środa, 21 października 2015

Imieniny Ewy

Przed wczoraj wróciłem głodny do domu późnym wieczorem. Kolację zjadłem przy Apelu Jasnogórskim, a dziennika w TV nie dało się już nie z mojej przyczyny w internecie obejrzeć. Było mi to na rękę, bo z wrażeń z dzisiejszego dnia mógłbym powieść napisać, ale sił brakło i wypiwszy litr płynu położyłem się spać. Niestety miało to fatalny wpływ na mój przerywany ciągłym wstawaniem sen. Nie przeszkodziło to, bym wczoraj wstał za 5 min szósta. 

     Od czego tu zacząć dzień, radzę się Anioła Stróża? Od Boga - odpowiedź padła jednoznaczna. Dylemat jednak pozostał. Czy iść na 20 min pod Boże Miłosierdzie, czy też jechać na Mszę św. Wybrałem i jedno, i drugie. Krótkie westchnięcie modlitewne i już siedziałem w samochodzie jadącym na 6:30 do Pallotynów. 
     Jak to, nie zamówiłeś Jerzy w dniu imienin Mszy św. za żonę? 
      Zamówiłem, zamówiłem, została odprawiona w Hiszpanii, w czasie parafialnej pielgrzymki. 
      Gdzie?  
      Nie wiem, ale czy to ważne. Ważne że Jezus zabrał moją intencję przed tron Boga Ojca, w czasie swojej śmierci krzyżowej, w czasie Mszy św. sprawowanej przez Księdza Proboszcza. 
      Tym razem nie zostałem na adoracji Najświętszego Sakramentu. W kieszeni miałem komórkę przedwczorajszego mego gościa Ks. kan.Wojciecha Pawelczaka, która pozostawiona na stole przed Zmartwychwstaniem Andrzeja Malczewskiego w nocy wyrwała mnie ze snu. 
      Jacek Malczewski siostrzeniec sługi Bożej Wandy Malczewskiej namalował Zmartwychwstanie / Nieśmiertelność w 1900 roku cztery lata po śmierci swojej cioci Wandy, stygmatyczki i wizjonerki. Wprowadzam tym zdaniem przedwczoraj Ks. Wojciecha Pawelczaka w temat pokazując mu mojego Anioła na obrazie i na zdjęciu ślubnym. 

A On mi na to: w Kobylnicy, gdzie przez lata byłem proboszczem przy tabernakulum, kazałem wypisać dużymi literami złotą głoską  "TU  JESTEM  ŻYWY". To słowa samego Jezusa usłyszane przez Wandę Malczewską podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Mało tego, gdy dzisiaj pisząc te słowa słucham  przedwczorajszego 49 kazania Ks. Piotra Natanka z cyklu "Tato Jestem" ni z tego, ni z owego, zacytował słowa proboszcza z Ars Jana z Vianey kontemplującego Jezusa w tabernakulum: "TU  JEST   BÓG". Ksiądz Piotr mówił wczoraj te słowa w 34 min kazania. 

Gdy on to mówił ja słuchałem w nabitym młodzieżą kościele Karola Boromeusza kazania dominikanina o. Adama Szustaka, na które dostałem zaproszenie od syna. Ucieszył się wczoraj, jak mnie zobaczył wychodzącego z kościoła. 

Jestem ciekaw czy na późniejszej nauce byli chłopacy.
Dlaczego? 
Bo wracając do samochodu, w promieniu 300 m od kościoła, nie było gdzie go zaparkować, a proboszcz parafii p.w. Karola Boromeusza powiedział dzisiaj, 

że w jego ocenie było ok 1500 młodych osób. Musiało być coś na rzeczy, skoro i mnie pytała młodzież czy dobrze idzie do Kościoła Karola Boromeusza, a szła prawidłowo ul Słowiańską prawdopodobnie z przystanku autobusowego.
http://www.boromeusz.pl/category/ogloszenia/

Konferencje o. Adama Szustaka są najogólniej mówiąc o wierze. Dzisiaj, w czasie rannej Mszy św. mówił o nieskończonej dobroci Jezusa Chrystusa na podstawie trzech przypowieści ewangelicznych: o zagubionej owcy, o zaginionej drachmie i o synu marnotrawnym. 

Nieskończona dobroć Boga, kłóci się z doświadczeniem pasterza owiec, który raz zagubionej owcy nie włącza do stada. Oczywiście, jak się zagubi, szuka jej, bo mu jej szkoda, ale poszukawszy, nigdy nie włącza do stada. 
      Dlaczego? 
Bo raz odłączona od stada będzie się w przyszłości odłączać i jeszcze pociągnie inne za sobą. Tak mówi doświadczenie tysięcy pasterzy, którzy zagubioną owcę zabijają, po jej odnalezieniu, a nie włączają do stada. A Jezus?

Kobieta szuka drachmę, przewraca do góry nogami całe mieszkanie. Ówczesna drachma miała wartość mniejszą niż jedną złotówkę, a koszt przyjęcia dla sąsiadek? O co tu chodziło Jezusowi? Przecież sąsiadki i tak, i tak,by się spotkały na rozmowie. Pół dnia  sprzątania było dla tego spotkania niepotrzebne mówiło doświadczenie życia tysięcy słuchaczek tej przypowieści. A Jezus?

I wreszcie opowieść o synu marnotrawnym. Czy syn wykazał choć odrobinę skruchy wobec ojca? Nie, jemu głodnemu zależało by się najeść ze świniami. Był tak samo nieczysty, jak te świnie. A ojciec, bez żadnych warunków wstępnych usynawia go z powrotem. Tak nie zrobiłby żaden rozsądny ziemski ojciec. A Jezus?

Przypowieści przytoczone przez Jezusa były i są sprzeczne z ówczesną i dzisiejszą logiką świata. I dlatego go Żydzi skazali na śmierć. On nieskończoną dobroć uzasadniał, a oni Go za "głupoty", które im wciskał skazali na śmierć, nie chcąc dłużej słuchać Jego nie przystających za nic do rzeczywistości "bajek". Napisz mówili do Piłata: "To On mówił, że jest królem".    
    
Poniżej moja odpowiedź, jaką dałem @Klarze na jednym z blogów zaniedbując wczorajsze pisanie na blogu. Kochani nie wyrabiam czasowo. Bezpośrednią pomoc bliźnim stawiam ponad pisaniem. Przez trzy dni wyjechałem pół baku paliwa. Nie o wszystkim da się pisać. Ale żyję i dziękuję za zainteresowanie. Nie ma wpisów to i Rosjanie przestali blog oglądać. Ha, ha, ha. 
A Klara stanęła w obronie o. Remigiusza, jezuity z Łodzi, który w internecie opublikował film instruktażowy jak przyjmować Ciało Pańskie na rękę. Linku nie podaję, bo u Boromeusza byłem dzisiaj pewno jedynym, który na klęcząco przyjął Jezusa do swego serca.
         W konsekrowanej Hostii jest żywe Ciało Pana Jezusa. To podstawowa prawda naszej wiary katolickiej. Albo w to wierzysz Klaro albo nie. Ja wierzę. Czy gdyby stanął przed tobą Klaro żywy Jezus, taki, jakim Go widzieli niektórzy święci i Apostołowie po zmartwychwstaniu wyciągnęłabyś, bo jesteś kobietą, pierwsza rękę do Boga, czy może z pokorą padłabyś w uniżeniu przed Nim na kolana?
 

        Na przyszłość staraj się, nawet wiedząc, że w konfesjonale siedzi o. Remigiusz spowiadać nie przed człowiekiem, a przed Bogiem. Przecież to nie ksiądz Remigiusz oddał życie za twoje, moje i nasze grzechy, a sam Jezus Chrystus. Spowiedź to sakrament , to zdecydowanie coś więcej niż porada psychologa dusz ludzkich. Przyznam się, że i mnie, nie za każdym razem udaje się spowiadać przed samym Bogiem,  choć bardzo się modlę o łaskę takich spowiedzi.
      A tak przy okazji twojej spowiedzi Klaro, ale już po spowiedzi zapytaj o. Remigiusza, czy Pan Jezus pochwalił by go gdyby nie dorosłych, ale już małe dzieci pierwszokomunijne, zaczął uczyć wyciągania rąk nie do ale po Jezusa, by potem jak dorosną inni kapłani, nie mieli kłopotów z przeprowadzaniem instruktażu dla dorosłych.
       Są tacy kapłani, którzy nie podają żywego Ciała Chrystusa wiernym na rękę,  nawet tak chorym jaką była moja żona, która przewracała się do tyłu gdy tylko nieco uniosła brodę i przymknęła oczy (glejak mózgu).  Ks. Małkowski mimo, że wyciągnęła ręce prawidłowo ułożone podał jej Jezusa do ust i o dziwo nic się nie stało, a w naszej parafii się przewracała i musiałem ją ubezpieczać.
      Miesiąc temu byłem świadkiem, doprowadziłem do podania żywego Ciała Jezusa Chrystusa do ust umierającej na moich oczach siedzącej w kościelnej ławce obok mnie osoby,  nie mającej już świadomości przyjęcia Komunii św. Od początku Mszy św do końca homilii następowało wyraźne osłabienie (osoba była po dwóch zawałach serca - pogotowie zawezwane), po homilii utrata świadomości i szybko następujący proces wychłodzenia ciała. W czasie Przeistoczenia - blada twarz przymknięte oczy i lekko uchylone usta, ręka którą trzymałem w moich dłoniach bardzo zimna. Gdy przychodzi czas Komunii Św. twarz staje się  trupio blada, a ręka ma temperaturę ciała ludzkiego jaka jest 2 -3 godz. po śmierci. Od wyznania wiary modlę się o cud, by sąsiad z ławki nie umarł przed podaniem mu wiatyku. Po podaniu Jezusa jubilatom (50 lecie małżeństwa) wyskakuję z ławki na środek kościoła i gestami wzywam kapłana z Panem Jezusem do siedzącego umierającego człowieka. Kapłan wkłada mu Hostię w uchylone usta. Facet jest już sztywny. Ze mnie błyskawicznie schodzi obawa o jego zbawienie. Jezus jest w nim. Zostawiam go sztywnego pod opieką żony, trzymała go za drugą prawą rękę, a sam przystępuję do Komunii św. poza kolejką na klęczniku z którego podniosła się jubilatka i wracam na miejsce do umierającego. Moja dziękczynna modlitwa za sąsiada i za siebie. Chwytam jego lewą dłoń jest tak samo zimna jak w momencie podania mu żywego Jezusa do ust. Żona idzie do Komunii św. W kościele było 40 osób. Gdy żona wróciła po Komunii św., (kapłan jeszcze komunikował, a wszyscy goście przyjmowali ją na dwóch klęcznikach i do ust), ręka umierającego człowieka, którą miałem w moich obu dłoniach stawała się ciepła, ale nie ciepłem moich dłoni. Wzrost ciepłoty ciała oceniam jako 10 razy szybszy niż proces wychłodzenia. Na ostatnie błogosławieństwo facet sam wstał w ławce. Pogotowie przyjechało po dobrej pół godzinie od zawezwania i nic nie stwierdziło. Na jubileuszowym przyjęciu siedziałem z nim do wieczora przy jednym stole.
       Wydarzenie miało miejsce równo co do dnia miesiąc temu, a opisałem je dokumentując zdjęciami na moim blogu w kilku wpisach. Z osób obecnych na jubileuszowej Mszy św. (jedną z nich był prof. Stanisław Mikołajczak - kandydat PiS na senatora z Poznania),  łącznie z dwójką kapłanów,  nikt poza żoną i mną siedzącym w ławce bezpośrednio za prof. Mikołajczakiem,  nie miał świadomości uzdrowienia - zachowania przy życiu tego człowieka. Ot facet zasłabł i doszedł do siebie nie psując klimatu jubileuszu 50 lecia małżonków.

Brak komentarzy: