środa, 25 maja 2016

zmarł o. Tomasz Pawłowski, pogrzeb w Rzeszowie

 Zmarł o. Tomasz Pawłowski  23 maja wieczorem zmarł w Rzeszowie, w wieku 89 lat, znany duszpasterz akademicki o. Tomasz Pawłowski, dominikanin.Uroczystości żałobne rozpoczną się w poniedziałek 30 maja przed południem w dominikańskim kościele św. Jacka w Rzeszowie. O godzinie 11.30 przy trumnie Zmarłego odmówiony zostanie różaniec, a o godzinie 12 odprawiona zostanie Msza Święta. Pogrzeb o godzinie 14 na cmentarzu Rzeszów-Wilkowyja. Ciało ojca Pawłowskiego zostanie złożone w zakonnym grobowcu. 

Po ojcu Joachimie Badenim był to drugi dominikanin, który równolegle z o. Joachimem wywarł w czasach studenckich znaczący wpływ na moje życie duchowe. 

Skojarzenie pośmiertne: w godzinach konania o Tomasza na Placu Zmartwychwstania przed Bożym Miłosierdziem dokonano aktu aborcji na "żółtku". Na żółtych niewinnych żywych bratkach rosnących w szczelinach między cegłami pomnika.  

uwaga : tekst nie skończony trwają moje poszukiwania zdjęć na blogu z pobytu o. Tomasza na Placu Zmartwychwstania.   

Ojciec Tomasz Pawłowski (imię chrzestne Zygmunt) urodził się 18 stycznia 1927 roku w Poznaniu jako syn Kazimierza i Zofii z domu Tupalskiej. Już w latach szkolnych należał do harcerstwa. 

Po agresji niemieckiej na Polskę rodzina przeniosła się do Warszawy. Zygmunt został członkiem Armii Krajowej, brał udział w powstaniu warszawskim. Ranny został przewieziony do Drezna. W 1945 roku powrócił do Polski. 
...W obliczu majestatu śmierci – naraz doznałem olśnienia, ogarnął mnie niezwykły spokój, świadomość, że pomimo tego piekła i pożogi – nie zginę. Przedtem stale czułem lęk, a teraz miałem pewność, że nie zginę. Uznałem to za znak od Boga – znak, że Pan Bóg ma względem mnie inne plany. ...W moim przypadku była to pewnego rodzaju iluminacja.

W tym miejscu proponuję przeczytać cały wywiad Wojciecha Wiśniewskiego a nie tylko wybrane niewielkie wycinki oznaczone kolorem niebieskim jaki ukazał się w miesięczniku Znak nr 629 z 2007 roku są to wspomnienia o.Tomasza Pawłowskiego. Wywiad nosi  tytuł : Nieśmiały ochotnik "Jur" o. Tomasz Pawłowski OP
Czytając dzisiaj po raz pierwszy w życiu wspomnienia o. Tomasza Pawłowskiego mego przewodnika duchowego zrozumiałem: Genezę "Jur'a" , dlaczego nie "Jur'ek" lub nie "jur'ny", a papieski.
– Ojciec zawsze zgłaszał się na ochotnika. Dowódca w raporcie pisze: gdy atakowaliśmy Niemców w restauracji „Żywiec”, na rogu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej, do szturmu poszli wszyscy, którzy mieli broń i ochotnicy bez broni. Jednym z nich był starszy strzelec „Jur”.
 – Atakowaliśmy z ulicy, dowódca wydał rozkaz, ale miał świadomość, że naraża nas na śmierć. W zakonie, przełożony bez zgody podwładnego też nie ma prawa wyznaczyć mu zadania, misji, jeżeli istnieje zagrożenie życia.  

Tu narodziło się pytanie do mego zmarłego duszpasterza, a co z posłuszeństwem ojcze Tomaszu w przypadku zagrożenia u podwładnego życia duchowego, życia wiecznego, które po wielokroć ważniejsze jest od życia ziemskiego? Odpowiedź znalazłem w tym oto tekście: 

NAD BAŁTYKIEM  18.10.1993
Do wszystkich wyborców Polskiej Prowincji O.P – ludzi dobrej, choć często nieświadomej woli.
  
Jakiego chcę mieć Prowincjała?
  1. Nade wszystko takiego, który da nam żyć. Wstępując do zakonu nieomal pół wieku temu, wyglądało mi, że dominikanie intelektualiści będą wybierać ludzi najmądrzejszych, najroztropniejszych.
Tymczasem, obserwując przez lata tyle elekcji – widzę, iż wybiera się przeciętność, niekiedy nawet miernotę, byle dała żyć.
  1. Panie, zachowaj nas od wybierania ludzi o dojrzałej osobowości, o zdecydowanym charakterze, tacy wymagają od siebie, mogą zażądać od nas. A nam tak dobrze w marazmie zakonnym.
  2. Nie należy do władzy dopuścić braci o ustalonych koncepcjach życiowych. Najlepiej tacy, jak dotychczas – bezkoncepcyjni. Tacy zakonu nie wywrócą, a że nie popchną do rozwoju, to nie nasza wina. Widać taka była wola nieba!/???/

Każdy z drogich czytelników niech teraz pomyśli nad dalszymi postulatami co do przyszłego, naszego władcy. Te krótkie spostrzeżenia mają jedynie inspirować do własnych przemyśleń, oby w „Blasku Prawdy”!

Całując bratersko, zawsze, od wejścia do zakonu – bezpartyjny i zawsze przez władze podejrzliwie widziany.

O.Tomasz
nie Węgrzyniak
lecz Pawłowski OP


1946 zdał maturę i podjął studia ekonomiczne. Działał w duszpasterstwie akademickim prowadzonym przez dominikanów, a także w harcerstwie. Przez pół roku był więziony za kolportaż ulotek. W 1948 roku uzyskał tytuł magistra ekonomii. 

3 listopada 1949 roku wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego, otrzymując imię Tomasz. Święcenia kapłańskie przyjął 24 czerwca 1956 roku w Krakowie. 
–   Wstąpiłem do nowicjatu w Poznaniu w 1949 roku. Zjawiłem się ostatni, bo do końca się wahałem. A te „moje narzeczone” chodziły mi jeszcze po głowie. Ojciec Bernard, mój spowiednik dyskutował i rozważał, gdzie mogę się bardziej spełnić. O żadnym namawianiu nie było mowy. I tak zaczęło się ciężkie życie, dyscyplina, zetknięcie z ciężką regułą – wszystko na dzwonek, kładzenie się na ziemi, pokutnicze modły. Niesamowita cisza w klasztorze.
– Decydując się na biały habit zakonu dominikanów, miałem wyraźną wizję duszpasterza studentów, młodzieży. Po studiach udzielałem się w rożnych organizacjach, byłem nawet czynny politycznie, za co w PRL-u siedziało się w więzieniu, czego już zasmakowałem. Byłem więc przygotowany, znałem realia życia studenckiego, radości i smutki. Nie wspominałem o tym jednak nikomu. Najgorzej pchać się na siłę i opowiadać o marzeniach, bo wtedy wszystko dzieje się na opak. Takie więc było moje ciche pragnienie. Po święceniach, ślubach wieczystych i studiach przeniesiono mnie karnie jako „wio-wikarego” do Wrocławia za to, że byłem hardy, niezdyscyplinowany, prowokacyjny. Miałem zaopiekować się ministrantami w nowo powstającej parafii dominikańskiej. I zająłem się nimi z taką energią jak studentami. Walczyłem o miejsce dla nich w kościele, nie tylko przy ołtarzu. Organizowałem wycieczki, spotkania, kominki, wprowadziłem współzawodnictwo, ciągle organizowałem jakieś wyprawy. Chyba po roku przyjechał ojciec Joachim Badeni, mój magister na studentacie. Mieliśmy może pewne podobne cechy. On był trochę mistykiem, o dużo głębszej strukturze duchowej. Łączyły nas poglądy polityczne, konserwatywne, ale o głębokich korzeniach demokratycznych, co u arystokratów (mam na myśli oczywiście ojca Joachima) nie było takie częste. W każdym razie ten rok był rokiem pracy niechcianej. Ale to był jedyny raz, więc jak powiedział ojciec Joachim, też uważam się za szczęśliwca. 

Pracę duszpasterską rozpoczął w 1957 we Wrocławiu, ale już w 1958 został przeniesiony do rodzinnego Poznania, gdzie wspólnie z o. Joachimem Badenim OP prowadził duszpasterstwo akademickie. 
- Ojciec Joachim zaproponował powrót do rodzinnego Poznania i pracę w duszpasterstwie?
– Nie powiedział tego wprost, sugerował, że widzi mnie w Poznaniu i badał, czy zaakceptowałbym taką propozycję. Nie było to konkretne zadanie, które zwierzchnik daje współbraciom i któremu trzeba się podporządkować.
Po Październiku 1956 roku dominikańskie Duszpasterstwo Akademickie w Poznaniu, zlikwidowane przez komunistyczny reżim jesienią 1954 roku, zostało reaktywowane w 1957 roku. Jego szefem został ojciec Joachim Badeni. Tak więc wróciłem do Poznania i zostałem zastępcą ojca Joachima w Duszpasterstwie Akademickim. Opowiem o jednym zdarzeniu:
Rankiem 23 listopada 1961 roku w duszpasterstwie na Libelta w Poznaniu, nic nie wskazywało, że wieczorem będzie miał miejsce czarny PRL-owski scenariusz. W kaplicy miała się odbyć konferencja „Katolik wieku atomowego”. Prelegent, ksiądz Leon Kantorski z podwarszawskiej Podkowy Leśnej, miewał kłopoty zarówno z władzami kościelnymi jak i komunistycznymi. Znany z niekonwencjonalnych pomysłów, zainspirował pierwszą w Polsce „mszę bitową”.
Kaplica akademicka na piętrze stanowiła integralną całość z kościołem. Frapujący temat i konferencjonista ściągnęły listopadowego wieczoru sporo młodzieży. Zapalone świece na ołtarzu rozpraszały półmrok. Słuchano w skupieniu. Usłyszeliśmy kroki na schodach. Weszli. Mały, korpulentny oficer MO stanął przy ołtarzu, padły słowa: „Przerywam nielegalne zebranie, proszę się natychmiast rozejść”. A na to młodzież: „Zdejm czapkę! Jesteś w kościele”. Władza trochę się przestraszyła. Milicjant położył czapkę na ołtarzu. „Zdejm czapkę z ołtarza” – krzyknęli studenci. Znów uległ – pierwsze zwycięstwo. Spytałem krótko: „Jakim prawem?”Odparł: „To zebranie nielegalne!” A ja: „W kościele i na afiszach zapowiedziano religijną konferencję”. Z pomocą pospieszył jakiś cywil: „Jestem prokuratorem – wyjaśnił – chodzi o zgromadzenia nielegalne”. Pamiętałem, że przedwojenna nieanulowana w PRL-u ustawa wyłączała właśnie Kościół rzymskokatolicki z obowiązku uprzedniego zgłaszania zgromadzeń. Prokurator, towarzysz Sternerowicz, zdenerwowany wydusił: „Musicie się rozejść!”
Była to najtrudniejsza decyzja w moim życiu, dramatyczniejsza niż wybór powołania. Musiałem ryzykować zdrowiem, a może i życiem przyjaciół – studentów. Widziałem wzburzenie młodzieży. Jedno moje wezwanie mogło doprowadzić do rozlewu krwi.
Czy miałem prawo dopuścić do bratobójczej walki przy ołtarzu Chrystusowym? Westchnąłem do Ducha Świętego i zwróciłem się do kapitana i prokuratora: „A może to jednak nielegalny napad organów stojących na straży praworządności? Proszę o wylegitymowanie się”. Kapitan otworzył książeczkę służbową, a ja przeczytałem na głos, aby młodzież zapamiętała, że prawo i sacrum naruszył kapitan MO Wróbel, taki a taki numer służbowy itd. W trakcie tej akcji inni milicjanci usiłowali legitymować zebranych. Wylegitymowali raptem 24 osoby.  Na koniec oznajmiłem: „Nie ustępujemy wobec prawa, ale przed przemocą”. Po czym odmówiliśmy dziesiątek różańca.
Gdy schodziliśmy gromadnie w dół do kościoła i na dziedziniec, milicjanci usiłowali wyłapywać młodzież. Natychmiastowa interwencja kapłanów pomagała.
Rewizja w duszpasterstwie trwała do świtu – opukiwano ściany, przesypywano lekarstwa w polowej apteczce, wertowano książki w biblioteczce, fotografowano. Wreszcie jeden z ojców, zadziorny góral, spytał: „Panowie po co ta szopka, przecież nic nie znaleźliście”. A oni na to: „Żeby wystraszeni studenci nie przyszli na ranną mszę w kaplicy duszpasterskiej”.
Co za naiwność! „Siódemka” była rekordowo zatłoczona. Nigdy tylu młodych nie zerwało się tak wcześnie na „łamanie chleba”. Młodzież przetrwała napór brutalnej przemocy zwycięsko. Bezowocne śledztwo UB dowiodło, iż w naszym środowisku nie mieliśmy donosiciela-zdrajcy. W ten sposób ta cała wielka akcja likwidacji naszego DA, dokonywana w ścisłym porozumieniu z MSW, spełzła na niczym.

– Mam wrażenie, że ulubioną metodą ojca jest prowokacja – w liturgii, pracy duszpasterskiej.
– To moja ulubiona metoda, dość skuteczna, a o to przecież chodzi. Nie jest to sztuka dla sztuki. Pobudza, rozbudza, jest wstrząsem. Owszem, dla niektórych jest on za silny, ale nawet w liturgii nie lubię schematów, utartych ścieżek. Staram się poruszyć człowieka, stawiając problem w formie paradoksu. Zapożyczyłem tę metodę od św. Tomasza z Akwinu, ale w bardzo małym wymiarze. U św. Tomasza każdy rozdział zagadnienia, a w jego dziełach mamy kilka tysięcy zagadnień teologicznych, zaczyna się zawsze od słów: „Utrup” – czy? Pierwszy artykuł głęboko wierzącego św. Tomasza „czy Bóg istnieje?” – czy może być większa prowokacja, zmuszająca do rozmyślań? Po niej następuje rodzaj wykładu, zakończony obroną przed zarzutami. Wykorzystałem ten typ myślenia do kształcenia dominikańskiego.
– Ilustrując ulubioną metodę intelektualnej i duchowej prowokacji ojciec Tomasz pokazuje list do współbraci i trudno chyba o lepszy przykład.

W 1964 roku oddelegowano go do Krakowa, gdzie na prośbę ówczesnego bp. Karola Wojtyły założył duszpasterstwo akademickie "Beczkę", które prowadził do 1983 roku. 

W 1987 roku został przeniesiony do Rzeszowa i utworzył duszpasterstwo akademickie „Szopka”. 

W latach 1994-2005 przebywał w Gdańsku, gdzie był wykładowcą etyki na kilku wyższych uczelniach. 

14 października 2004 roku o. Tomasz Pawłowski otrzymał Honorowe Obywatelstwo Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa. 

W 2007 roku powrócił do Rzeszowa. 30 czerwca 2008 roku otrzymał od prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. 


Autor szeregu artykułów, a także książek: 
Siła przebicia, Wyd. W Drodze, 1986; 
Stopem przez życie, Wyd. W Drodze, 1987; 
Latająca szopka, 1993; 
Przewodnik dla zniechęconych, Wyd. W Drodze, 1996; 
Summa głupstw, Wyd. W Drodze, 2000; 
Pomiędzy miłosierdziem a lękiem, Wyd. AA, 2005.

Brak komentarzy: