wtorek, 6 października 2015

Śniadanie w klasztorze, obiad nad jeziorem, a kawa u Janki


Wtorek 6 pażdziernik. Jest 19:40 a dopiero mogłem siąść do komputera. 
      Czy emeryt musi być tak zagoniony, że priorytet, który sobie postawił: codziennie coś napisać na blogu, nie może w praktyce zrealizować? 
      Czasami tak. Jak wiecie, u mnie miłość Boga jest na pierwszym miejscu. Dzień rozpocząłem od Mszy św. o 8:00 u Zmartwychwstańców, a potem od wspólnej z innymi Koronki do Bożego Miłosierdzia, w czasie której udało mi się poprowadzić śpiew piątej dziesiątki. 

Mszę  świętą ofiarowałem za Przyjaciela Marka Stypczyńskiego, podobnie jak nocne modlitwy z październikowego jerycha różańcowego, do którego włączałem się od 3 w nocy do samego rana, wybudzając się ze snu i zasypiając powtórnie. Komputerowy głos miałem włączony na pełen regulator, a odmawiane przez lektorkę na przemian po polsku i łacinie zdrowaśki docierały do mojej sypialni. 
      Po Mszy św., nie wracając do domu, wybrałem się po zakupy do Chaty Polskiej. Śniadanie z własnych produktów  zamierzałem skonsumować w klasztorze. Ten pomysł podsunął mi w ramach nadinterpretacji pewno Anioł Stróż, który znał do przodu scenariusz dzisiejszego dnia. 
      Nim jednak udałem się do klasztoru będąc na czczo złożyłem wizytę w centrali "Diagnostyki" gdzie mi bezboleśnie pobrano krew do badań PSA i kreatyniny.  Przy okazji zrobiłem dwa zdjęcia mojej 7 klasowej szkoły podstawowej. 

Uczyliśmy się w niej na trzy zmiany do późnych godzin wieczornych i nikt z rodziców wtedy dzieci nie przywoził i nie odbierał ze szkoły. To dopiero była prawdziwa wolność.

      Do 11:30, przy śniadaniu przesiedziałem w klasztorze sióstr Elżbietanek zabawiając siostrę Mariettę dzisiejszą furtiankę rozmową. Zjedliśmy też wspólnie śniadanie. 

Siostra, która stwierdziła że jest po śniadaniu, postawiła kawę i dała się skusić na jedną bułkę z wątrobianką, a mnie zostały pozostałe trzy, co mi zupełnie wystarczyło. Na rozmowie  zleciał nam czas do południa, do modlitw przed obiadem.   

      Potem miałem wizytę w banku, który nie raczył przez ponad miesiąc odpowiedzieć na moją pisemną reklamację. Brzydko i nie poważnie. 

Tak się nie postępuje z kilkunastoletnim klientem. Pani z okienka zebrała więc moje gorzkie uwagi, na temat wirtualnych pieniędzy z wyjątkiem tych, które trzeba oddać bankowi nieraz krwawo, to jest z wielkim wysiłkiem, ale nie po trupach, zarabionych. 
       Miłuj bliźniego jak siebie samego, to kolejna podpowiedź Anioła Stróża. Jadę do wdowy po zmarłym w niedzielę Przyjacielu. 

       Po co? 
       Pocieszyć Jankę i dowiedzieć się coś więcej o Marku.    
       Spytacie na co umarł? 
       Na raka, a konkretnie nie pytałem, zdaje się, że kości. To było dla mnie najmniej ważne. 

Interesowało mnie jego zbawienie. "Nie zdążyłem" - takie słowa wyrwały mi się, gdy usłyszałem wiadomość o jego śmierci. Nie zdążyłem się z nim spotkać przed śmiercią. Nie pożegnać. 

Myśmy się nigdy w życiu nie żegnali, myśmy się za każdym razem spotykali, będąc otwartymi na siebie. Każde nasze spotkanie kończyło się słowami do zobaczenia, a te, które się fizycznie nie odbyły, a tylko duchowo kończą się z mojej strony słowami do zobaczenia w niebie.  
       Niestety tym razem drzwi jego domu zastałem zamknięte.
Spokojnie Jerzy podpowiada mi w ramach nadinterpretacji Anioł Stróż: jest południe zjedz, sobie gdzieś obiad. Restauracja, bar, Mc' Donald ?

       Nie! Kupuję butelkę napoju i chleb, a resztę wędlinę i pomidory mam w bagażniku i jadę do Biernatek nad jezioro. Zjadłem co miałem nad brzegiem jeziora zachwycając się przyrodą. Przykład wziąłem z kaczek i tak jak one w jesiennym słońcu siedząc, a na rybackich pomostach wygrzewałem swoje kości. A na lądzie na boso, cóż za rozkosz odmówić różaniec, chodząc po równo wystrzyżonym trawniku bez obawy, że nadepnie się na szkło lub kamień.
      Gdy nadszedł czas (przecież tego nie wiedziałem do przodu) spakowałem się. W pustą po jedzeniu reklamówkę,  z dziko rosnącej nad jeziorem jabłonki, zebrałem 3-4 kg nie pryskanych żadną chemią pięknych jabłek. Nie musiałem ich zrywać, najładniejsze dojrzałe, soczyste i pachnące kwieciem jabłoni, leżały w trawie i trzcinie pod drzewem. Raj dla jeża i raj dla Jerzego.


       Gdy po dwóch, a może trzech godzinach zadzwoniłem do mieszkania Przyjaciela otworzyła mi Janka. Wiesz mówi do mnie, ale miałeś szczęście, gdybyś pięć minut wcześniej zadzwonił nie byłoby mnie w domu. Wiem mówię i dlatego przesiedziałem na przerwie obiadowej 2 godziny na całkowitym luzie w Biernatkach. 


        Do końca, miałam go przy sobie w domu. Oboje byliśmy przez chorobę doskonale przygotowani na jego śmierć. Jestem szczęśliwa, że mogłam mu do końca towarzyszyć. Dzwoniła mi domowa lekarka i mówi, że nie każdy dzisiaj może dostąpić tej łaski tak spokojnego odejścia z tego świata. Ksiądz Proboszcz też był spokojny o jego zbawienie. 

Gdy Marek nie mógł już wychodzić poza dom, co miesiąc przychodził z Panem Jezusem, a ostatnio jak był, gdy Marek był jeszcze w pełni świadomy udzielił mu sakramentu chorych namaszczając go olejami świętymi. 

Sprawy przyziemne też do końca ze skrupulatnością wielkopolanina pozałatwiał. A ostatnim życzeniem do syna na dwa czy trzy dni przed śmiercią, kiedy jeszcze mówił, była prośba by poszedł do garażu i poukładał wszystkie narzędzia na swoim miejscu. 

To był cały Marek. Perfekcjonista w każdym calu. Doskonale zdawał sobie sprawę z wygaszającego się w nim życia i bezsensu sztucznego jego przedłużania. Gdy nie mógł już mówić, dyspozycje wydawał pisząc lub gestykulując, ale w ostatniej dobie i ten sposób komunikowania się z widzialnym światem ustał. 

      A ja? Doskonale ją rozumiałem. Najważniejsze jest to, że do końca byłaś przy nim. To wielki dar od Boga jak małżonkowie zaufawszy sobie do końca mogą się cieszyć szczęściem wiecznym. Zmarły już go może doświadczać, a żyjący jest przekonany, że spodka współmałżonka w niebie w radości zmartwychwstania.

Poniżej anons jaki dzisiaj ukazał się w Głosie Wielkopolskim: 

 
Z głębokim żalem zawiadamiamy, że dnia 4 października 2015 r.
odszedł od nas nasz ukochany Mąż, Ojciec, Teść,
Dziadek, Brat i Szwagier
ś+p
mgr inż. Marek Stypczyński
lat 76
Msza św. pogrzebowa zostanie odprawiona
w sobotę 10 października 2015 r. o godz. 11.00
w kościele pw. Wszystkich Świętych w Kórniku,
po czym pogrzeb na cmentarzu parafialnym.
W smutku pogrążona
Rodzina

2 komentarze:

Rafał pisze...

Nie jedź jutro Jerzy na ten pogrzeb.

Jerzy pisze...

Zanim coś tu w przyszłości napiszesz, spójrz w czeluść przykrytego szkarłatnym suknem pustego grobu. Paskudne są bowiem grzechy czynione w myślach. Wybaczam Ci "Rafale".