sobota, 30 stycznia 2016

Spowiedź z NICZEGO

         Sobota 12 grudzień 2015. Byłem dzisiaj u Jezusa, u sakramentu Spowiedzi św. Oh, jakże było mi obojętne, który kapłan wejdzie do konfesjonału. Chciałem się spowiadać przed Jezusem i przed nim klęknąłem w rozmównicy. Lubię się głośno spowiadać, bo mogę siebie kontrolować czy nie próbuję się wybielać, mimo że wiem, że On wszystko wie. 
      Od kilku dni nosiłem się z zamiarem pójścia do spowiedzi. Robię sobie codziennie rachunek sumienia i staram się każdy dzień rozpoczynać z czystym kontem, tym bardziej, że codzienne przystępuję do Komunii św. Po dłuższym czasie pewne sprawy się jednak zacierają, a Ja bym chciał stanąć przed Jezusem jak na sądzie ostatecznym, boć to może już ostatnia moja spowiedź.     
       Pomoc w rachunku sumienia przyszła z całkiem nieoczekiwanej strony....

       Tak zaczynał się mój wpis na blogu sprzed 7 tygodni.  
którego resztę można przeczytać na  http://pojednanie2.blogspot.com/2015/12/2-karteczeki-jeda-spowiedz-i-2-pokuty.html
        Siedem razy siedem to 49, bez mała pół setki, a ja nie miałem się z czym wybrać do Jezusa. Odkładałem, przesuwałem czekając na jakiś sygnał od Ewy, ale tym razem nie było karteczek, nic, kompletna flauta, żadnej podpórki. Czułem się biały choć wiedziałem że daleko mi do bieli opłatka. A ja mam być jak Jezus, to postanowienie z ostatniego kręgu biblijnego. Wczoraj zasypiałem prosząc Jezusa przez Maryję o łaskę dobrej spowiedzi, nie potrafiąc niczego wygrzebać z własnego sumienia. 
        Ale i dzisiejszy ranek nie przyniósł rozwiązania. Leżąc jeszcze w łóżku próbowałem przeszukać sumienie, ale ono było całkowicie nieczułe na moje wysiłki. Nie pomogła krótka ranna modlitwa, a spojrzenie przez okno na Chrystusa Miłosiernego i palącą się świecę tylko pogorszyło sprawę. Ojciec Jezuita zadał mi dwa tygodnie temu pokutę bez spowiedzi wręczając świecę, a ja pisząc w i o pojednaniu, do dzisiaj nie mogę się zdobyć by klęknąć przed Jezusem. Tragedia...
         Gdy już nieco oprzytomniałem wziąłem do ręki "Drogę do nieba", książeczkę do nabożeństwa ks. Ludwika Skowronka, ale i tam nie znalazłem pociechy. Przeleciałem cały katechizm od dziesięciorga przykazań, poprzez przykazania kościelne, siedem grzechów głównych, uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy, cnoty moralne i na końcu grzechy cudze i NIC. 
        Jestem czysty, choć wiem że to nieprawda i muszę sięgnąć tam, gdzie mój wzrok nie sięga. Trudno mówię sobie, co by nie było, to muszę dzisiaj klęknąć przed Jezusem, bo jak nie klęknę to mogę tak jadąc na samozadowoleniu logistycznie wylądować w najgłębszych czeluściach czyśćca. 
         Przy rannej toalecie umyłem zęby. No tak, z tego by się też trzeba spowiadać pomyślałem, to należy do troski o zdrowie, ale co to ma wspólnego z aborcją, z eutanazją, z morderstwem? 
        Wyjdziesz na głupka, pomyślałem. Pewno żaden człowiek nie spowiadał się przed Jezusem z niemycia systematycznego zębów.  
       To przynajmniej nie przekraczaj przepisów drogowych jak już jedziesz do spowiedzi. Przecież to ludzkie przepisy. Sobotni ranek na dwupasmowej drodze jesteś sam, sucha jezdnia, wypoczęty i co za różnica czy przez hopkę jedziesz 20  bo takie jest ograniczenie czy 40., żadne, przecież niszczę tylko swoje zawieszenie, a jednak,. Przecież z takich głupot nie będę się spowiadał i głowę zawracał Jezusowi. 
         Wyjątkowo szybko znalazłem się w kościele zamiast 60 jechałem 70. Trafiłem na pół godzinną adorację Najświętszego Sakramentu. Ze mną do kościoła wchodziły cztery siostry zakonne. 
         Poproszę jedną z nich, by się za mnie pomodliła o dobrą spowiedź pomyślałem, ale nim wydobyłem z siebie słowo ostatnia z nich przeszła przez drzwi przytrzymując je bym i ja mógł wejść do środka. Taka uprzejma, co ja jej będę zawracał głowę, jest tylu większych grzeszników ode mnie, za których się pewno w czasie adoracji przed Jezusem pomodli. 
        Klęknąłem  w ławce z dala od konfesjonału i postawiłem wszystko na jedną kartę. Przecież ten Jezus w Najświętszym Sakramencie i ten w konfesjonale mający mi odpuścić grzechy, to ten sam Jezus co ofiaruje się za moje grzechy  we Mszy św. która rozpocznie się po adoracji. 
       Z lewej strony miałem stacje drogi krzyżowej. Czytam napis pod obrazem: "Jezus upada pod krzyżem" . Spoglądam na obraz i NIC, Tak, nic nie widzę, tak się jakoś światło odbijało od płótna, że tylko delikatną światłość widziałem.  
      A potem dostałem łaskę. Spoglądałem coraz to głębiej i głębiej w siebie. Po woli odkrywały się obrazy, zdarzenia, ludzie, myśli. A On ukryty w Najświętszym Sakramencie spoglądał na mnie grzesznika odkrywającego swoje JA. 
      Przed kratką w konfesjonale klęknąłem jako drugi z kolei, w momencie jak Kapłan przy ołtarzu rozpoczął spowiedź powszechną. Przytoczę tylko pierwsze zdanie jakie wyszło u ust moich:  Nie mam Ci Jezu do powiedzenia NIC, już Ci na adoracji wszystko powiedziałem, ale wiem że z  NIC spowiadać się nie można. 
         I dalej potoczyła się normalna spowiedź. Tu natomiast napiszę, że strasznie trudno jest się spowiadać z niczego. 
         Wczoraj pomyślałem nawet sobie, że może by należało coś konkretnego złego zrobić, by się mieć z czego spowiadać. Ale Jezus i tę moją grzeszną myśl zakodował, tak, że kapłan który Go zastępował wstawił mi mowę na ten temat mimo, że tej pokusy głośno nie wyznałem. Powiedział tak:  Pożar należy gasić w zalążku, zanim się rozwinie, a rodzi się najpierw w myślach człowieka, nie czekaj  aż wybuchnie w czynach, znacznie go wtedy trudniej gasić. 
            Na tym polega logistyka zbawienia myślę sobie teraz pisząc te słowa. Potem kapłan mocą Jezusa w imieniu Kościoła Katolickiego odpuścił mi WSZYSTKIE grzechy,  zadając jako pokutę przyjęcie za chwilę Komunii Świętej w intencji tych wszystkich których w jakikolwiek sposób poraniłem, dodając od siebie:  "a ja się za ciebie dzisiaj jeszcze pomodlę". Jak to, pomyślałem, to zamiast mi w pokucie zadać modlitwę, to on się za mnie chce modlić?  Tak w praktyce objawia się Boże Miłosierdzie pomyślałem. Bóg zapłać podziękowałem mu z góry za modlitwę wstając od kratek konfesjonału. Do domu wróciłem wyjątkowo radosny, tak jak w poprzednich dniach mając świadomość że Jezus jest we mnie z Ciałem i Krwią swoją, krążącą w moich trzewiach. 
        Wczoraj z tymi oto dwoma ministrantami chodziliśmy po kolędzie. Jeden pion, jedna klatka schodowa 10 mieszkań i 10 razy usłyszane "nie przyjmujemy". Drugi pion na 12 mieszkań przyjmują nas w 2 mieszkaniach. Przecież tam mieszkają ochrzczeni ludzie. Taka jest nasza parafia. - dodał po błogosławieństwie kapłan na końcu Mszy św. 
        Panie mój, Boże nasz, siłę masz, siłę daj ludowi swojemu. 
Tylko Ty, tylko Ty możesz jeszcze coś tu zmienić w tym układzie.
Tak, pożar trzeba było gasić w zarodku, jak przekazała Rozalia Celak, a nie czekać i przypatrywać się, aż podpali nieomal całą Ojczyznę.

Brak komentarzy: