niedziela, 31 sierpnia 2014

Miłość w kościele i demokracji ks.prof. dr hab. Jan Przybyłowski ks. dr Zenon Hanas

Rozmowy nie dokończone: Radio Maryja, 21 sierpnia 2014 w studio Ks. prof. dr hab. Jan Przybyłowski i ks dr Zenon Hanas, prowadzący spotkanie o Zdzisław Klafka CSsR do tego swoje "trzy grosze" kolorem fioletowym dodaje autor bloga.  Całość spisana z nagrania przez autora z niewielkimi skrótami. Tekst nie autoryzowany. 
Temat: "miłość w kościele i demokracji" ograniczony przez autora do zagadnień miłości małżeńskiej, a w szczególności do kwestii zaufania, kłamstwa i prawdy w relacjach przedmałżeńskich praz w okresie narzeczeństwa .
Audycja odebrana przez autora jako specyficzny prezent urodzinowy odnoszący się do własnych zapisków i   rozważań sprzed półwiecza.

Wprowadzający: o. Zdzisław Klafka redemptorysta.
        Chrześcijaństwo to religia miłości. Tu rodzi się pytanie: To dlaczego ludzi żyjących chrześcijańską miłością, ludzie tak się boją. Zastanówmy się zatem: Czy te rozmowy nie powinny być dla nas chrześcijan takim rachunkiem sumienia.
       W społeczeństwie miłość postrzegana jest jako gest dobroczynności, charytatywny - to dobrze, ale to nie wszystko. Jest jeszcze kwestia prawdy i godności człowieka i tu pole do miłości.  
ks. prof. dr hab. Jan Przybyłowski 
      Zajmę się miłością w relacjach takich bardziej rodzinnych, międzyludzkich. Jeśli mówić o miłości to trzeba mieć świadomość, że miłość płynie z prawdy. Jeśli ktoś boi się prawdy, boi się też miłości. A człowiekowi łatwiej jest żyć w świecie, w którym może żyć w kłamstwie. Zanim powiemy o miłości warto powiedzieć o tym, co ją wytrąca z naszej rzeczywistości w tym podstawowym istotnym znaczeniu.
       Z tegorocznych badań CBS-u przeprowadzonych w Polsce wynika, że ludzie nie ufają sobie, ludzie boją się sobie wzajemnie zawierzyć. Ufamy bez zastrzeżeń tylko osobom najbliższym (mąż żonie, żona mężowi, dzieci rodzicom, rodzice dzieciom).
- dalszym krewnym ufa co trzeci badany,
- znajomym co czwarty,
- współpracownikom co piąty,
- a innym generalnie nie ufamy.
To jest familiaryzm. Zamykanie się ludzi przed życiem w relacjach szerszych. Dobrze się czujemy w gronie rodzinnym ale nie potrafimy wyjść poza i zawierzyć tym, z którymi współpracujemy, z którymi przeżywają radość odpoczynku, spotkań o charakterze towarzyskim, kulturalnym. To jest życie, w które się jak gdyby nie angażujemy. Angażujemy się tylko w te bardzo bliskie relacje. 
      Tu rodzi się u mnie pytanie jak w takim nieufnym środowisku mają się odnaleźć przyszli małżonkowie? Jak przejść od całkowitego braku zaufania do wspomnianego familiaryzmu? Co jest zdolne pokonać tą barierę braku zaufania? Czy wystarczy ślepe młodzieńcze zauroczenie, rzucenie kamyczkiem, uśmiech, słowo, wspólny obóz wędrowny, bal maturalny, pocałunek?  Jakie znaczenie na zaufanie ma stwierdzenie jednego czy drugiego kłamstwa u kandydatki na żonę, na męża?    
       Przeciętny człowiek jak wynika z tych samych badań, kłamie od 2 do 200 razy dziennie. Przy okazji można sobie na koniec dnia zrobić rachunek sumienia i zapytać ile kłamstw ja mam na swoim koncie? 
Tu proponuję wysłuchać krótkie 3 min. nagranie 
https://www.youtube.com/watch?v=e3JTJSF8ME0 
(cytat z nagrania: "Grunt to się dobrze wyspowiadać po tym wszystkim, a potem znów można se zrobić małe kłamstewko".)
       W tej analizie trzeba podzielić kłamstwa na kłamstwa białe i na czarne (tak dzieli kłamstwa psychologia i socjologia).
Białe, to kłamstwa przyjmujące np.postać komplementów: "Ty masz twarz nieogoloną, ale wyglądasz bardzo męsko". Podobnych białych kłamstw nie boimy się raczej, bo człowiek uważa, że może się z nich łatwo rozgrzeszyć. Tu istnieje pewne niebezpieczeństwo, bo białe kłamstwo może być pewnym treningiem do kłamstw czarnych, czyli rzeczy poważnych.
     W badaniach modelowych społeczeństwa wychodzi, że kłamstwa czarne rozbijają życie społeczne, niszczą struktury w tym i życie rodzinne doprowadzają niekiedy do upadku, rozwodów, a kłamstwa białe, mimo, że jest ich dużo więcej powodują, że grupy społeczne, a w tym i narzeczeni i małżonkowie jakoś funkcjonują, a nawet się bardziej scalają. Czy to by oznaczało że możemy się usprawiedliwiać z naszych białych kłamstw. Oczywiście że nie. Tylko powinniśmy jako okłamani właściwie do tych kłamstw podchodzić. Jeśli jeden z narzeczonych (małżonków) próbuje uniknąć konfliktu, próbuje w jakiś sposób wyciszyć rodzący się konflikt używając do tego celu białych kłamstw, to nie powinniśmy wyciągać najgorszych argumentów moralnej oceny jego postępowania, tylko pozwolić by tak jak nasze grzechy powszednie ogarnęła to najpierw miłość Boga. Żeby ten człowiek nie był osądzany, tylko żeby potrafił w tej swojej postawie (może nawet do końca on nie jest tego świadomy, że w tej postawie szukającej zgody, porozumienia nawet pojednania nie został oceniony jako człowiek nie moralny. Bo wtedy niszczymy to co pozwala człowiekowi funkcjonować. 
       Czy miłość by istniała między ludźmi gdybyśmy mówili sobie do końca prawdę? Możemy sobie takie pytanie zadać Ja uważam, mówi ks. prof. dr hab.Jan Przybyłowski, że mielibyśmy ogromne trudności z przeżywaniem miłości, gdybyśmy naszą miłość oparli tylko na prawdzie absolutnej. Na takiej prawdzie, którą jest Bóg. Bo nasza prawda o człowieku jest niestety ograniczona i nieraz to co widzimy, co wydaje się nam prawdziwe jest po prostu jakimś zakamuflowanym fałszem.
       H. Sienkiewicz pięknie powiedział w aforyźmie że: "prawda nie jest naga, bardziej kłamstwo jest nagie, bo często pożycza ubiór od prawdy".
       W tym naszym byciu z drugim człowiekiem, my potrzebujemy tego wyważenia między tym co niszczy nasze relacje, a tym co je buduje. I miłość, moim zdaniem, pozwala nam te drobne kłamstwa, w których funkcjonujemy ogarnąć w taki sposób, żeby one nam wzajemnie nie przeszkadzały. Widzieć to co w nas jest piękne, dobre wspaniałe, co daje nam poczucie szczęścia.
Prowadzący: 
       Tu konkluzja ten problem został  rozwiązany przez Papieża Benedykta XVI w encyklice "Caritas in weritate" - Miłość w prawdzie. Nie da się żyć w miłości nie będąc w prawdzie, i nie może być prawdy bez miłości mówi encyklika Benedykta XVI. Jak to z tą miłością jest?
ks. dr. Zenon Hanas
       Zwyczajna miłość między kobietą a mężczyzną staje się pierwowzorem do wszystkich innych rodzajów miłości: do miłości do ojczyzny, miłości do swojej pracy , miłości do swojego otoczenia, do kościoła itd. Żeby zrozumieć czym jest miłość należy uważnie patrzeć jak kochają się małżonkowie, którzy dla siebie chcą poświęcić swoje życie, w sytuacji kiedy ta miłość jest definitywna, aż do grobowej deski, aż do śmierci.  
       Ja bym poszedł dalej i zapytał czy po śmierci można być nadal rozkochanym we współmałżonku, który przeszedł do wieczności? 
       Miłość małżeńska obejmuje jego ciało, jego dusze, jego pragnienia, jego uczucia, jego intelekt. Kochamy człowieka jako coś całościowego, a nie wybieramy sobie  tylko jeden element tej miłości. Jeżeli ludzie się prawdziwie kochają to w tych wszystkich obszarach począwszy od cielesnych potrzeb aż po najwyższe intelektualne.

dopowiada ks.prof. J.P. 
       W encyklice Deus caritas est Papież Benedykt XVI mówi, żeby właściwie określić czym jest miłość, to w zdefiniowaniu miłości ścierają się dwa wielkie systemy: jeden to system wiary - chrześcijaństwo, a z drugiej strony mamy do czynienia z powszechnym doświadczeniem miłości. W tym starciu można dopiero dostrzec co jest istotą miłości. Papież wychwycił to i mówi tak: "miłość zaczyna się od uczucia". Uczucie jest taką iskrą, która zapala miłość, ale żeby ją właściwie przeżywać, to trzeba się zwrócić w stronę istoty chrześcijaństwa, w stronę wiary która pokazuje istotę miłości.
dalej ks. dr Zenon Hanas pyta:
        Jak Papież rozumie eros i agape? 
        Eros to jest miłość wstępująca, a agape miłość zstępująca. Miłość jako eros ona pożąda, ona wychodzi, ona pragnie by człowiek był więcej niż sam, bo człowiek sam źle się czuje. Człowiek żeby kochać potrzebuje drugiego człowieka, a agape, to miłość zstępująca, kiedy człowiek odczytuje, że on może kochać samego siebie i dopiero jak pokocha siebie będzie mógł pokochać drugiego człowieka.         
      (Ewa nie potrafiła bardzo długo pokochać siebie jako dziecka gwałtu mówiąc: "o tym nie da się zapomnieć nawet w pracy" Nawet w późniejszych kontaktach ze mną i to nawet w kontaktach cielesnych, w okresie małżeństwa było Jej trudniej niż mnie pokochać siebie samą właśnie taką, a nie inną. Ja przeszedłem nad dzieckiem gwałtu do porządku dziennego, taką Ją pokochałem nad grobem Jej mamy i nigdy w późniejszych kontaktach nawet cielesnych nie wracałem do tego, a Jej bardzo długo nie wychodziło to pokochanie siebie, rzutując w pewnym sensie na pokochanie mnie). 
        Eros to miłość bez zakorzenienia w miłości do samego siebie - i to się nam zdarzało. Pożądam, ale tak na prawdę nie wiem czego?  Bliskości, ciepła, bycia z drugim ale tak na prawdę to mi szczęścia nie daje. Ja ciągle czegoś szukam, czegoś pożądam. Wychodzę i szukam tej miłości na zewnątrz, a ja muszę najpierw wejść w siebie, bo tam Bóg daje mi miłość w postaci takiego zaczynu, ziarna, które pozwoli, jeśli we mnie wyrośnie, poznać siebie i pokochać drugiego człowieka.  
         To wchodzenie w siebie, to odkrywanie, że we mnie jest Boży zaczyn miłości i to miłości przez duże M powodowało w nas obojgu wzrost czegoś co nazwałbym wielką odpowiedzialnością za współmałżonka, zdecydowanie większą niż za samego siebie. 
 
Ks.Zdzisław Klafka 
      Miłość potrzebuje drugiego - tak powiedziano.
Ks. Profesorze bardzo często nazywamy miłością to, co jest czystym egoizmem i nawet jest zaprzeczeniem miłości samego siebie. Przesadna troska o siebie. Przesadne wpatrzenie się w siebie.
Ks.prof Jan Przybyłowski 
        Ale to jest egoizm i nigdy nie można tego nazwać miłością. Miłością jest wtedy, gdy ja z własnego życia mogę uczynić dar. 
      (Chciałem i uczyniłem dar - podobnie chciała i uczyniła dar ze swojego życia Ewa). 
     Pan Bóg stworzył rodzinę by miłość mogła być wcielona. Potrzebuję drugiej osoby, żeby ta miłość z teorii stała się ciałem. Dopiero wtedy mogę powiedzieć, że żyję miłością jeżeli z własnego życia mogę uczynić dar. 
       (Dar czyniła Ewa nie koniecznie bezpośrednio dla mnie. Do końca ubogacała mnie sobą. Dar czyniłem i ja. W tym momencie słyszę dzwonek, dokładnie taki dźwięk, jakim zawsze dzwoni Kuba.Na zegarku jest kilkanaście minut przed dziewiętnastą. Kończę rozpoczęte zdanie:
      Papierkiem lakmusowym jest czy wszystko to co czynię jest miłością? Czy to co czynię jest darem dla kogoś?  
      (Przerywam pisanie i wychodzę z domu. Przed furtką stoi dwóch bezdomnych. Przyszli prosić o cztery kanapki chleba. Przygotowałem im dwanaście. Zjedli osiem, a cztery wzięli na śniadanie, by rano nie musieć pić na goły żołądek).
Prowadzący o. Zdzisław Klafka 
       Taka moja refleksja czy my dzisiaj gdy mówimy o etyce o teologii moralnej, o etyce filozoficznej odnosimy się do ja. Czy nie trzeba nam zacząć mówić o etyce wzajemności?
odpowiada ks dr Zenon Hanas: 
      No, jest to sedno tego problemu. Kiedy rozmawiamy o chrześcijańskiej miłości to przeciwieństwem chrześcijańskiej miłości nie jest nienawiść tylko obojętność, egoizm. Jest drugi człowiek, a mnie to w ogóle nie dotyka, ja go nie widzę.  
      (Dostrzegłem go siadłem z nim do stołu porozmawiałem jak człowiek z człowiekiem). Życzyli mi byśmy się w Niebie spotkali i chcieli bym im tego samego życzył. Poświęciłem im 45 minut na wspólną kolację. Chwalę się - nie daję świadectwo.
       Ten stan obojętności na drugiego człowieka jest gorszy od nienawiści, bo w nienawiści ja tego człowieka widzę mam z nim negatywne uczucie. Przy stanie nienawiści ja go widzę, atakuję, krytykuję. 
        (Tu wiadomo jest grzech, ale obojętność? Czy z obojętności się spowiadam? A przecież krzywdy mu nie robię?)  
       Przeciwieństwem chrześcijańskiej miłości bliźniego już dzisiaj nie tyle jest nienawiść co obojętność chrześcijanina, to jest dla niego zagrożenie to jest jego grzech. 
       W Tym jest działanie Boga, że właśnie w tym, a nie innym momencie kiedy z nagrania miały paść te słowa, pojawili się przed furtką owi bezdomni. Nie wczoraj, nie jutro ale dzisiaj. Dzisiaj nie w porze obiadowej, nie kawy, ale kolacji i to w momencie gdy chciałem wstać i sobie coś uszykować do jedzenia. I to w momencie gdy miałem tyle chleba by przygotować dla nich 12 kromek z masłem i obkładem, a dla siebie 4 łącznie z kromką, rozkroiwszy cały chleb, że miałem tyle masła że starczyło dla nich a zabrakło tylko dla mnie. Że mogłem im obłożyć szynką i serem. Co oni mi dali? Dali mi to, co mi nikt dzisiaj nie dał: zjedli ze mną posiłek i wysłuchali tego co im chciałem powiedzieć. Wysłuchali z niewymuszoną ciekawością, po prostu byli. 
         Żyjemy w takich czasach gdzie mentalność zamykania się w samych sobie, w takim własnym świecie (co mi niewątpliwie grozi siedząc przy kompie), kiedy będą zaspokojone moje własne potrzeby, tak ta mentalność jest wtedy przez współczesny świat kreowana. Możemy to zobaczyć jak ktoś wchodzi do internetu  świat wokół niego jest zamknięty, taka kapsułka wokół niego. On (czyli ja) z nikim nie nawiązuje relacji, tylko jest zamknięty sam w sobie. Przez to człowiek jest samotny. (nawet bezdomni, jak świadkowie Jechowy chodzą we dwójkę). Jedną z najważniejszych przyczyn cierpień  współczesnego człowieka jest jego samotność (to wyraźnie pite do mnie). Sam chce być samotny, (Pytałem o to obu bezdomnych. Oni nie chcą być samotni, to ich boli, oni pragną kontaktu). Człowiek wychodzi z tej samotności żeby nawiązać taką krótką relację, żeby, nie wiem, jakąś potrzebę zaspokoić (zjeść w towarzystwie kolację) ale istotą chrześcijańskiej miłości, podkreślam, będzie dar z samego siebie i kiedy o tym mówimy, no, to uczymy się tej miłości, takiego darowania siebie bez otrzymywania zapłaty, bez oczekiwania na jakąś rekompensatę, tylko z czystej potrzeby. Jak matka daje dziecku coś? No ona to czyni nie dlatego, że dziecko jej to odda, ona to robi po prostu z miłości do tego dziecka. Myślę że ten obraz kochającej matki jest doskonałym modelem takiej miłości chrześcijańskiej. 
       No jest też Kościół, przynależność do wspólnoty kościoła. Kiedy my tworzymy tę wspólnotę na zasadzie dawania siebie nie oczekując jakiejś wielkiej rekompensaty. Tworzymy tę wspólnotę dlatego, że czujemy, że to jest wspólnota w której można żyć, w której można zmieniać rzeczywistość. Ta świadomość przynależności do Kościoła, miłości do Kościoła, uczenia się tej miłości dla tej wspólnoty , konkretnej wspólnoty parafialnej. Ja uważam że jest to taki drugi obszar uczenia się tej chrześcijańskiej  miłości. Zauważmy , że wspólnoty które powstają jakie by nie były charyzmatyczne, modlitewne one opierają się właśnie o dobro wspólne, dar swojego czasu, swojego zaangażowania, i to okazuje się daje ludziom takie poczucie szczęścia, wolności że oni nie są zmuszeni zapłacić tylko po prostu uczestniczą w czymś co ich przerasta. I myślę że świadomość przynależności do kościoła, bycie chrześcijaninem i przynależenie do kościołato są takie dwie rzeczywistości które pozwalają zrozumieć czym chrześcijańska miłość po prostu jest.
27:50 ks Zdzisław Klafka 
        W rozmowie została dotknięta ta wspólnota, w której tak naprawdę możemy żyć miłością i być zanurzeni w Miłości i to jest wspólnota Chrystusowego Kościoła. Odkąd znamy pomniki ludzkiej wytwórczości miłość była zawsze przedmiotem poezji , literatury, sztuki, a więc fascynowała zawsze. Odkąd zaistniał człowiek miłość bardzo fascynowała, ale czy z chwilą kiedy Jezus Chrystus, Syn Boży stał się człowiekiem, stał się jednym z ludzi,  czy w tym momencie coś jakościowego zmieniło się? Czym ta Miłość stała się , kiedy Bóg stał się widzialny? 
28:50 odp.ks. dr Zenon Hanas
        Kiedy mówimy o miłości Boga do człowieka to Jezus Chrystus jest bardzo namacalnym wcieleniem tej Miłości. To jest miłość, która jest gotowa cierpieć, po to by człowieka przyprowadzić z powrotem do Pana Boga . Pokazać mu, że nasze życie ma sens, że jeżeli przejdziemy przez krzyż dźwigając krzyż to to nas poprowadzi do Zmartwychwstania. Jezus to nam pokazał. Nie tylko mówił o tym, ale pokazał dosłownie i doświadczył tego wszystkiego. Dlatego kiedy mówimy o miłości Boga, która może być dla nas taka nienamacalna, trudna do odczucia w modlitwie, kiedy się modlimy to czasami odczuwamy taką miłość Pana Boga która nas ogarnia. No ale w Jezusie Chrystusie, ta miłość Pana Boga, no ona przybrała bardzo konkretny kształt:  Imię Osoby z którą się spotykamy. No wierzymy, że Jezus żyje jest wśród nas i dzisiaj kiedy się do Niego zwracamy no to, tą miłością nas może obdarzać. Dla człowieka wierzącego osoba Jezusa Chrystusa to jest miejsce gdzie tak namacalnie można doświadczyć Bożej Miłości, tej najgłębszej miłości, która jest fundamentem naszej egzystencji.
Ks. prof. Jan Przybyłowski
       Ja bym tu dodał, że z przyjściem Jezusa coś się zmieniło. I teraz pytanie co? Otóż Jezus postawił bardzo duże wymagania miłości. Ja bym tak to określił, że do Jezusa miłość było można łatwo osiągnąć, łatwo ją odczuwać, łatwo ją wprowadzać w życie. Chrystus ją zmaksymalizował, czyli uczynił ją czymś trudnym. Nie tak jak do tej pory rozumieli, że to jest szczęście, radość, ciepło, bliskość, czyli wszystko to co wydawało się takie bliskie człowiekowi jego potrzebom. Jezus mówi nie! Miłość jest wymagająca. Ale teraz tutaj proszę ojca, powstaje pytanie, nawiązuję do tego, o co ojciec pytał: "Dlaczego ludzie tak się boją chrześcijaństwa, kościoła i tej miłości, którą on głosi. Otóż dlatego, że to jest miłość, która uwzględnia współpracę, ale jednocześnie ukierunkowana jest na rywalizację. Bo współpraca to jest coś co pozwala nam osiągać coś razem. To jest piękne. Ale miłość, którą głosi Chrystus i którą Kościół realizuje w swoim działaniu to jest miłość wg zasady: mam kochać więcej niż inni. Przypomnijmy sobie scenę spotkania Jezusa Zmartwychwstałego z Piotrem. Zadaje mu trzy razy to samo pytanie: Czy miłujesz mnie więcej, aniżeli ci, więcej niż inni? On nam pokazuje, że jeżeli chcemy być Jego uczniami, to my musimy w imię Jezusa rywalizować z innymi ludźmi w miłości . Widząc Jezusa, W miłości do Jezusa rywalizować z innymi ludźmi, czyli: chcę kochać więcej niż inni. Ja ciągle muszę tym żyć to mi pozwala się rozwijać, to jest mój motor napędowy mojego chrześcijaństwa, mojego życia. Natomiast współpraca co ona oznacza? To jest bycie razem w jakimś jednym celu (patrz najrozmaitsze wspólnoty działające w Kościele) Oczywiście ta rywalizacja może się przerodzić w egoizm: chcę być lepszy niż inni, lepszy. To bardzo łatwo prowadzi do egocentryzmu, czyli skoncentrowania całej uwagi na samym sobie i do egoizmu, czyli takiej postawy, która wyklucza innych w osiąganiu przeze mnie szczęścia, pokoju, radości. Inni są mi wtedy nie potrzebni. Ja bym podkreślił ten element rywalizacji i tego wymagania od miłości więcej niż wymaga tego kultura. sztuka, polityka, rodzina nawet bo ile razy Chrystus to podkreślał w różnych to aspektach, że powinniśmy Go bardziej kochać niż mamę, tatę, braci, siostry , bo dopiero wtedy zrozumiemy czym ta miłość właściwie jest. Więc ja zakończę tym, że Chrystus podchodzi do człowieka jak do człowieka. On wie, że człowiek jest na tyle słaby, że jeśli człowiek będzie szedł małymi kroczkami w miłości, to nic nie osiągnie. (mój przykład rozpoczęło się od przysięgi, to był kamień milowy na drodze naszej miłości). W miłości trzeba stawiać duże kroki, trzeba stawiać duże wymagania (Gostyń) i wtedy dopiero można miłość odczuć, można jej smak odczuć, bo inaczej, to ona nas pozbawi tego smakowania życia. 
Prowadzący o. Klafka 
         Czy nie jest tak, że my jako osoby wierzące, bardzo często w dyskusjach, łącznie z ludźmi niewierzącymi, nawet między sobą, czasami zapominamy użyć tego argumentu czym jest ta miłość. Proszę spojrzeć na te 21 wieków co uczyniła Chrystusowa miłość, przykazanie miłości bliźniego? Kompletnie zmieniło obraz historii. Czym był by współczesny obraz świata z jego pomnikami tych 2 tys.lat bez tego przykazania miłości. Jak widzimy, gdziekolwiek wprowadzano w życie to ewangeliczne przykazanie miłości to dokonywały się cuda. Potrzebni byli tylko ludzie. Pan Bo nie czyni tylko cuda tak po prostu czarodziejską laseczką, ale potrzebuje konkretnych ludzi, którzy poprzez czyny miłości ten świat przemieniają. Między innymi to się dokonuje w kościele i może przy okazji tej naszej dzisiejszej dyskusji, audycji. Bo nim się zainteresujemy czym jest ta rzeczywistość świecka, musimy się  najpierw zafascynować czym jest ta rzeczywistość duchowa, która wcale nie jest taka duchowa, bo jesteśmy, już tu ks. prof. podkreślał przynależymy,  a skoro przynależymy tworzymy jakąś konkretną rodzinę.

piątek, 29 sierpnia 2014

"Panie Jerzy! Dlaczego Pan tak się przemęcza!!! Tylu ludzi Pana ratowało. Sam lot śmigłowcem to kupa kasy. I to wszystko ma się zmarnować z powodu głupiego żelbetonowego bloczku??? Przecież ma Pan wystarczająco pieniędzy by zlecić takie prace choćby temu alkoholikowi z cmentarza. Grzeszy Pan przeciwko 5 przykazaniu". (Szymon S. komentarz z wczoraj z godz. 23:32 do poprzedniego wpisu na blogu pt "1966 - Obawy narzeczonego"
 
        Witam Pana po dłuższej przerwie. Odpowiem nieco szerzej, niezależnie od dzisiejszego rannego obszernego komentarza Linum, z którym się utożsamiam i  za który serdecznie Jej dziękuję. Panu natomiast dziękuję za ludzkie zatroskanie o moją osobę, a konkretnie o moje ciało. Chciałbym się odwzajemnić.
        Pisze Pan, że kupa kasy na to poszła. Tak ma Pan całkowitą rację. Ludziom należy się wdzięczność z mojej strony, a z solidaryzmu społecznego poszła kasa na ratowanie mego życia. Przez 48 lat płacę nieprzerwanie składki na ubezpieczenie zdrowotne, a ostatnie siedem lat nawet z dwóch tytułów. Gdyby policzyć mój wkład w solidaryzm, to wydaje się, że go nie wykorzystam do końca życia, a ciężki zawał serca miałem tylko jeden raz. Gdybym dostał drugi, a zarazem ostatni kończący życie, dla państwa byłby to tylko plus , bo nie trzeba by mi było płacić emerytury.
       Pisze Pan, że tylu ludzi mnie ratowało.To prawda jestem im wszystkim szalenie wdzięczny. Od lekarza murzyna, który by mnie operować "specjalnie" przyjechał z Poznania do Zielonej Góry, by raz w miesiącu mieć ostry dyżur w ramach umowy śmieciowej, właśnie w tym dniu w zielonogórskim szpitalu, po salową, która sprzątała mój pokój, a z którą mogłem sobie porozmawiać na temat cudu jakiego doznałem od Boga, od momentu daru zawału do wyjścia ze szpitala.
        Mnie ratowało wielu ludzi. I Pana, a konkretnie Pańską duszę ratują co najmniej dwie osoby, o których wiem. Jesteśmy szczerze zatroskani o Pańskie zbawienie, modląc się o Pana nawrócenie. Koniecznie Panu potrzebny jest kapłan, a najlepiej egzorcysta. Tu, w tej duchowej materii, nie ma żartów. Jedyne co mogę na obecnym etapie, to tylko się modlić o Pańskie nawrócenie.
       Pisze Pan, że ten cały wysiłek ludzki, ta kupa siana ma się zmarnować. Nie! Tu się z Panem zupełnie nie zgadzam!    
       Dobro się nie marnuje, dobro Panie Szymonie rodzi kolejne dobro, gdyż każda dusza, która się podnosi dźwiga świat. Tylko ZŁO idzie na wieczne zatracenie. Szatani pytani przez egzorcystów: czy chcieliby opuścić piekło, odpowiadają że NIE. Oni chcą być na wieki potępieni. Czy Pan sobie może to wyobrazić? Chcieć być na wieki potępionym! Bardzo martwi mnie Pana postawa. Zmartwychwstać po śmierci, by zostać na wieki potępionym. Bóg jest miłosierny, ale czas miłosierdzia się kończy i nadejdzie czas sprawiedliwości. Panie Szymonie ma Pan jeszcze szansę. Proszę się nie załamywać. Bóg czaka na Pana.        
       Pisze Pan: "głupiego żelbetonowego bloczku". Jedno wielkie kłamstwo, w którym wyraźnie widać działanie Szatana. Jest Pan inteligentny, a dał się Pan tak wrobić. Tylko szatan nadaje wytworom myśli i pracy rąk ludzi przymiot "głupi". Bóg stwórca wszechrzeczy, w tym i człowieka, nie nazywa stworzonych przez siebie rzeczy "głupimi". Nawet Adama i Ewy nie nazwał głupcami. Dał im wolną wolę, tak zresztą jak każdemu z nas, byśmy mogli wybierać między DOBREM a ZŁEM. Gdy zaś człowiek wybierze ZŁO sam siebie uznaje za głupca. Póki człowiek żyje na tym widzialnym świecie, Bóg nie uważa go za głupca, bowiem zawsze może się człowiek nawrócić i pójść w stronę DOBRA, zwrócić się do NIEGO. Na tym polega mądrość Boga Panie Szymonie. A kamień, a jakikolwiek wytwór ludzki, od niestarannie zazbrojonego studziennego kręgu betonowego, skończywszy na bombie atomowej, nie może być "głupi". Tylko człowiek może rzeczy stworzone przez Boga i przez siebie wytworzone wykorzystywać w sposób mądry bądź głupi.


        Gdy zaś chodzi o "żelbetowy bloczek", to tu wyraźnie Szatan zaznaczył swoją obecność wpuszczając Pana "w maliny". No nich Pan spojrzy jeszcze raz na wszystkie zdjęcia. Gdzie tam Pan widzi żelbetowy bloczek? Kto z ludzi nazwie krąg bloczkiem? 

A jednak! Na kilku zdjęciach na chodniku leżą oderwane kawałki kręgu. Te kawałki, które można by nazwać bloczkami sprawiły mi najwięcej kłopotu. Te dwa żelbetowe bloczki, o których Pan napisał, oderwały się od kręgu nie przypadkowo już na ulicy, w miejscu gdzie są na zdjęciach, ale jeszcze zanim wtoczyłem krąg na zagonek.
      Tu Szatan wykazał się wyjątkową inteligencją. Gdy ludzie przed wiekami wymyślili koło, najpierw było ono pełne. Taki plaster przepiłowanego w poprzek drzewa. Z czasem wymyślono, że wystarczy tylko zewnętrzna obręcz by koło się toczyło. To było mało. By dało się z obręczy korzystać wymyślono z czasem szprychy i piastę koła. Potem, gdy koła zaczęły się kręcić, z coraz to większą szybkością, wykryto zjawisko wyważana kół. Nie wyważona opona samochodowa ścierała się bardziej, opona jak to się mówi "biła", a pojazd zużywał więcej paliwa.  
       Podobnie sprawa ma się z żelbetowym kręgiem pozbawionym dwóch bloczków. Jedna połowa kręgu okazała się dwa razy cięższa niż druga. 
     Gdyby krąg był równej szerokości na całym obwodzie do jego toczenia wymagana byłaby siła "T".
     Gdy zaś krąg toczył się szeroką podstawą do dołu do jego toczenia potrzebowałem nieco mniejszej siły, gdyż cała góra była lżejsza o połowę.  Była to zatem siła = (T - 1/4 G) gdzie G to ciężar całego kręgu.
     Odwrotnie, gdy przyszło mi toczyć krąg w momencie, gdy wąską częścią przylegał do podłoża potrzebowałem zdecydowanie znacznie większej siły = (T + 1/4G).
     O ile toczenie, wałowanie szeroką powierzchnią do podłoża nie nastręczało trudności, to nawet jednokrotne przetoczenie kręgu po wąskiej powierzchni okazało się dla mnie zbyt trudne. Szatan wiedział jak mi utrudnić robotę odrywając dwa bloczki z kręgu. Gdyby równo cały krąg pozbawił z jednej strony kolejnych dwóch trzech bloczków i krąg byłby o połowę węższy do jego toczenia potrzebowałbym tylko siły 1/2 T, a tak przy przetoczeniu przez wąską część  musiałem o pomoc prosić osoby trzecie.

     Wszystkim pomocnikom, zwłaszcza kobiecie, która mi pomogła podnieść krąg serdecznie dziękuję.  

Pierwsze takie samodzielne przetoczenie, gdy szeroka część kręgu znalazła się u góry skończyło się fatalnie, krąg stracił stabilność i przewracając się pokaleczył mi  prawe kolano. 

To to samo kolano, które mnie od kilku miesięcy już boli. Chwilami ból uniemożliwia mi dłuższe klękanie. Całe szczęście, że choć wynik jest dobry to zn. bez zmian.

        Papież Benedykt XVI jeszcze jako kardynał powiedział w swojej książce "Duch Liturgii", że niezdolność do klęczenia to istota elementu diabolicznego. Nie miałem wczoraj wątpliwości, że Szatan odrywając od kręgu wspomniane przez Pana "żelbetowe bloczki" przygotował zamach na moje bolące prawe kolano, na które od dziecka rozpoczynam klękanie przed Bogiem. Bo wie pan Panie Szymonie tam gdzie postawa klękania zanikła, tam trzeba się tego nauczyć, a ja czuję w sercu, że nie wymigam się od tego Krzyża. Bo z Krzyża wyrasta ZMARTWYCHWSTANIE
       To prawda panie Szymonie, że zlecenie tej pracy osobie trzeciej. Przekopanie posianie i zawałowanie zamknęło by się stówą z pocałowaniem ręki. Stać mnie na taki wydatek, ale nie o to chodziło by się nie zmęczyć. Wręcz przeciwnie przez dwie godziny wałowania, bo nie spieszyłem się z tą pracą, umęczyłem się tak, że pot spływał ze mnie nieomal jak przed laty przy zawale. Przez dwie godziny zapomniałem o swojej niezoperowanej, a doskwierającej przepuklinie, do dzisiaj jej nie czuję. Mimo że lał się pot nie myślałem o kolejnym zawale. Rano miałem telefon od syna z Jasnej Góry. Pan pewno nigdy nie doświadczył tego, co dla ojca znaczy, kiedy syn będąc służbowo na południu polski wstępuje do Matki. "Dzwonię z Jasnej Góry", krótkie jedno zdanie wystarczy by syn nie tylko sprawił nim radość, ale by ojciec doświadczył dodatkowych sił.  Wysiłek i zmęczenie w sprawach Bożych, a taką było dla mnie obsianie kwiatami zagonka przed domem, zostało wynagrodzone po raz kolejny rozmową telefoniczną bezpośrednio przed Apelem Jasnogórskim. 
         Pisze Pan: "to grzech przeciwko 5 przykazaniu". Dla mnie i nie tylko, najważniejsze jest pierwsze przykazanie, gdyż na nim opierają się wszystkie następne. Szczególnie niebezpieczne jest szafowanie 2 przykazaniem, gdy pomija się pierwsze. Wynoszenie miłości bliźniego, którego powinniśmy kochać jak siebie samego ponad miłość Boga.  Wywyższa ono miłość własnej osoby, a zatem i dbałość o siebie ponad dbałość o sprawy Boże. W konkretnym przypadku wałowania zagonka z kwiatkami, ZŁO ukryło się pod podobną do Pana radą, jednej z osób obserwujących moje wczorajsze zmagania: "Posiej tu trawę a będziesz miał mniej pracy". Oczywiście, że z utrzymaniem raz założonego trawnika jest mniej pracy niż z utrzymaniem dużego kwietnika na którym marzą mi się zawsze kwitnące kwiaty. Dlaczego upieram się przy kwiatach? Bo Plac Zmartwychwstania to nie tylko ta część okolona krawężnikiem. Boże Miłosierdzie, w widoczny dla ludzi sposób, rozchodzi się poza okalające pomnik jezdnie. Dzisiaj gdy duch mojej żony spogląda na świat z Bożej perspektywy, widząc mój włożony wysiłek w przygotowanie trawnika, mówi mi: "rozumiem cię chłopie, czyń tak dalej, a będziesz tak jak ja zbawiony". Czego i Panu z serca życzę.
A teraz czas na południowy: Anioł Pański - w intencji za Pana.  

czwartek, 28 sierpnia 2014

1966 - Obawy narzeczonego

       Gdyby nie to, że kolejny wpis w moich zapiskach nosi dzisiejszą datę 28 sierpnia 1966 nie byłoby go w ogóle na blogu. 
      Gdybym po jego napisaniu, a przed korektą, nie zajął się pracą, która skończyła się testem wysiłkowym dla mojego serca, nie byłoby zdjęć, które mi zrobiono. 
      Od rana przekopałem zagonek przed domem, na którym tej wiosny  na kanonizację dla JPII kwitły niezapominajki. W południe obsiałem go mieszanką niezapominajek i nagietek, a wieczorem oddałem się bez reszty wałowaniu. 
       Dlaczego?
       Zrozumiecie to z tekstu sprzed 48 lat w którym na fioletowo zaznaczyłem dzisiejsze odniesienia i przemyślenia. 
        Motto:
       Jedna kobieta odeszła do Pana, druga kobieta nie przyjechała z rodziną. Rok szkolny się niebawem zaczyna, a ja czekam na sygnał. 
 
        Archiwalny wpis z 28 sierpnia sprzed 48 laty zaczyna się przekleństwem, które zamienię na cenzuralne słowo, a więc:

        Ciężko jest żyć na tym świecie. Człowiek nie wie co ze sobą począć. (Pod tymi dwoma zdaniami mógł bym się i dzisiaj podpisać obiema rękoma - mój dzisiejszy dopisek).    


        Najgorsze jest to, że Ona, taka bliska mi osoba, doprowadza do tego, abym musiał o Niej źle myśleć. (Wieloletnie pożycie małżeńskie nauczyło mnie tego, żebym zanim o kimś innym źle pomyślał, przecież to grzech, nawet jak się ma obiektywną rację, zaczął od siebie i w sobie szukał czy ja nie zachowuję się podobnie, a jeśli nawet nie, to Jezus, który był niewinny nie potępił przecież  jawnogrzesznicy? Mam być jak Jezus!). 

        Z pewnością Ewa robi to nieświadomie, ale po co? (Skoro nieświadomie, to nie ma grzechu, a więc tym bardziej nie powinno być sprawy. Ale po co? Tych nie wyjaśnionych "ale po co" po obu stronach, w ciągu jednego dnia gromadzi się kilka, kilkanaście. Wiele z nich się wyjaśnia, a wiele pozostaje zakrytych. Im bardziej wpisujemy się w Boży plan zbawienia tym tych "ale po co" jest coraz mniej).

        Mężczyzna, to takie bydle, że trzeba aby było czymś zajęte, bo w przeciwnym razie staje się sfrustrowane i apatyczne. (Większość mężczyzn w moim wieku, nie tylko z powodu choroby, nie mając nic innego do roboty jak tylko oglądanie TV i przeglądnięcie gazetki dochodzi do stanu "nic nie robienia". Nawet do kościoła na codzienną Mszę św. nie chce mu się zajrzeć.  Ewa to nazywała wylegiwaniem i myśleniem o niebieskich migdałach. A młody chłopak - kawaler, który tyle co skończył 24 lata, co robi po 4 miesiącach pracy, gdy kończy ją o 18:00?)

       Może zająć się kobietą, może dodatkową pracą (Tej wtedy w Polsce nie brakowało i gdybym chciał mógłby jeszcze pracować na ćwiartkę etatu), lub jakimś innym hobby (Dzisiaj siadłby pewno przed komputerem, by buszować w internecie)

       Szkoda, że kobiety nie zawsze sobie to uświadamiają. Facet najczęściej zaczyna i wybiera kobiety, a gdy ich nie ma pod ręką zajmuje się hobby. (jak się jeden, drugi i trzeci raz natnie na kobiecie, gorzej jak to jest jego własna żona, odpuszcza sobie baby i wchodzi w pracę lub hobby, którym może być także alkohol, narkotyki itp. 

      Jeśli znajdzie jedną dziewczynę, którą pokocha, która wejdzie w jego życie i zajmie mu sobą część jego życia, nieomal cały wolny czas, wszystko jest dobrze. Ustali sobie właściwe  proporce czasu między kochaną kobietą, hobby, a pracą. (tak było w początkowym pierwszym okresie narzeczeństwa. Całe ubiegłoroczne lato 1965 roku od końca maja do września Ewa miała wolne, ja miałem pozdawane wszystkie egzaminy na Politechnice i byliśmy tylko dla siebie. W tym roku Ewa pracuje w przedszkolu (dyżur wakacyjny), od lipca zaocznie robi studia na SN (zajęte soboty i niedziele) a od września podejmuje dodatkowe pół etatu w szkole). Ja od kwietnia pracuję na budowie w Środzie dojeżdżając 40 km każdego dnia, Budowa - pełnia sezonu idzie na wydłużoną zmianę od 6:00 do 18:00 i nie ma, że jestem stażystą, robię to co za rok będę robił jako kierownik budowy. Obiektywnie trudno było nam znaleźć wolny czas tylko dla siebie. - dopisane dzisiaj).

      Źle się dzieje, gdy ukochana kobieta, później rodzina nie potrafi, nie chce dołożyć wszelkich starań by chłopu wypełnić sobą te resztki wolnego czasu, które jeszcze pozostają. A już zupełnie jest źle gdy dotychczasowe codzienne kontakty zamieniają się z winy  narzeczonej, małżonki w widzenia raz na tydzień. Gdy nie potrafi, bądź nie chce, z niewiadomego mu powodu z nim porozmawiać.    

      Tak właśnie stało się dzisiaj, kiedy przy niedzieli (po południe i wieczór mieliśmy oboje wolny) usłyszałem: "rób co ci się żywnie podoba" i spotkanie po trzech godzinach Ewa zakończyła. 

Nie dziw się kobieto moją miną. Jak tak dalej pójdzie: 3 godziny widzenia raz na tydzień, nie pozostanie mi nic innego jak przez pozostały czas myśleć o Tobie. Choćby i źle. Będę myślał o Tobie tylko dlatego, że nadal Cię kocham, że stanowisz obecnie dla mnie wszystko. 
Ale jak długo tak można? 
Trzy godziny w tygodniu. 
Tak się chodzi do więzienia na widzenia. 

      (Oh, jakże współczuję obecnym rozbitym małżeństwom z których jedno wyjechało za pracą za granicę. Widzenie 1 dzień na miesiąc to pogrzebanie rodziny. Wszystko tylko nie rozłąka. Suchy chleb ale razem i z Bogiem. Inaczej praktycznie żadnych szans na przetrwanie). 

      W końcu poszukam sobie inną dziewczynę. Skoro Ona nie wypełnia mi sobą wolnego czasu poszukam innych, które go zapełnią.(Pisałem to na rok przed ślubem, a pół roku przed zaręczynami - mój dzisiejszy dopisek)

Czy nie jest to oczywiste? Racjonalnie patrząc z chłopskiego punktu widzenia trudno się "kochać" nie mając ze sobą kontaktu choćby słownego. Jak tak dłużej się pociągnie, to stwierdzę, że na nic taka znajomość, gdzie tu miejsce na założenie rodziny, gdzie czas dla dzieci? 

      Drugi ratunek, jeśli nie inne kobiety, to poświęcić się całkowicie pracy zawodowej, tak wyczerpującej, że jak wróci się z niej do domu, będzie się zdolnym tylko położyć spać, by przespać do następnego ranka i tak na okrągło do zatracenia siebie. 
       Trzecia możliwość nieco przyjemniejsza i łatwiejsza, to zająć się hobby jakie by nie było, byle tylko pochłaniało każdą wolną chwilę. 

       Ale jedno i drugie i trzecie, to takie podszepty szatana, który chcąc pozyskać człowieka odbiera człowiekowi czas. Odbierając czas odbiera nie tylko czas na Boga, ale i odbiera czas na prawdziwą miłość drugiego człowieka, odbiera czas na wspólne przeżywanie narzeczeństwa, na wspólne przeżywanie małżeństwa. 


        Lepiej, żeby się taki człowiek nie narodził, skoro nie wie po co ma żyć. Dla hobby? Dla pracy? Chciałby złożyć z siebie dar drugiej osobie płci przeciwnej, a czuje, że obiekt unika kontaktów. Co tu jest grane? Chyba jestem głupim i do końca głupim w tej materii pozostanę.  

Następny wpis nosi datę 9 grudzień 1966

środa, 27 sierpnia 2014

Msza Święta o pokój i pojednanie

Byłoby jakimś brakiem dla mojego bloga noszącego nazwę "POJEDNANIE", gdybym nie zamieścił relacji z papieskiej Mszy Świętej odprawionej w intencji pokoju i pojednania przez Papieża Franciszka w Seulu na zakończenie Jego pielgrzymki do Korei w dniu 18 sierpnia. 

Od tego wydarzenia minęło 10 dni, a ja zafrapowany historią korzeni mojego małżeństwa z Ewą odstawiłem zdjęcia i przemyślenia z modlitwy o pokój i pojednanie do internetowej zamrażalki. 
Nie mogąc się ruszyć w świat z Baranowa,  o czym marzyliśmy z Ewą na stare lata pozostało mi śledzić uroczystości na ekranie telewizora i robić zdjęcia ekranu.

Mimo, że nie zamawiałem budzenia mój Anioł Stróż zadziałał bezbłędnie budząc mnie o 2:40 w nocy na transmisję z katedry w Seulu.

Od lutego tego roku Polacy dzięki swojej determinacji mają okazję za pośrednictwem TV Trwam śledzić tego typu wydarzenia na żywo za co serdeczne Bóg zapłać składam całej obsłudze.

Wejdziemy procesyjnie z orszakiem z Ojcem Świętym Franciszkiem do wnętrza katedry Myeong - dong w Seulu, która wglądem i otoczeniem nie różni się od podobnych budowli europejskich.

    Podróż apostolska odbywała się pod hasłem: "Powstań i świeć", a Msza Święta o pokój i pojednanie w domyśle między Koreą Północną, a Koreą Południową.

Jeden naród - dwa państwa. Pozostałość II Wojny Światowej. Północ okupował Związek Radziecki południe Stany Zjednoczone.
Brak porozumienia - wojna bratobójcza w latach 1950-1953 i zawieszenie broni do dzisiaj. 


     W czasie gdy na naszych oczach,  tuż za wschodnią granicą, dokonuje się podobny zbrojny podział na zachodnią i wschodnią Ukrainę, a pokój coraz bardziej się oddala, wydaje się,

że jedyną rzeczą, którą możemy zrobić to zawierzyć te sprawy Maryi, prosząc Ją o opiekę nad światem, prosząc z wiarą o pokój i pojednanie we wszystkich rejonach świata, gdzie prześladowania chrześcijan przekraczają nasze wyobrażenia.

Niechaj ten reportaż zdjęciowy (zdjęcia ekranu TV TRWAM) to jedyna możliwość dla mnie głębszego uczestnictwa w tym wydarzeniu.
Zdjęcia pochodzą z dwóch nagrań jednego nocnego na żywo i drugiego z powtórki nadanej w ciągu dnia (18 sierpnia 2014 roku).
Spyta ktoś po co Jerzy nieudolnie dublujesz coś, co można obejrzeć na filmie na stronie TV Trwam ? Powiem tak.
Dla siebie. Dla swoich nieudolnych komentarzy. Dla zdjęć które wyłowiłem, a które mnie zaciekawiły. Dla pozostałych podaję link do nagrania:
https://www.blogger.com/blogger.g?blogID=709882484790366617#editor/target=post;postID=6602623412885257307;onPublishedMenu=allposts;onClosedMenu=allposts;postNum=0;src=link


Z lewej: układ ust Papieża Franciszka


Z prawej: Ojciec Święty pochyla się nad kobietą ofiarą gwałtu seksualnego armii japońskiej.

Słuchając słów komentarza przed oczyma mam Ewę, która za życia była w nieomal podobnej sytuacji jak ta Pani, która nie spała przez 5 nocy, by móc dotknąć dłoni Ojca Świętego
Papież czytający słowa powitania

Oficjele z Panią Premier. Miałem kilka zdjęć Pani Premier, na wszystkich ma identyczny wyraz twarzy i tą samą postawę (jak posąg przez ponad godzinę).


Z lewej:Piękne śpiewy chóru w czasie całej celebracji.

Z prawej: Każda osoba cokolwiek czytająca w czasie całej liturgii ma idealnie złożone ręce.

Dwa słowa, które rozumiem po koreańsku to Christus  i  "mir" - pokój.

Białe rękawiczki, świece i kadzidło.
w czasie liturgii.
Kobiety w białych chustach koronkowych.
Na twarzach kobiet wyjątkowe skupienie przez całą Mszę św.



Papież Franciszek
różne ujęcia.
Z papieskiej homilii zanotowane na gorąco: 
Boże dary pojednania i pokoju związane są z przemianą serc, które mogą zmieniać losy człowieka i narodu.

Usilne wołanie o pojednanie jest pytaniem o budowanie społeczeństwa tych, którzy nie mają udziału w podziale dóbr.. Wołanie o pojednanie to NIE dla konfrontacji, NIE dla podejrzliwości, NIE dla współzawodnictwa w wyszarpywaniu sobie dóbr materialnych.
Ile razy mamy przebaczać? Nie 7 a 77 razy. Za każdym razem mówiąc "Ojcze nasz"  - jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
To co z ludzkiej perspektywy nie możliwe, ludzie przez modlitwę otwierają bramę przebaczenia do pojednania, a On Bóg Ojciec czyni owocnym przez Krzyż Chrystusa, który przywraca zerwane więzy jedności.
Miejcie ufność w moc Chrystusowego Krzyża. Jest to przesłanie szczególnie dla Was kapłani i świeccy. Proszę dawajcie świadectwo przebaczenia na każdym poziomie życia. Będzieci e zaczynem Królestwa Bożego.

Modlitwą wyjednacie dobro, którego pragniemy. Jawią się nowe możliwości dialogu, coraz większe znaczenie ma, że wszyscy koreańczycy to jeden naród mówiący tym samym językiem.

Zanim opuszczę Koreę dziękuję Pani Premier, dziękuję kapłanom, władzom cywilnym i kościelnym i proszę abyście budowali pomosty szacunku i dialogu. Bóg wzywa nas, abyśmy się do Niego nawrócili
Niech uczniowie Chrystusa szykują nadejście nowego dnia, kiedy ta kraina radować się będzie błogosławieństwem zgody i Pokoju.

Wezwanie do przebaczenia skierowuję zwłaszcza do osób pokrzywdzonych obecnych na Mszy świętej świadomych jak wielkich krzywd doznały. Historia zatacza koło przebacz nie 7 a 77 razy.



Modlitwa wiernych, zauważ każda osoba kobieta czy mężczyzna, młody czy stary, siostra zakonna czy młodzieniec wszyscy jak jeden w czasie modlitwy trzymają ręce złożone jak do modlitwy. Budujące!





W modlitwie wiernych modlitwa za prześladowanych chrześcijan w Iraku W ciągu roku ich ilość spadła z niespełna 2 mln do 150 tys. Został mniej niż co dziesiąty. Wyobraź to sobie, spójrz na swoją rodzinę. Co dziesiąty, co dziesiąty,co dziesiąty.

Na papieskim ołtarzu ofiarnym na środku krzyż z pasyjką w stronę celebransa, sześć grubych świec woskowych i dodatkowo jedna cienka przy mszale. 
Dary, tylko chleb i wino składa małżeństwo z dzieckiem. Żadnej przesady, wielka skromność.
Ciało i Krew Pańska.
Pokój mój daję wam. Nie zwracaj Boże uwagi na grzechy nasze, a doprowadź do pokoju i jedności.
Ojcze nasz po łacinie śpiewa cały kościół.
Z prawej współcelebrans.
Bo Twoje jest królestwo i chwała na wieki.



Starsi wiekiem kapłani klękają przed przejęciem Ciała i Krwi Chrystusa, młodsi nie. Ja przyjmuję Komunię Świętą duchowo.
Wierni na zewnątrz mokną na deszczu oglądając Mszę z telebimu.

Komunia Święta na zewnątrz i wewnątrz katedry tylko na rękę.
W tym czasie śpiew Christus vincit.

Papież nikomu nie udzielał Komunii Świętej. Siedział z rękoma złożonymi zatopiony w modlitwie.
Długa chwila ciszy. Papież adoruje Najświętszy Sakrament.


Matka Boska z głównego ołtarza z  Jezusem na rękach. Katedra w Seulu jest pod jej wezwaniem.
Z prawej podziękowania, pożegnania.

W czasie pielgrzymki Papież Franciszek kanonizował 124 koreańskich męczenników pierwsza w Seulu. Poprzednią 103 koreańskich męczenników przeprowadził Jan Paweł II w Rzymie.


Hasło"Powstań świeć " to z księgi Izajasza.