piątek, 22 stycznia 2016

Świeca o. Witolda Radkiewicza

       Ostatni 40. jubileuszowy Marsz Różańcowy za Ojczyznę zakończył się dla mnie zaskakująco na  przedostatnim etapie w kościele poznańskich o. Jezuitów (dawnym podominikańskim) wręczeniem mi pokuty przez o Witolda Radkiewicza duszpasterza neokatechumenatu. 
       Jak doszło do tego że nie klękając do sakramentu pojednania dostałem pokutę, a była nią niedopalona świeca paschalna, którą miałem zapalić na grobie najbardziej zaniedbanym z intencją za dusze w czyśćcu cierpiącą, która znikąd nie ma pomocy? 

        Muszę zacząć od początku. A więc 40 - ty Pokutny Marsz Różańcowy, w niedzielę 17 stycznia,  w Godzinie Miłosierdzia dociera do czwartej przedostatniej na trasie świątyni jubileuszowej, to jest do Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej przy Kościele Najświętszego Serca Jezusowego i Matki Bożej Pocieszenia. 

Tym razem idę tylko z różańcem w dłoniach i aparatem fotograficznym. Najważniejsza jest intencja, bardzo osobista, bo modlitwy zanoszę za śp. duszę mojej żony Ireny - Ewy równo w drugą rocznicę jej śmierci. 

Jestem po rannej Mszy św. odprawionej za nią i z Jezusem Eucharystycznym w sercu, dokładnie opróżniony i po kobiecemu zabezpieczony na każdą okazję, z planem, by bezpośrednio po zakończeniu marszu udać się na cmentarz a potem z gośćmi do siebie do domu na wieczór kolęd. 
      
Przed wejściem do kościoła pytam p. Ritę  czy będę mógł poprowadzić śpiew ostatniej dziesiątki Koronki do Bożego Miłosierdzia. Uzyskuję podobną odpowiedź jak miesiąc temu: nie będziemy nic zmieniać, siostra poprowadzi sama całą koronkę. Szkoda pomyślałem, Ewa tak lubiła śpiew. Sprawił bym jej duszy przyjemność.  Mając pełen etat w przedszkolu, dorabiała na części etatu,  jako nauczycielka śpiewu, w szkole podstawowej. 

Przed wystawionym Najświętszym Sakramentem odmówiliśmy Koronkę a potem dziesiątkę różańca i pobłogosławieni Najświętszym Sakramentem na dalszą drogę grupa zamierzała wyjść z kaplicy Chrystusa Ukrzyżowanego. 

Mikrofon wziął do ręki ojciec Witold Radkiewicz i zaproponował pątnikom, że na pożegnanie zagra nam na fisharmonii stojącej przy wyjściu, obok której przeklęczałem całe nabożeństwo. 
       Zagrał nam Boże coś Polskę i na wyście jakąś kolędę, po czym wszyscy wyszli, a ja zostałem. Księże mówię, może byśmy przećwiczyli śpiewaną koronkę, to za miesiąc ją wszyscy z akompaniamentem ojca zaśpiewamy. 
     Dobrze, zgodził się, tylko najpierw zamknę kościół.     
     Wydawało mi się że w całym kompleksie klasztornym jesteśmy tylko we dwoje. Klęknąłem przed Ukrzyżowanym i zaśpiewałem pełną piersią dziesiątkę koronki, ciesząc się, że nie tylko śpiewam Jezusowi i Ewie, ale że wogóle  mogę dzisiaj śpiewać, bo jeszcze kilka dni wstecz bolało mnie gardło i ciężko było mi mówić. 
      Gdy skończyłem wyszedłem z kaplicy. Tu spotkałem zakonnika, który mnie poprosił bym się wstrzymał z opuszczeniem kościoła, bo on ma do mnie sprawę.    
      Wszedłem wobec tego jeszcze raz do kaplicy gdzie wisiał samotnie Ukrzyżowany Jezus i zacząłem śpiewać drugą dziesiątkę koronki. "... Dla Jego bolesnej męki Miej miłosierdzie dla nas i całego świata".  
      Gdy tylko pojawił się ojciec Witold Radkiewicz przerwałem. On siadł za klawiaturą organów, a ja w kilku słowach opowiedziałem mu o dziadku organiście, muzykalnej żonie która złożyła po szkole średniej egzamin konkursowy do Mazowsza i dla małżeństwa ze mną, któremu słoń na ucho nadepnął, zrezygnowała z kariery śpiewaczki, a która mi równo dwa lata wcześniej "na rękach" umarła. 
      To ja zagram coś pańskiej żonie zaoferował. 
      Nie znam się na muzyce, nie do mnie było to skierowane. On grał ja się modliłem i płakałem. To były anielskie pienia. Przed oczyma miałem Anioła Stróża Polski z obrazu Zmartwychwstanie i rozmyślałem o Nieśmiertelności. Potem poprosił mnie do zakrystii. Ze starodawnej komody w której przechowuje się w dolnej części ornaty wyjął z górnej części świecę i powiedział: 
       Daję ją panu za pokutę. Jeździ pan na cmentarz, proszę ją postawić i zapalić na najbardziej zaniedbanym grobie, takiej duszy czyśćcowej, za którą się nikt nie modli. Ona będzie gasła, ale tym proszę się nie przejmować. Z resztą będzie pan sam wiedział co począć.    
      Dziękując mu z radością za pokutny paschał powiedziałem: i tak, i tak będąc na cmentarzu modlę się w szczególny sposób za dusze czyśćcowe, które znikąd nie uzyskują pomocy. 
      Ojciec Witold Radkiewicz wypuścił mnie po 35 min przez basztę. Jak wiecie nie mam zegarka. Idąc po trasie marszu dziękowałem pani Ricie, że nie pozwoliła mi po raz drugi prowadzić śpiewu koronki. Do piątego sanktuarium na trasie Marszu Różańcowego, do ojców Franciszkanów dotarłem gdy ostatni pielgrzymi rozchodzili się do domów. Niosąc dumnie ulicami Starego Miasta świecę dotarłem do zaparkowanego pod kościołem samochodu. Na cmentarz do Ewy przyjechałem dokładnie na zaplanowaną godzinę 16:45. Nie był to czas by obchodzić przeźmierowski cmentarz,
na którym wszystkie alejki tyczyłem z Ewą i Łukaszem w wózku w 1983 bądź 1984 roku. Jak na cmentarz to nowy cmentarz i nie za bardzo są na nim zaniedbane groby. Następnego dnia byłem z rodziną na dwóch cmentarzach, ale i na tym drugim krzyżownickim, zimą gdy groby są zasypane śniegiem, próżno było szukać najbardziej zaniedbanej mogiły. Trzeba tę świecę przetrzymać do wiosny pomyślałem, a wtedy przy czasie znajdę odpowiednie miejsce. 

      Na trzeci dzień nie wytrzymałem.  Przecież każdy dzień zwłoki z zapaleniem tej świecy powiększa męki czyśćcowe konkretnej duszy ludzkiej, która nie tylko czeka na modlitwę, ale na moje działanie. 

"Zresztą będzie pan wiedział co zrobić" zakończył swoje życzenie ojciec Witold. Skoro tak, to zapalam świecę pod pomnikiem Bożego Miłosierdzia. Tu, na żółtych cegłach podstopnic pierwszego stopnia, wyryłem szesnaście próśb ofiarodawców ze Stanów Zjednoczonych proszących tak, jak święty Jan Paweł II w swoim testamencie: "Po śmierci proszę o Msze święte i modlitwy". 

Nie każdy z ofiarodawców wypisał całą papieską prośbę. Wielu napisało krótko: "Proszę o Msze św, niektórzy dodali i modlitwy i podpisało się" Ja te ich prośby gdy wmurowywałem cegły skopiowałem z podpisami i następnie wyryłem rylcem na cegłach, które wbudowałem w pomnik. 

Dzisiaj niektóre z tych osób już nie żyją i być może ich szczodre dusze oczekują pomocy w skróceniu mąk czyśćcowych. Zapalenie świecy pod pomnikiem Miłosierdzia i objęcie modlitwą najbardziej potrzebujących wydawało mi się najlepszym i najskuteczniejszym sposobem na spełnienie zadanej pokuty przez starszego zakonnika.

W drugim dniu po otrzymaniu świecy w godzinie Apelu Jasnogórskiego zapaliłem świecę. Przez całą noc i następnego dnia, niczym nie zabezpieczona świeca, przez całą noc się paliła. Następnego był 20 dzień miesiąca i pojechałem na dzień dziadka do przedszkola. Po powrocie świeca była zgaszona, wiał wiatr i gasił ją po każdym zapaleniu. Zrobiłem jej klosz z czerwonego papieru i myślałem, że sprawa się rozwiązała.

Przez całą noc do wyjścia na ranną Mszę św. na 9:00, która była odprawiona z intencji Ks. Proboszcza za Ewę świeca się paliła. Gdy po pół godzinie wróciłem do domu od razu wiedziałem, że coś się świecy stało. Stopiła się cała i rozlała w szklanym jubileuszowym z "18" naczyniu ale nie zgasła. A kiedy po kilku godzinach zgasła wstawiłem do środka nową świecę która się do teraz pali. A jak się wypali to wstawię następną. Dusze czyśćcowe nie mogą zostać bez pomocy.

Brak komentarzy: