sobota, 3 października 2015

Kradł dobre imię Jezusowi

I co ty na to Jerzy? 
Dostałem rzucone w twarz pytanie, oglądającego publiczną TV przeciętnego katolika, dotyczące pewnego księdza.
Słyszał, że mają go wyrzucić z Kościoła Katolickiego. 
Tak, przyznałem się, wiem coś o tym. 
Nie pociągnąłem jednak dalej tematu. 

       Złożył swoje stanowisko na piśmie na ołtarzu ofiarnym Sanhedrynu i czeka na osąd.  Wyrok ma zapaść z paragrafu o złodziejstwo.
      Co? Jest oskarżony o złodziejstwo? Kapłan o złodziejstwo? 
      Tak i to o złodziejstwo dobrego Imienia Jezus?
      Nie słyszałem by na kartach Ewangelii zarzucano Bogu Ojcu, Duchowi Świętemu czy też Jezusowi Chrystusowi złodziejstwo?
      Do czego to już doszło?
      Żeby kapłan zarzucał Jezusowi Chrystusowi publicznie złodziejstwo? 
      A cóż mu takiego Zmartwychwstały ukradł? 
      Oświadczył publicznie po 18 latach nieomal przed samym Papieżem, że  - wolność. 
      A ty go znasz Jerzy? 
      Nazwisko jakieś takie mi znajome. Gdzieś je w rodzinie zdaje się słyszałem.  Nie padło na blogu dotychczas, a skoro nie padło to go nie wymienię. Nie będę nim zaśmiecał "Pojednania". 
      A swoje to ujawniłeś Jerzy. Ty też oskarżyłeś Jezusa o złodziejstwo, nawet się z tego ostatnio spowiadałeś 16 września, jak napisałeś dzień później.
     Skoro temat szargania dobrego imienia Jezusa w drugim człowieku ruszony, dopiszę do mojego wcześniejszego oskarżenia dzisiejszy epilog. Najpierw jednak przypomnę co napisałem 16 dni wcześniej w poście zatytułowanym "20 miesięcznica śmierci Ewy i budzący Anioł"
Najlepiej będzie jak zacytuję tu sam siebie:


A więc zamówiłem u Anioła budzenie na 16:30. Jak zwykle położyłem się na miejscu gdzie 20 miesięcy temu zmarła Ewa. Usnąłem ....

        Dzwoni telefon, zrywam się z łóżka i podnoszę słuchawkę. Dzwoni pani Aneta. Niestety jutro do pana nie przyjdę,  z moim ojcem kiepsko i muszę się nim zająć. 
Nie ma sprawy, ojciec jest pierwszy, a nie ja, nie mam żalu do pani. 
        Jeszce raz przepraszam mówi pani Aneta  i kończymy rozmowę. 
        Wchodzę do jadalni i spoglądam na zegar jest punkt 16:30.  Tym razem ja dzwonię do pani Anety i mówię:  
        Mój Anioł Stróż posłużył się panią i obudził mnie głosem pani telefonu dokładnie o tej godzinie, o której chciałem. Śmiejemy się z tego oboje, ale fakt pozostaje faktem.
       Już w ostatnich dniach miałem podobne sytuacje z telefonem. 
       Teraz mam czas by pozmywać po gościach. Jest tego sporo. Zmywarka popsuta, pani Aneta nie przyjdzie jutro, a więc do dzieła. 
       40 minut zmywania, to 40 minut rozmyślania zakończonego modlitwą. To, że mnie Anioł obudził, rano o 5:10 (20 miesięcznica co do minuty śmierci żony - mój dzisiejszy dopisek) i teraz o 16:30 (na zamówienie po pół godzinnej drzemce - mój dzisiejszy dopisek) nie ma w tym nic dziwnego, ale dlaczego właśnie teraz o 16:30 posłużył się panią Anetą. Po raz kolejny staje mi przed oczami wczorajsza ranna spowiedź i tak konkretnie sformułowany jeden z moich grzechów: oskarżenie kogoś  w myślach o złodziejstwo (pisałem już wcześniej o tym na blogu). Grzech w myślach, a jednak... (Na spowiedzi powiedziałem dokładnie takie słowa, które teraz dosłownie przytaczam po 20 dniach: " oskarżyłem w myślach Jezusa o złodziejstwo w drugim człowieku"). A jednak zraniłem człowieka, mimo, że mu tego nie powiedziałem, nie miałem mu jak powiedzieć. Przecież jak mu teraz to powiem, to go zranię. Trudno ....  Będzie mi głupio, ale muszę się przyznać do paskudztwa i przeprosić i jakoś wynagrodzić. 40 minut rozmyślania,  w końcu modlitwa i postanowienie.   
         Przyznam się i przeproszę, bez względu jakie będą tego konsekwencje. Głupota ktoś powie. Ale z Aniołem nie ma żartów. Chwytam za słuchawkę i dwa razy wykręcam numer pani Anety, za każdym razem jej głosem nagrana prośba by się nagrać. Zupełnie tak samo jak było o 16:30, kiedy to po trzech moich telefonach z prośbą o nagranie się, pani Aneta sama, mając wyświetlony mój numer oddzwania się do mnie. Tym razem nikt do 22:47, mimo dwóch moich nieodebranych telefonów  przez 5 godzin do mnie nie oddzwonił. A ja siedzę cały czas w zasięgu telefonu. Trudno, widocznie Anioł nie życzy sobie tej rozmowy. Życzył sobie tylko zmiany mojej postawy, przyznania się do grzechu, postanowienia poprawy i zadośćuczynienia. Cóż mogę teraz zrobić? Zakończyć pisanie iść pod pomnik i pomodlić się w intencji ojca Pani Anety. Nie mogę drugi raz popełnić podobnego grzechu i w myślach podejrzewać ją o kłamstwo, tuszujące wymówkę, że jutro nie przyjdzie posprzątać.

