piątek, 25 marca 2016

Droga Krzyżowa na Forcie VII

        Dwa dni temu poinformował mnie Maciej o Wielkopiątkowej  Drodze Krzyżowej na Forcie VII w Poznaniu. 
 "Jak uda mi się wstać na 4:00 rano i jak Bóg pozwoli, wezmę w niej udział" - zadeklarowałem się kuzynowi". Powiedziałem te słowa trochę tak na odczepne, nie mając specjalnej ochoty wstawać o tak wczesnej porze. 
       Przez cały wczorajszy dzień, zajęty pisaniem życzeń świątecznych, ani razu nie przyszła mi na myśl piątkowa Droga Krzyżowa. Wręcz przeciwnie, kierując się rozpiską parafialną zaplanowałem na dzisiaj udział w rannej jutrzni, a w godzinie Miłosierdzia w Drodze Krzyżowej dla dzieci, a  wieczorem w liturgii Męki Pańskiej oraz adoracji Grobu Pańskiego.
       Zmęczony całodziennym pisaniem życzeń po wczorajszej Mszy Wieczerzy Pańskiej i różańcu w intencji kapłanów (mam się za kogo modlić, jest ich trzech w rodzinie - co za skarb) i o powołania kapłańskie (czyżby potencjalni kandydaci czekali aż wykładana będzie w nowych seminariach logistyka zbawienia?) usnąłem około 22 nie pomyślawszy o dzisiejszej Drodze Krzyżowej na Forcie VII. 
        Normą jest, że budzę się w nocy od 3 - 4 razy. Tym razem było inaczej. Mimo, że w ostatniej godzinie przed zaśnięciem wypiłem trzy szklanki wody z sokiem, miałem wyjątkowo silny sen. Obudziłem się z przeświadczeniem że mam uczestniczyć w Drodze Krzyżowej na Forcie VII. Gdy włączyłem komputer okazało się, że jest 3:30. W tym momencie nie miałem żadnej wątpliwości, że mój Anioł Stróż maczał w tym palce. 
      Swoje paluchy umyłem w czasie rannego golenia. Ubrałem się odświętnie: w białą koszulę i krawat. Do kieszeni zabrałem aparat fotograficzny i dodatkową baterię. Ze składanym dwuczęściowym krzyżem załadowałem się do samochodu.      
      Przekręciłem kluczyk. Była 3:50. Do przejechania miałem 3 km, cztery skrzyżowania na światłach i liniowy automatyczny pomiar prędkości, na długości 400 m. Tak na styk, aby zdążyć.     
      I w tym momencie po raz drugi Anioł Stróż przypomniał miinając mi: a kartka z tekstem "Modlitwy o rychłą intronizację osoby Jezusa Chrystusa na Króla Polski"?
Wysiadłem z samochodu i pobiegłem na górę, do komputera, by zabrać brudnopis modlitwy. Gdy ruszyłem spod domu była 3:52. 
        Zaparkowałem w okolicach skrzyżowania Al. Polskiej i ul. Nowina, w miejscu, gdzie miała się rozpocząć Droga Krzyżowa. Pierwszego napotkanego człowieka, pozdrowiłem mówiąc do niego głośno "Króluj nam Chryste". Był tak zdziwiony moim przywitaniem, że mi nic nie odpowiedział.  Na wysokości zadania stanął jego syn, który po wyjściu z samochodu odpowiedział "Zawsze i wszędzie". 
       W tym momencie podszedł do mnie brat. Przywitaliśmy się. Opowiedziałem mu krótko czekając na zmianę świateł ranne obudzenie. Równocześnie po raz trzeci zadziałał Anioł Stróż podpowiadając mi "Jak tylko przejdziesz Jerzy przez skrzyżowanie masz swoje 3 minuty na przeczytanie "Modlitwy o rychłą intronizację Chrystusa na Króla Polski". Przecież nie mam mikrofonu, a jadące przez ruchliwe nawet o tej porze dnia skrzyżowanie samochody zagłuszą mój głos - próbowałem się przed nim tłumaczyć.
        I tu gdy tylko przeszliśmy zebrą przez drugą nitkę Al. Polskiej włączył się nie tyle mikrofon co Anioł Stróż Polski wzmacniając mój głos. Czy wszyscy mnie słyszeli - nie umiem powiedzieć. Gdy tylko skończyłem czytanie modlitwy od strony kościoła Dobrego Pasterza podeszła z dużym krzyżem do skrzyżowania z Al Polską duża grupa osób z Ks. Proboszczem. 
         Po przejściu na stroną Fortu VII na ścieżce rowerowej i chodniku uformowała się za drewnianym krzyżem procesja. We słowie wstępnym wzmacnianym przez dwa głośniki Ks. Proboszcz między innymi zachęcił zebranych, by jak Jezus, w każdych okolicznościach pełnili nie swoją, a Bożą wolę. 
Dla mnie słowa te zabrzmiały jak nakaz i to nie tylko na dzisiejszy dzień, ale na każdy dzień do końca życia. 
        Stałem oszołomiony całym zajściem z moim białym krzyżem z czerwonymi ranami. Obok mnie za Jezusem szli ludzie. Szli, szli i szli. Wydawało mi się, że idą bez końca. W końcu stanęli. Dobiegł do mnie stojącego pod światłami skrzyżowania głos Ks.Proboszcza. "Kto chce może pomóc nieść Krzyż, może go ucałować, przytulić się do Niego".
 
        Ścisnąłem mocno mój biały krzyż u nasady i przeszedłem na zielonym na środkowy pas rozdzielający obie dwupasmowe jezdnie Al. Polskiej - ulicy mojego dzieciństwa, mojej ulicy. Nie miałem jak Apostołowie siły iść za Jezusem. Nie, nie uciekłem. Wyprzedziłem całą procesję i na wysokości zjazdu do Fortu VII przeszedłem jezdnię. Robiąc zdjęcia szukałem na próżno wzrokiem Jezusa. Nie mogłem Go wypatrzeć wśród niosących duży drewniany krzyż.
       
Gdy zatrzymaliśmy się przed bramą wjazdową i wszedłem z moim krzyżem na skarpę by zrobić zdjęcie tłumu stojącego przed bramą uświadomiłem sobie jak przed 77 laty stawały przed tą bramą niemieckie ciężarówki wyładowane Polakami jadącymi do tego miejsca kaźni i wtedy znalazłem Jezusa. On był w każdym z więźniów
        
        Dlaczego
        Bo Polska nie przeprowadziła przed wybuchem II wojny światowej intronizacji osoby Jezusa Chrystusa na Króla Polski. Spojrzałem na tłum przed bramą zasłuchany w rozważania męki naszego Pana i Króla i zobaczyłem Jezusa niosącego jak Jezus swój własny krzyż. Czy ci ludzie obwołają Go Królem po Zmartwychwstaniu. Noszą Go przecież w sobie przyjmując Eucharystię. 

       Któryś za nas cierpiał rany Jezu Chryste zmiłuj się nad nami i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami. 
       Gdy wchodziliśmy na dziedziniec Piłata podszedłem do Ks. Proboszcza z pytaniem. "Czy Ksiądz Proboszcz pozwoli abym na zakończenie Drogi Krzyżowej poprowadził z ludźmi śpiew jednej dziesiątki Koronki" Zobaczymy - usłyszałem jedno słowo.

      Gdy przy czytaniu rozważania 14 stacji stojąc w środku tłumu, na ścianie wejścia do lochów obok betonowego krzyża wmurowanego w ceglany pruski mur z prawej strony ujrzałem  2 x większy ruchomy cień mojego białego krzyża, którego  trzymałem w dłoniach serce moje wypełniła nie do opisania radość

Bezpośrednio przede mną stało dwóch wyższych o głowę młodych facetów. By zobaczyć duży drewniany krzyż stojący na tle wejścia do lochów musiałem się albo przechylić w prawo, albo w lewo. To moje kręcenie się z trzymanym krzyżem z czerwoną koroną cierniową oplatającą ramiona spowodowało, że zauważyłem ruszający się cień mojego krzyża

Gdy przechylałem się w jedną stronę on się także przechylał.  Nie szukałem za sobą źródła światła. W takich momentach nie docieka się tak przyziemnych spraw. Nie umiem też powiedzieć czy gdy przechylałem się w prawo cień przesuwał się w prawo czy też w lewo. Ważne dla mnie było, że go ZOBACZYŁEM. To wszystko się działo, gdy na zakończenie Ks Proboszcz poprosił zebranych o odmówienie dziesiątki Koronki. 


Jak mi powiedział brat stojący gdzieś z przodu Koronkę do Bożego Miłosierdzia, po odmówieniu na koniec Drogi Krzyżowej Ojcze nasz, Zdrowaś Mario i Chwała Ojcu w intencjach Ojca Świętego Franciszka w celu uzyskania odpustu, prowadziła siostra zakonna. Ona też na koniec zaintonowała ... Tak byłem zszokowany zauważonym cieniem mojego krzyża na murze wejścia do kazamatów, że nie zapamiętałem co było śpiewane. Zobaczyłem to co miałem zobaczyć mój łotrowski krzyż z prawej strony Jezusowego drewnianego dużego krzyża

       Scenę tą Maria Valtorta opisuje tak: Drugi łotr - ten z prawej (żaden z Ewangelistów nie określa po której stronie stał krzyż z dobrym łotrem), który ma Maryję nieomal u swych stóp, ale nie patrzy na Nią, ani na Chrystusa - od jakiejś chwili płacze , szepcząc: "matka" Potem mówi do drugiego złoczyńcy: "Zamilcz. Nie boisz się Boga nawet teraz, gdy taką karę cierpisz? Dlaczego znieważasz Tego który jest dobry, a On nic złego nie uczynił"....

... Nie skruszony łotr powtarza jak echo obelgi tłumu. Drugi patrząc teraz na Matkę z coraz większą litością, płacze i szorstko mu odpowiada. Zauważa bowiem, że i Ją dotykają obelgi:

 "Milcz! Przypomnij sobie, że też się zrodziłeś z niewiasty. Pomyśl, że nasze matki płakały z powodu swych synów... to były łzy wstydu... bo my jesteśmy łotrami. Nasze matki umarły... Chciałbym ją prosić o przebaczenie ... ale czy mogę

Była święta ... Zabiłem ją bólem, jaki jej zadawałem ... jestem grzesznikiem ... Kto mi wybaczy? Matko, w imię Twego umierającego Syna, proszę, módl się za mną."
Maryja podnosi na chwilę udręczoną twarz i patrzy na tego nieszczęśnika, który dzięki wspomnieniu o swojej matce i patrzeniu na Matkę Jezusa, zbliża się do nawrócenia

Maryja zdaje się głaskać go Swym głębokim spojrzeniem  
Dyzma płacze mocniej, co jeszcze bardziej pobudza do szyderstw jego kompana i tłum. Ludzie z tłumu krzyczą
"Brawo! Weź Ją za matkę. W ten sposób będzie miała dwóch synów przestępców!"

A drugi łotr dodaje: 
 "Ona cię kocha jako pomniejszoną kopię Swego umiłowanego".
Jezus mówi po raz pierwszy: "Ojcze, wybacz bo nie wiedzą, co czynią!"
Ta modlitwa zwycięża wszelki strach u Dyzmy. Ośmiela się spojrzeć na Chrystusa i mówi:
"Panie wspomnij jak będziesz w Swoim królestwie. Ja słusznie tu cierpię. Okaż mi jednak miłosierdzie i daj mi pokój poza tym życiem. Jeden raz słyszałem jak przemawiałeś, lecz odrzuciłem Twe słowo. Teraz się nawracam. Z moich grzechów nawracam się przed Tobą, Synu Najwyższego. Wierzę, że przychodzisz od Boga. Wierzę w Twoją moc. Wierzę w twe miłosierdzie. Chrystusie, przebacz mi w imię Twej Matki i Twego Najświętszego Ojca."
Jezus odwraca się i patrzy na niego z głęboką litością. Potem uśmiecha się - wciąż pięknie, choć usta są udręczone. Mówi:
"Mówię ci;: dziś będziesz ze Mną w Raju."
Nawrócony łotr uspokaja się , a nie znając już modlitw, których nauczył się w dzieciństwie, modli się powtarzając akt strzelisty:
"Jezu Nazarejski, królu żydów, miej litość nade mną. Jezu Nazarejski królu żydów, ufam Tobie. Jezu Nazarejski, królu żydów, wierzę w Twoje Bóstwo."
Drugi łotr kontynuuje bluźnierstwa.    

         A teraz dwa dokumenty:
Pierwszy  świadectwo ks. kard. Kazimierza Świątka i drugi to felieton red. St Michalkiewicza pt " Policyjni konfidenci przeprowadzają zamachy, a Ojciec Święty święci masonów"   
      Drugiego nie omawiam, wystarczy go odsłuchać od 17:20 min. nagrania i wyciągnąć wnioski. Oto link:
 https://www.youtube.com/watch?v=t_ab4h65Xpk&feature=youtu.be&t=1040

      Pierwszy dokument cytuję za felietonem "Opłatek kontra pistolet" red. Tomasz Łysiak, Gazeta Polska nr 52 z 2014 roku, który koresponduje z pierwszym na ziemiach polskich niemieckim  obozem koncentracyjnym w Forcie VII w Poznaniu.


       Kardynał Kazimierz Świątek był arcybiskupem metropolitą diecezji mińsko-mohylewskiej aż do przejścia na emeryturę w 2006 roku., zmarł w wieku 96 lat w 2011 roku  Jako trzy letnie dziecko był wywieziony z rodzicami na Syberię Po powrocie wrócił do seminarium duchownego w Piński gdzie w 1939 roku otrzymał święcenia. Jako kapłan został aresztowany przez NKWD i skazany na karę śmierci. Przez dwa miesiące oczekiwał na egzekucję w celi śmierci. Wyroku nie wykonano z powodu agresji Niemców na ZSRS w 1941 roku. Niedługo po "wyzwoleniu" został ponownie aresztowany. W lipcu 1945 został zesłany na 10 lat łagrów o zaostrzonym rygorze, a potem aż w okolicach  Workuty.
          Tam w 1947 roku zorganizował wigilię. Trzymając w rękach opłatek zwróciłem się do obecnych. Głos mój drżał, wszyscy ocierali łzy i nagle wszedł naczelnik łagru z pistoletem w ręku a za nim żołnierz z karabinem. - Co robicie - zapytał. Stałem naprzeciwko niego i zacząłem tłumaczyć obrzęd wigilijny. Wyciągnowszy rękę zaprosiłem do połamania się opłatkiem i złożenie sobie życzeń świątecznych. Sytuacja była pełna napięcia. Dwie wyciągnięte ręce: moja z opłatkiem i KGB - isty z pistoletem. Kto z nas opuści rękę? A jednak pierwsza opuściła się ręka z pistoletem. Naczelnik schował broń do kabury, przeprosił, że nie może przyjąć opłatka, bo jest na służbie, ale pozwolił kontynuować wigilię . Kiedy wyszli z żołnierzem zaintonowałem kolędę "Wśród nocnej ciszy". Następnego dnia zostałem przeniesiony z Workuty do obozu w głuchej północnej tundrze.  

       Sięgając pamięcią wstecz miałem nieco podobną sytuację. końcówka lat 70 tych, początek lat 80 tych. Gdy w wigilijne przedpołudnie składaliśmy sobie w pracy, w pracowni życzenia połączone pierwszy raz z łamaniem się opłatkiem, który przyniosłem z domu, nagle otwierają się drzwi, w których stanął nasz dyrektor w randze pułkownika. Nieomal wszyscy z nas mieli opłatki w dłoniach. Podszedłem do dyrektora, podałem mu opłatek i złożyłem mu w imieniu wszystkich życzenia. Wysłuchał i kazał nam wszystkim iść od razu do domów. Do Nowego Roku czekałem na zwolnienie z pracy ze skutkiem natychmiastowym, Nie dostałem. Za rok, gdy w wigilię w zakładzie pracy pojawił się oficer kontrwywiadu, dyrektor zadzwonił do kierownika pracowni i polecił by nas pracowników od razu rozpuścić do domów. A potem, gdy już nastała Solidarność, nie mieli problemów by z Pierwszym Sekretarzem PZPR chodzić w wigilię po wszystkich komórkach organizacyjnych i składać ludziom życzenia świąteczne. U nas w pokoju zawsze był częstowany opłatkiem, by się z nami symbolicznie połamać.  

Brak komentarzy: