niedziela, 11 października 2015

Wspomnienie pośmiertne część 1.

Wspomnienie pośmiertne.

Poniżej na niebiesko i zielono cytat z mojego meila wysłanego wczoraj po powrocie z pogrzebu Marka do Macieja, asystenta Marka z biura projektów, który z Markiem pracował 12 lat, a który nie mógł być na pogrzebie:
<< "Anna" - książka od Macieja  otworzyła mi się na str. 75, a wzrok mój padł na słowa:

Dzisiaj był pogrzeb Marka. Od połowy Mszy zaczęłam się cieszyć i radość trwała przez cały czas pogrzebu. Musiało to niedobrze wyglądać, bo zdaje się, że się cały czas uśmiechałam, a inni mieli "pogrzebowe miny". Jednak teraz, w domu mi smutno.

        A ja nie mam nic do dodania, bo po co. Pan przemówił.

Z Panem Bogiem!
Jerzy >>

Tak Pan przemówił. Dokładnie tak samo czułem się i ja od połowy Mszy św. i po przyjściu do domu. Cóż Marek był moim przyjacielem. Mimo, że kończyliśmy obaj tą samą Poznańską Polibudę, ten sam wydział budownictwa i na tej samej specjalności: Drogi, Mosty i Lotniska jakoś życie studenckie nie połączyło nas ze sobą. Marek był o trzy lata wyżej, a tak daleko nie zawiązywały się znajomości, zwłaszcza, że żaden z nas nie mieszkał w akademiku.
       Po raz pierwszy życie zetknęło nas pół wieku temu, w kwietniu 1966 roku, gdy bezpośrednio po studiach, w ramach nakazu pracy trafiłem o firmy zajmującę się budową i utrzymaniem dróg publicznych działającą na terenie województwa poznańskiego. 
       I tu nie licząc kadrowego Marek okazał się pierwszą osobą, którą spotkałem w pierwszym dniu mojej pierwszej pracy rozpoczynającej półwiecze pracy zawodowej. 
       Inż. Marek Stypczyński - Kierownik Działu Technicznego firmy zatrudniającej wówczas około 300 osób to po Dyrektorze, Naczelnym Inżynierze była trzecia osoba w firmie, nie licząc sekretarza podstawowej organizacji partyjnej PZPR.
       Starszy o trzy lata kolega przywitał mnie niezwykle ciepło. Gdy w kadrach podpisałem umowę stażową i specjalną deklarację o zachowaniu tajemnicy służbowej obwarowaną jakimiś tam karami więzienia. Poprosił mnie do siebie do działu technicznego, którym kierował posadził za biurkiem wyjął poufną teczkę z napisem "tylko do użytku służbowego"  i powiedział tak nic rysować ani pisać nie możesz, masz się tego nauczyć na pamięć, bo tak długo, jak tu będziesz pracował, będzie ci to bardzo przydatne. Był to schemat organizacyjny całej firmy ze wszystkimi zależnościami i nazwiskami i miejscami pracy. Firma miała siedzibę w Poznaniu i cztery stałe oddziały w województwie oraz kilka liniowych budów w terenie. A jako, że komunikacja drogowa miała w doktrynie wojennej państw Układu Warszawskiego istotne strategiczne znaczenie istotni dla funkcjonowania firmy pracownicy mieli do niej karty mobilizacyjne, o czym się dowiedziałem dużo później. 
       Po dwóch tygodniach zaznajamiania się z praktyczną pracą  wszystkich komórek organizacyjnych centrali z powrotem trafiłem do Marka, który jak się okazało pełnił funkcję mego opiekuna stażowego. Mówi mi tak: nie martw się chłopie, pójdziesz podobnie jak ja, po moich śladach. Na początku przydzielę cię na przyuczenie praktyczne do starego majstra, cieśli z zawodu, mostowca Wosia. Ja też od pracy z nim zaczynałem. Patrz mu na ręce i ucz się wszystkiego od niego. Nie popisuj się niczym, bądź pokornym, a polubi cię jak syna. Za pół roku majster idzie na emeryturę, zwolni się etat, to jeszcze na stażu wskoczysz na jego miejsce. Za rok jak skończysz staż zrobimy z ciebie kierownika robót mostowych. 
       Zauważ, w całej firmie, na trzystu ludzi jest nas tylko trzech inżynierów. Naczelny ty i ja mówi mi Marek. Jak się spalisz, dasz ośmieszyć głupotą, nieznajomością jesteś stracony. Ludzie cię wdepczą w błoto. Na stażu śmiało wszystkich o wszystko co nie wiesz pytaj. Im więcej wypytasz, tym więcej skorzystasz. I pamiętaj dla robotników bądź bardzo ludzki i bezpośredni. Nie wynoś się nad ludzi swoim wykształceniem, bo pamiętaj w tym co prosty robotnik robi jest lepszy od ciebie.
      Uwagi Marka okazały się niezwykle cenne.  Wziąłem je sobie do serca i do dzisiaj mu jestem za nie wdzięczny. A On, opiekun mojej praktyki, o czym się po roku dowiedziałem, dyskretnie kontrolował moje poczynania. 
      Po dwóch latach mojej pracy Marek odszedł z pracy. Idę do biura projektów powiedział mi na do widzenia. A mnie kolejny raz awansowano. W karierze zawodowej szedłem Marka śladami. 
      Gdy w następnym roku powołano mnie na ćwiczenia wojskowe, przypadek, a dla mnie opatrzność, znowu połączyła nasze drogi życiowe. Marek znalazł sobie za namową siostry Ani pracę w nowo tworzącym się Biurze Projektów Budowlanych przy al Stalingradzkiej. W biurze tym utworzono pracownię projektową zajmującą się lotniskami i drogami gdzie nie mając uprawnień do projektowania dostał etat starszego asystenta.               
        Mnie po odbyciu  stażu powołano na ćwiczenia wojskowe w ośrodku budowy lotnisk, a po kolejnych dwóch latach na kolejne ćwiczenia wojskowe, tym razem w Poznaniu przy al. Stalingradzkiej, tyle, że po przeciwległej stronie ulicy niż biuro projektów, w którym od roku pracował już Marek. Tu wspomnę, że wojsko nie dawało mi spokoju. Pierwsze ćwiczenia przyspieszyły podpisanie cywilnego związku małżeńskiego (łatwiejsze przepustki do żony), który miał się odbyć wraz ze ślubem kościelnym, a drugie ćwiczenia, (w trzecim roku pracy), wypadły w okresie przyjścia na świat najstarszego syna. 
        Tak więc musztrując swój pluton pod oknami pracowni Marka miałem okazję z nim często rozmawiać. Tym razem namówił mnie bym poszedł w jego ślady i zostawił pracę w wykonawstwie. Odpowiedni staż do uzyskania uprawnień wykonawczych już miałem, pozostało mi tylko podjąć kolejną życiową decyzję. Na początek mówił mi, że dostanę o połowę mniejszą pensję podstawową, ale zachęcił mnie bardzo wysoką premią kwartalną uzależnioną od wydajności.  Po raz drugi posłuchałem Marka i do dzisiaj nie tylko że tego nie żałowałem, ale jestem mu dozgonnie wdzięczny, że zdołał mnie przekonać do zmiany pracy.  

cd nastąpi

1 komentarz:

Jerzy pisze...

do @ Harpun (cztery wpisy w spamie). Co innego myślisz, co innego mówisz, a co innego czynisz pisząc na moim blogu. No cóż, taka twoja praca! Współczuję Ci człowieku i modlę za Ciebie.
Jerzy