobą przed ślubem kościelnym. Chwalę się publicznie tym dzisiaj, podobnie jak chwaliłem się naszą wstrzemięźliwością  na pogrzebie ojca, dziękując mu i zmarłej wcześniej mamie za katolickie wychowanie, które wyniosłem z domu.    
*
22.07.2014 godz. 3:45 Gorąca noc,  pobudka, mycie, golenie,  ubranie, krótkich spodenek i koszulki
4:00 Gasną światła przy pomniku, a ja zaczynam dzień od krzyża.
4:30 Wracam z rozmowy ze Zbawicielem i uruchamiam kompa. Na liczniku 128 tys odsłon.
4:35 Wchodzę na rusztowanie i po raz drugi zaczynam od krzyża na literce "t". Miał być czerwony Chrystusowy, ale z koszyka wiszącego na drabinie zniknęła czerwona taśma samoprzylepna - zrobiłem wobec tego niebieski - będzie Maryjny.
4:45 Promienie wschodzącego nad Poznaniem słońca, ogrzały nie tylko moje plecy, ale odbite od białej, frontowej elewacji domu sprawiły przyjemne ciepło na piersiach. Fizycznie odczułem to tak, jakby nic nie ważące ciało Ewy spoczęło na moich piersiach. Jakże niewiele potrzeba, by pół słonecznej kuli wychodzącej zza horyzontu zamieniło chłód nocy, w ciepło i radość weselnego poranka sprzed 47 laty. Prawdziwa nauka o świetle w kosmosie prowadzi do Boga, który jest Światłością Świata.

6:00 Sami swoi robią mi zdjęcie na rusztowaniu. To dla was, panowie spod sklepu, robię ten napis mówię z rusztowania całej trójce.
7:30  Mija trzecia godzina wyklejania znaku Jonasza. Kręgosłup boli mnie niemiłosiernie. W napiętych mięśniach nóg odczuwam podobny ból. To za grzechy moje i całego świata mówię z góry rusztowania do Jezusa stojącego na placu, który kiedyś nazwany zostanie oficjalnie Placem Zmartwychwstania. Tak! To będzie plac Twojego i naszego Zmartwychwstania.                 Spieszę się z robotą bo robi się coraz cieplej, a w upale, w słońcu, przy bezwietrznej pogodzie długo już nie pociągnę nagrzewany jednocześnie i w plecy, i w twarz. 

Pl. Zmartwychwstanie(a) - Znak Jonasza, znak naszego ludzkiego, polskiego, parafialnego, rodzinnego, mojego zmartwychwstania.

Nieomal tak samo się pisze, a tak różnie daje się odczytać:

Pl  Zmartwychwstanie 1. - Polska zmartwychwstanie pierwsza,
Pl. Zmartwychwstania 1 - Plac Zmartwychwstania jeden, będzie moim przyszłym nowym adresem.

Zauważcie praktycznie wystarczyło tylko  jedną kropkę przenieść zza jedynki i postawić ją za "Pl" a przed "Zmartwychwstaniem"
A cóż to jest kropka - spyta dociekliwy? 
To taki punkt - odpowiem. 
A cóż to jest punkt, takie nic? 
Czyżby? 
A jak duży jest punkt?
Punkt nie ma żadnego wymiaru. 
No dobrze! To co, nie istnieje? 
Ależ nie, istnieje! Nie ma go, a jednak istnieje. 
Bo gdy zbiorą się dwa punkty, takie dwa duchy, których niby to nie ma, a jednak są. Bo jak zbiorą się dwa i nad jednym postawimy krzyżyk (Ewa) a nad drugim strzałkę (Adam lub Jerzy) to otrzymamy z dwóch punktów (niebytów) jeden odcinek o długości dwóch punktów - jedno wspólne małżeństwo, a dodawszy z czasem jeszcze kilka punktów "dzieci" utworzy się linia życia.


22 lipiec 2014 - to już trzeci dzień jak wyklejam napis naklejając na ścianę litery. 
W sobotę 19 - tego robiłem odwrotnie. Taśmą malarską obklejałem tło na zewnątrz liter "Pl." Niestety, w niedzielę obwódka  "Pl." nieomal w całości się odkleiła (bez deszczu i przy wietrze do 2 m/sek. 
         Niedziela - po rosyjsku "woskriesienje". 
Czy nad znakiem "Zmartwychwstania" można pracować w niedzielę nie raniąc Jezusa? Rozgrzeszyłem się szybko. Skoro faryzeusze i kapłani głosili i głoszą słowo Boże w niedzielę to i mnie wypada nie gorsząc innych, czynić podobnie głosząc publicznie "zmartwychwstanie".


21 lipiec 2014 w poczcie znajduję krótki list i obrazek, to pokłosie jednej z uczestniczek jubileuszowej tegorocznej 80 tej Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Dostałem go od małżeństwa na którego ślubie i weselu byłem 30 lat temu na Jasnej Górze z całą 5 osobową rodziną. 
Ostatni etap z Kłobucka do Częstochowy młoda para szła pieszo na czele 3 grupy w strojach weselnych. Na niewielkim weselu (u sióstr pod wałami) byliśmy całą rodziną, z małym 3 letnim Łukaszem w wózku. 
        Intencja zamówionej Mszy Św. Wieczystej ma wyjątkową wartość tak dla Ireny - Ewy jak i dla zamawiającej ją Wandy, której tą drogą za pamięć, telefon z Przeprośnej Górki  i modlitwę nie tylko w kaplicy Cudownego Obrazu w sposób szczególny dziękuję. 

Sobota 19 lipiec 2014 w Warszawie odbyła się 2 edycja Kongresu Zjednoczeniowego Prawicy Polskiej. Dobiegające wieści nastroiły mnie optymistycznie. Ludzkie dogadanie się to już dużo, ale to nie wystarczy by PL zmartwychwstała. PL potrzebuje znaku Jonasza. Zrozumiałem to niedzielnego poranka, 20 lipca, gdy  zabrałem się do pracy.
Do wyboru miałem dwie taśmy samoprzylepne: czarną doskonale lepiącą się do tynku i nieco gorszą biało czerwoną. 
      Do wyklejania zmartwychwstania wybrałem biało czerwoną. Praca posuwała się wolno. Do końca dnia udało mi się wykleić na biało czerwono tylko trzy litery "Zma".

W poniedziałek 21 lipca 2014 kupiłem 2 żółte taśmy samoprzylepne i bardzo jasną żółtą farbę emulsyjną w aerozolu. Zamierzam nią pomalować wolne przestrzenie między literami. Do końca dnia udało mi się wykleić kolejne cztery litery "Zmartwy". 
       Wieczorem do parafialnego kościoła pojechałem samochodem - zdążyłem na różaniec. Upały są na tyle wykańczające, że wyraźnie czuję, że mam serducho. Boże, daj mi siłę bym na jutro skończył napis. Miałbym dobry prezent na rocznicę ślubu dla Ewy.


We wtorek  22 lipca od wczesnego dnia walczę z napisem. Pl w ołówku na ścianie i Zmartwychwstanie w całości. Na wizycie lekarskiej skarżę się na ból prawego kolana - dostaję zlecenie na prześwietlenie. Narzekanie na zapchany nos przez który nie mogę w nocy swobodnie oddychać kończy się skierowaniem na konsultacje do laryngologa. Gdy przyznałem się do senności i słabości w ciągu dnia - dostałem zlecenie na badania laboratoryjne krwi i moczu. Osłuchanie i ciśnienie 110/70 nie stanowiło przeszkody by się dać po raz trzeci zaszczepić przeciw żółtaczce. Jestem tym sposobem w każdej chwili gotowy na operację przepukliny i prostaty (do urologa zapisy będą po 23 września na IV kwartał), a z drugą przepukliną się nie spieszę, może uda się przetrzymać do śmierci. Gdyby nie brak leków na serce, a bez recepty ich nie dostanę olałbym pewno lekarza. 
*

       Kuba, gdy mu w rocznicę ślubu przedstawiłem dwie wersje wykonania napisu na domu podsunął mi dwa pomysły, z których jeden wydaje się godny realizacji. Oba wymagają pracy osób obcych i do tego fachowców wysokiej klasy, oba wymagać będą nakładów, a mnie się marzyło jak zwykle wszystko wykonać własnymi rękoma nie pozbawiając się radości jaką daje tworzenie dzieła praktycznie z niczego i bez kosztów. Graffiti gdyby miało być na domu wymagałoby zlecenia go super fachowcowi, tak by telewizja chciała nadać program o malowidle. Takiego dzieła sztuki zupełnie nie potrzebuję. Daleki jestem od kontaktów z telewizją. Druga wersja podobna ma być do spokojnej reklamy. Nie przedstawiam szczegółów. Zbyt dużo jeszcze niewiadomych, ale idę podchwyciłem i zaakceptowałem. Musi być taki napis, aby nikogo nie raził, bo podobać, z racji na treść, się pewno nie będzie.
        Osoba z wadą wzroku, nawet mimo najszczerszych chęci, nie jest w stanie dobrze funkcjonować, dopóki nie otrzyma właściwych szkieł.    
        Grzech, którego znamiona nosimy, jest taką wadą wzroku dla naszego ducha.


Obraz Boga został zamazany. Nie widać wyraźnie, co jest dobrem, a co złem. Gdzie znajduje się granica. Co jeszcze nam wolno, a czego już nie. I którędy droga do zmartwychwstania. Człowiek nie rozumie, kto to jest Bóg, czego pragnie, czego chce?  Fałszywi artyści zniekształcili wizerunek Boga. Aż się prosi by Bóg wziął do ręki pędzel, czy jakieś narzędzie i zaczął nim malować. A On żąda tylko ufności, bo sam jest doskonały i chce stworzyć na nowo dzieło, wielkie dzieło. Takie, aby wszystkie narody przed Nim upadły na kolana. Dlatego dziś Bóg zadaje pytanie Kościołowi  i światu: Ludu mój ludu cóżem Ci uczynił? W czym ci się uprzykrzyłem? 
...
Odpowiedz!  http://www.youtube.com/watch?v=fjctZJL9GYQ
...

Oto cię wywiodłem z ziemi egipskiej. Tyle razy cię ratowałem, wspierałem, błogosławiłem.
Dlatego zadaje mi  Bóg dzisiaj pytanie: Z czym staniesz Jerzy  przed Panem? Z czym się pokłonisz Bogu Wysokiemu. W jednej sekundzie możesz spaść na beton z rusztowania, któreś sobie sam na balkonie wśród kwiatów wybudował. Jesteś sercowy, przez ostatnie dni nie bierzesz wszystkich leków, a pchasz się do "Zmartwychwstania". Czy Pan się tym zadowoli?  Nie wystarczy że Sam Zmartwychwstał?
      Dlatego Bóg przez proroka Micheasza pokazuje czego żąda od nas? Czego żąda od ciebie? I czego żąda ode mnie?

Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre, jeśli nie pełnienie sprawiedliwości, umiłowanie życzliwości i pokorne obcowanie z Bogiem twoim? 

       Wszystkiego nam brakuje, a najbardziej tego ostatniego, pokornego obcowania z Bogiem twoim. Czy wobec tego "reklama" Zmartwychwstania Pana wyklucza pokorne obcowanie z Bogiem? 
Silisz się Jerzy na danie "Znaku Jonasza", ale odpowiedz sobie co to ma wspólnego z pokornym obcowaniem z twoim Bogiem? Na czym to twoje obcowanie ma polegać? 
Zawsze z Nim.
Tylko w sercu?
No nie, mając Go w sercu będę Nim promieniować na zewnątrz.
Pan Bóg chce na nowo uczynić twój wzrok zdrowym. Pozwól Mu działać. 
A więc zdaję się na Ciebie Boże. Zawsze przemawiałeś do mnie przez znaki. Wierzę, że i tym razem będzie podobnie.
*

       Od paru dni Pan Jezus toczy w Ewangelii bój z faryzeuszami. Co chwila Go ścigają, co chwila uderzają w Niego. Kiedy im Jezus porozpruwał wnętrzności za atakowanie apostołów, gdy w szabat łuskali kłosy zboża, wtedy zebrali się by go na śmierć skazać. Ale jeszcze nie byli na tyle silni, więc Go prowokują dalej. 

No, bo kto z was potrafi dać znak?
Przed wyborami, pójdziesz pod kiosk, dasz 100  pijaczkom po  100 zł i na ciebie zagłosują. Kupisz im jeszcze kiełbasę i w wielu prowincjalnych głosowaniach ten manewr wystarczy. Jest to dla nich znak: dostał kiełbasę, i piwo, i głosuje na tego radnego, i on przechodzi...


     Ale daj im znak, który by ich przekonał, że jesteś prawdziwy
     Co robi Zbawiciel?
     Pan Jezus zapowiada im cud Zmartwychwstania, mówi o znaku proroka Jonasza. Ale wie, kogo ma przed sobą. Ma niedowiarków, którzy sami uważają się za arcydzieło. Pan Jezus nie może wykorzystać faryzeuszy, ani arcykapłanów, ani uczonych w piśmie do malowania dzieła. Nikt nie zarzuca im braku mądrości, czy braku wiedzy, ale oni są tak pewni siebie, że Bóg nie byłby wstanie swobodnie z nimi działać. Oni by chcieli nakreślać obraz wedle własnego widzenia. Dlatego mówi im, że na sądzie ludzie z Niniwy  wystąpią przeciwko temu pokoleniu ponieważ uwierzyli Jonaszowi i nawrócili się. A tu jest coś więcej niż Jonasz. 

Więc znowu ich Pan Jezus prowokuje. Mówi im, że przekracza znak Jonasza, którego uważali za proroka. Znowu Jezus ustawia się wyżej nad  prorokiem. On ich cały czas podprowadza w przestrzeń Boga. Mówił to tyle razy. Nie trafiało to do nich. Nic, zero reakcji. Mówi im o królowej z południa, która przybyła, aby słuchać mądrości Salomona, a tu jest coś więcej niż Salomon. Bo dla Żydów Salomon, to był szczyt mądrości, uniesienia. Żaden proch nie dorównał mu w jego mądrości, w jego wspaniałomyślności. Oto tu jest coś więcej niż Salomon.

A ty Jerzy chcesz głosić Zmartwychwstanie? 
Tak Panie, bo próżna byłaby moja wiara, gdybyś Ty, Jezu nie Zmartwychwstał. 
To co, stawiasz się wyżej niż znak Jonasza, niż Moje Zmartwychwstanie.
Oto tu jest coś więcej niż tylko Twoje Zmartwychwstanie Boże. Nie jesteś "Bogiem umarłych , lecz Bogiem żywych" (Mk 12,27).

Kimże Ty jesteś Jezusie Chrystusie ???

A kiedy w  trzecim dniu zmartwychwstanie, oni przypomną sobie o tym znaku. Zrozumieli wtedy, że to jest ich koniec. Uruchomili kasę. Lećcie zapłacić żołnierzom. Mówcie żeśmy spali i wykradli ciało. Jak to powiemy namiestnikowi kara śmierci za niewykonanie rozkazu. To już my porozmawiamy z namiestnikiem. Jak tu wystarczyło po 100  denarów na łebka, to tam poszło 5 tys. denarów, żeby namiestnik nic nie widział, i żeby uciął znak Jonasza że Jezus Chrystus Zmartwychwstał. A tego przed Jezusem, oni dobrze wiedzą, nie zrobił nikt inny. To tylko mógł uczynić sam Bóg. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają (Hbr 5, 9). 


Przez Jego Krzyż, Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie w Chrystusie zostało pojednane niebo z ziemią, gdyż sam Boży Syn zstąpił z nieba i sprawił, że możemy się tam dostać razem z Nim (KKK 2795). 
        Przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach - w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych (Flp 3, 10).
       Bóg (Syn) nie przeszkodził, by śmierć rozdzieliła Jego duszę i ciało, zgodnie z koniecznym porządkiem natury, na nowo jednak je połączył przez Zmartwychwstanie, by "stać się w swojej osobie punktem spotkania śmierci i życia", zatrzymując w sobie proces rozkładu natury powodowany przez śmierć i stając się zasadą połączenia rozdzielonych części (KKK 625, św Grzegorz z Nyssy)

          Dlatego też ciała  zmarłych powinny być traktowane z szacunkiem i miłością wypływającą z wiary i nadziei zmartwychwstania (KKK 2300). 
        Kościół naucza, że każda dusza jest bezpośrednio stworzona przez Boga - nie jest ona "produktem" rodziców i jest nieśmiertelna nie ginie więc po jej oddzieleniu się od ciała w chwili śmierci i połączy się na nowo z ciałem w chwili ostatecznego zmartwychwstania.(KKK 366).  

A co na to Jego Matka? 
Wniebowzięcie naszej Królowej Maryi jest szczególnym uczestniczeniem w Zmartwychwstaniu Jej Syna i uprzedzeniem zmartwychwstania innych chrześcijan. Ty któraś poczęła Boga Żywego połączyłaś się ze ze źródłem życia (KKK 966).