     Od napisania powyższego minęło 16 dni. Punkt  8:00 pod dom podjeżdża pani Aneta. Umówiła się ze mną dzień wcześniej na mycie reszty okien. 
     Niestety, nie wiem czy pani zechce u mnie sprzątać - witam ją w progu domu.
     A co się stało? - z przerażeniem patrzy na mnie. Umówiliśmy się przecież wczoraj. 
    Tak, ale nie wiem jak to pani powiedzieć...
    Niech pan wali z grubej rury, znamy się nie od dzisiaj.        
    Podejrzewałem panią o kradzież aparatu fotograficznego po ostatnim myciu okien. 
    Tego srebrnego, jak skończyłam myć okno położyłam go na parapecie. 
    Tak, ale numer myślę sobie i mówię: To proszę mi pokazać gdzie?
    Wchodzimy oboje do pokoju, a srebrny aparat leży ... 
No proszę spojrzeć, leży dokładnie tu, gdzie go położyłam - mówi pani Aneta i dodaje specjalnie położyłam go na widoku, bo wiem jak go pan kiedyś szukał. 
    To na pewno był ten aparat - dopytuję. 
Ależ tak, po raz kolejny potwierdza pani Aneta. Przed myciem okna leżał na blacie obok przykryty papierami, a jak skończyłam mycie oka ułożyłam go na parapecie, by miał go pan na widoku. 
     Pani Aneto trzy godziny go szukałem, całą chatę przetrząsnąłem po pani sprzątaniu i nie mogłem go nigdzie znaleźć.
    To trzeba było zadzwonić do mnie, to bym panu powiedziała gdzie go położyłam, a nie się denerwować i podejrzewać mnie o złodziejstwo. Jak pan mógł? Nikomu nic nie ukradłam.
     I co znalazł się?
    Tak był w samochodzie - wyjaśniam.
    To musiał go pan sam tam zanieść. 
    Racja - przyznaję. Jak go znalazłem, to sobie dokładnie przypomniałem w jakich okolicznościach go dzień przed pani myciem okien zostawiłem w samochodzie. 
    A pani jest pewna, że to ten aparat położyła pani na parapecie? A może to ten czarny, stary pani kładła. Teraz widzę zakłopotanie na twarzy pani Anety. 
    Wydaje mi się, że był ten srebrny - upiera się pani Aneta i dodaje: pierwsza myśl jest prawdziwa. 
    To proszę sobie wyobrazić taką sytuację, że bezpośrednio po pani sprzątaniu, co miało w realu miejsce, szukam srebrnego aparatu. Nie znajduję go na parapecie okna i po dokładnym przeszukaniu pokoju dzwonię do pani z zapytaniem czy nie wpadł pani w rękę srebrny aparat, a pani mi z pełnym przekonaniem mówi:  tak, oczywiście położyłam go z lewej strony na parapecie, tak jak to pani dzisiaj mówi. Cóż ja wtedy robię? Co każdy człowiek by zrobił? Poszedł by jeszcze raz sprawdzić czy na pewno go nie ma na parapecie, a nie znalazłszy, pomyślał nie dosyć, że złodziej to jeszcze w żywe oczy kłamie.  

Wniosek: (uwaga nadinterpretacja). Jak to dobrze, że ostrzeżony przez Anioła Stróża dnia 17 września w 20 miesięcznicę śmierci Ewy, po dwóch nieodebranych moich telefonach pani Anety około godziny 5:10 po południu, (o 5:10 zmarła Ewa), nie wykonałem trzeciego telefonu (czwartego i piątego z kolei tego dnia) i nie dostałem odpowiedzi: srebrny aparat położyłam na parapecie okna. 

Brak komentarzy: