czwartek, 24 grudnia 2015

Wigilijne prezenty

       Wigilia świąt Bożego Narodzenia, 24 grudzień 2015 roku, godziny przedpołudniowe, imieniny obchodziła by moja żona Ewa, zmarła przed dwoma laty, a dokładnie przed dwoma laty bez 24 dni. Wigilijne przedpołudnie był to czas, gdy przez 50 lat każdego roku dostawała ode mnie przed południem jakiś tam prezent imieninowy, poza oczywiście wieczornym prezentem pod choinkę. 

Tego roku natura spłatała figla i pod jej tablicą wotywną zakwitły bratki, a mnie mój Anioł przyniósł cud w prezencie. 
      Bzdury gadasz Jerzy. Próbujesz z niej świętą zrobić. 
      Cóż ja mogę na to odpowiedzieć?
      Mogę tylko zgodnie z prawdą stwierdzić, że Anioły przynoszą prezenty.
       Bajki pleciesz dla małych dzieci.
Szóstkę wnucząt nie licząc rozkosznej małej Tusi masz już wyrośnięte, a ty stary chłopie kit nam wciskasz.

        Jak nie chcecie to dajcie sobie spokój z dalszym czytaniem, a jak chcecie posłuchajcie wigilijnej opowieści dziadka.  Akcja nie dzieje się za górami i za morzami, ale w Baranowie przy jedynym domu i dotyczy jedynego człowieka mieszkającego w tymże domu przy Placu Zmartwychwstania

To miejsce nazwane jest przeze mnie Pustelnia Zmartwychwstanie. Jest w  Grzechyni Pustelnia Niepokalanów, może być Pustelnia Zmartwychwstanie w Baranowie, na której od początku Roku Miłosierdzia wisi hasło "Miłosierdzie to troska o zbawienie bliźniego".

Hasło wisi, ale jego treść uczyłem się w sposób szczególny praktycznie wdrażać z Bożą pomocą przez cały ponad 8. letni okres choroby Ewy. A cud, jakim mi się odwdzięczyła za moją troskę o jej wieczne zbawienie, jest tylko takim znaczącym ukoronowaniem naszego współżycia małżeńskiego.

      Sprawa jest niezwykle intymna i nie prosto będzie mi o niej pisać. Zmarły 3 dni temu ojciec Jan Góra, w nauce wygłoszonej w wigilię pierwszej rocznicy śmierci Ewy, w 24 minucie konferencji, ujął to w takich słowach:

 "Człowiek nie może przekroczyć samego siebie, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego. Być darem dla drugich, to ładnie pachnieć, wziąć prysznic, zmieniać galoty, ogolić się, jakiś skromny dezodorancik prawda." No, może tyle wystarczy, bo ojciec Jan też w tym miejscu przerwał wyliczankę powtarzając w następnym zdaniu słowa Jana Pawła II "Człowiek nie może przekroczyć samego siebie, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego."  


     Cóż to znaczy przekroczyć samego siebie.  Powiem tak: Od dłuższego czasu, tak gdzieś od trzech - czterech miesięcy, a może i dłużej, piszę na blogu o cudzie, za który już dziękuję Bogu nim się wydarzył. To oznaczało że dziękowałem Bogu za coś co miało nastąpić, nie wiedząc za co dziękuję. To oznaczało, że nie prosiłem o konkretny cud Boga, o takie czy inne uzdrowienie związane z moją osobą. 

Zero prośby rozumiecie, ale przy pełnej świadomości, że muszę już teraz wytrwale wewnętrznie dziękować za wielką sprawę, którą mnie Bóg obdarzy. Jezu dziękuję Ci za cud który dla mnie szykujesz. Pisałem o tym na blogu. Dociekliwi gdzieś to znajdą. Mam tylko bezgranicznie ufać i o nic więcej się nie kłopotać, nie zamartwiać. Cierpienia przyjmować z otwartymi rękoma, i za nie dziękować, i nie prosić Boga o ich oddalenie od siebie, bo wtedy On nie będzie mógł dokonać cudu. 

     To nie jest wcale takie łatwe nie prosić Boga o nic dla siebie. Miłosierdzie to troska o zbawienie bliźniego. Takie zadanie przede mną Bóg postawił. Mam być lekarzem dla innych, a nie prosić o lekarstwo dla siebie. 

Nie wypadało zatem w czasie litanii do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy prosić ulecz mnie Maryjo z takich czy innych fizycznych objawów chorobowych. Nie mogłem też lekarza domowego, czy innego specjalistę prosić by mi ulżył w cierpieniu, dał jakieś środki zaradcze, zaczął mnie odpowiednio leczyć. Miałem tego typu sprawy zostawić tylko Bogu, a samemu dziękować za cud, który miał się fizycznie wydarzyć.
          No i w końcu się wydarzył. A wydarzył się równo miesiąc temu powiedziałbym nawet równo co do godziny miesiąc temu czyli 24 listopada 2015 w dniu kiedy dr. Paweł Szymanowski dokonał biopsji mego stercza. Ale biopsja niczego nie leczy tłumaczył mi wręczając szpitalny wypis  specjalista chirurg urolog. Potwierdziła to wczoraj lekarka domowa pani dr Aleksandra Łęska. Jedna tabletka przeciwzapalna antybiotyku Nolicinu wzięta rano miesiąc temu przed biopsją, nie była wstanie tak gwałtownie przerwać stanu zapalnego ani stercza, ani jelita grubego. Co zatem się stało równo miesiąc temu? Ja mówię, że dostąpiłem cudu. Cały czas przez ostatnie kilka miesięcy żyłem w przekonaniu że mam bezgranicznie wierzyć w cud, który mi się przytrafi więc wierzyłem, nie dopuszczając do świadomości, że może się nie zdarzyć. A gdy się miesiąc temu zdarzył, przyjąłem go z zakłopotaniem. Zupełnie tak samo jak z uzdrowionym 1 marca tego roku kolanem. Cud, by  go uznać za cud musi być trwały, a więc przez cały ostatni miesiąc żyłem w przeświadczeniu, że jest trwały. Już 24 listopada po biopsji wierzyłem, że się wydarzył, co nie przeszkadzało mi bym przez następne dziewięć dni brał rano i wieczorem po jednej tabletce Nolicinu. 
       Skoro jest to prezent od Ewy, to trzeba go było rozpakować. Z tym przeświadczeniem obudziłem się dzisiejszego wigilijnego ranka.  Znaczyło to, że mam się dowiedzieć co oznacza na wyniku histopatologicznym zdanie "Obecne nacieki zapalne". A więc jednak jakiś stan zapalny był w chwili pobrania biopsji.  No to co się stało? Pod wynikiem histopatologicznym pieczątka znanego profesora i telefon. 
       Dzwonię. 
       Profesor będzie w pracowni o 12:00, to ja mu przekażę.   
       Podaję personalia.  
       Co takiego, ma pan pytanie w sprawie cudu? 
       To ja się nie dodzwoniłem do domu pytam. 
       Nie, dodzwonił się pan do prywatnego gabinetu Profesora. Proszę zadzwonić o 12:10 to już powinien być. 
       Odkładam  słuchawkę.
       Po chwili słyszę nie wypada takiej ważnej sprawy załatwiać przez telefon. 
       O cudzie chcesz Jerzy gadać przez telefon. 
       Nawet z kumplem byś tak nie gadał podpowiada mi mój Anioł, który znał Profesora. 
       Drukuję dla niego życzenia świąteczne, biorę komplet papierów i jadę do gabinetu. Może mnie przyjmie przy wigilii. Na pieczątce ulica. Dokładnie studiuję plan miasta. Trafię bez problemu. Błądzę. Pani z wózkiem mówi o jedno skrzyżowanie skręcił pan za wcześnie w prawo. Zawracam i jadę dalej skręcam tak jak zapamiętałem i zatrzymuję się w miejscu gdzie powinna być szukana ulica. Podchodzę do faceta porządkującego jakieś rupiecie. 
       Pytam o ulicę. 
       Pan jest z Baranowa, spod pomnika  - ciarki na skórze, ale nie chcę pana w błąd wprowadzić.
       Pytam drugiego młodego, jak okiem sięgnąć nikogo w pobliżu, a on mi mówi że nie zna tutaj takiej ulicy. Wsiadam do samochodu i po przejechaniu kilkunastu metrów jestem na szukanej ulicy. 
       Jeszcze trzech sąsiadów Profesora pytałem czy nie wiedzą gdzie Profesor ma gabinet. Nawet nazwisko im nic nie mówi. Ulica wyraźna na pieczątce, tylko nr domu trudny do odczytania. 
       Pokazuję pieczątkę kolejnemu facetowi. To ten dom naprzeciwko, zaparkował pan przed prywatnym domem Profesora. 
       To zupełnie tak, jak przed 5 laty  zaparkowałem z Ewą w środku nocy, pogubiwszy się w Warszawie, pod klasztorem sióstr do którego wstąpiła św. siostra Faustyna. 
       Dzwonię 
       Wpuszcza mnie żona Profesora, mówię o co chodzi.    
       Dzwoni do męża. 
       Czekam na niego w gabinecie, niech przyjeżdża. 
       Miła rozmowa z żoną, której daję świadectwo cudu. Wigilia, kobieta przy szykowaniu, a ja jej cudem głowę zawracam. Zostawiam życzenia dla męża i jadę do gabinetu.  
       Jest sam. Nie kwestionuje cudu ale wyprowadził mnie z nieświadomości, nacieki zapalne tworzą się po stanie zapalnym. 
       No tak myślę sobie dwa lata temu wigilię do nowego roku spędziłem z ostrym stanem zapalnym przewodu moczowego w szpitalu, co by tłumaczyło nacieki zapalne.  
       Ale to zupełnie nie tłumaczy cudu. Zdarzają się bowiem znacznie groźniejsze złośliwe nowotwory jelita grubego, właśnie przy takich objawach jakie ja miałem, ale do tego potrzebna jest gastroskopia mówi dalej Profesor
       No cóż, trzeba będzie dalej uwierzyć w cud, który się przytrafi, zanim się fizycznie zdarzy.

1 komentarz:

Bogumiła Dmochowska pisze...

https://youtu.be/9vuzTB2sfKY

Z serca pozdrawiam Panie Jerzy i proszę o wybaczenie za brak odpowiedzi na maila...i odrobinę cierpliwości...odsapnę trochę i wszystkie mailowe zaległości odrobię. Pan też niech odpocznie. Radości w sercu! Króluj nam Chryste!