niedziela, 17 lipca 2016

Gościnność, wierność, odpowiedzialność do grobu dziadka Stefana


Dzisiaj mamy 17 lipca 2016 roku. Od śmierci Ewy upłynęło równo dwa i pół roku. Gdyby Ewa żyła, to za kilka dni obchodzilibyśmy 49 rocznicę naszego ślubu. 
     Zadał mi pytanie jak się czuję, jak przeżyłem te dwa i pół roku

Spojrzałem na obraz wiszący nad jego głową i już chciałem powiedzieć, że jak ten ślepiec Malczewski, mający u swego boku Anioła. Mimo, że Anioł jest podobno w skromnym negliżu, ja, poza jego wyjątkowym subtelnym pięknem przypominającym mi Ewę, zupełnie nie widzę w nim seksowności.  

Skończyło się na tym, że powiedziałem, że najbardziej mi braknie Ewy zdania, opinii, doradztwa, nawet przygany, gdyby coś było u mnie nie tak, a na koniec klęknęliśmy na wspólnej nocnej modlitwie przy grobie Ewy i Łukasza.

     Zamiast zamówić Mszę Świętą za żonę zamówiłem na dzisiejszy niedzielny ranek Mszę Świętą o światło wiary dla dzieci i wnuków.  
      Za Ewę i za mnie będzie Msza Święta w wigilię naszej rocznicy ślubu. 
      Aktualnie stoję przed poważnym problemem gościnności, o czym była dzisiejsza homilia. Gościnność  w nawiązaniu do istoty sakramentu małżeństwa

      Nie do ślubu cywilnego, nie do takiego czy innego związku, a do ogromu łaski Boga jaka spływa na nowożeńców w czasie, gdy przed Bogiem i z Jego przywołaniem i błogosławieństwem młodzi ślubują sobie dozgonną wierność
    
        Rzecz w tym, że muszę sobie odpowiedzieć na pytanie: czy wolno i w jakich przypadkach rodzic winien ingerować w nie do zaakceptowania zachowanie młodych małżonków sprzeczne z dobrymi obyczajami i okazaną im gościnnością. Rodzi się pytanie czy taka ingerencja nie jest przypadkiem stawieniem się rodziców w roli Pana Boga, który całkowicie i bez zastrzeżeń każde sakramentalne małżeństwo równo traktuje i nie dopuszcza do wyrokowania przez rodziców o zachowaniu się dorosłych dzieci. 


      To nagminny problem gościnności, także dzisiaj, gdy wielopokoleniowym rodzinom przychodzi mieszkać gościnnie na jednym mieszkaniu. Tak też było w przypadku mego dziadka Stefana i babci Jadwigi mieszkających na dwóch pokojach z kuchnią w Poznaniu przy ul. Margonińskiej 15 z 5. osobową rodziną córki Barbary. 
     Nie chodzi mi o warunki ekstremalne w czasie II wojny światowej, gdy na Margonińskiej dodatkowo na jednym pokoju z dziadkami mieszkał brat dziadka i ich najstarsza córka Maria, a na poddaszu moi rodzice z mną malutkim. Do tak przeludnionego domu, w którym dziadek organista pisał swą kronikę, nie dało się już nikogo z zewnątrz dokwaterować. Nieco podobnie było gdyśmy oboje z Ewą i dwójką małych dzieci mieszkali gościnnie na piętrze w domu moich rodziców Ludwika i Heleny przy ul Polskiej.  Podobnie było u nas, gdy w pierwszym roku małżeństwa Natalii i Pawła z maleńką Celiną  zajmowali oni dolną część naszego domu. Problemem zawsze okazywała się granica bezinteresownej gościnności i wdzięczności za okazaną gościnność oraz wzajemne współżycie młodych i starych.

      A wracając jeszcze do śmierci Ewy i pytania jak sobie radzę we wdowieństwie warto zauważyć, że dziadek organista Stefan przeżył wspólnie z babcią Jadwigą jubileusz 60 lecia małżeństwa, a po śmierci babci przeżył jeszcze 6 lat. Podobnie mój ojciec przeżył mamę o 11 lat. Ile lat przyjdzie mi przeżyć Ewę wie tylko jeden Pan Bóg. Do mnie należy tylko święcie przeżyć pozostałą część życia. 


Ale póki co z opowieścią o dziadku organiście Stefanie skończyłem na jego pierwszej posadzie w Granowie, gdzie po 6 latach grania jako kawaler mając 24 lata ożenił się 28.02.1892 z Jadwigą Mylerówną z Grodziska z którą miał 14 dzieci


Najstarsza moja ciocia Maria dla której byłem jak drugi syn urodziła się równo po 9 miesiącach 30.11.1892 rok, a najmłodsze dziecko mój ojciec Ludwik urodził się 09.08.1911 roku gdy dziadek miał 43 lata, a babcia miała 45 lat. W sumie w Granowie babcia urodziła trójkę córek, w tym Marię i Janinę, które dożyły wieku dorosłego. 

W Granowie dziadkowie przebywali jeszcze 4 lata do 1896 roku by przeprowadzić się do parafii w Wielichowie. Tu, w Wielichowie przez 7 lat posługi organistrzowskiej przyszło na świat  sześcioro dzieci w tym dwójka, Helena i Józef, które dożyły wieku dorosłego. 

Dla mnie bardzo ciekawa jest opinia ks, Giemzickiego  o swoim organiście. Zacytuję ją nieomal w całości: "Organista J.Pan Stefan Zygarłowski przez 7 lat   sprawował obowiązki organisty i oddalił się  stąd głównie dla tego, że podpisany życzył sobie zaprowadzić muzykę kościelną z użyciem gry smyczkowej i dętych instrumentów i pragnął mieć takiego organistę, który by umiał taką grupę muzyczną sobie wykształcić


J. Pan Zygarłowski unikał dowolności w śpiewaniu kościelnym, umiał się szczególniej w śpiewie gregoriańskim ściśle nut trzymać. Głos miał dżwięczny, ujmujący, silny. Gra na organach śpiewowi odpowiadała. Nietrudno mu było pomagać tutejszemu zakrystianinowi  w oczyszczeniu i porządkowaniu kościołów. Z parafianami był przez cały czas w najściślejszej zażyłości i bardzo był przydatny tutejszym przemysłowcom z którymi dawał przedstawienia teatralne i których ćwiczył w śpiewie kościelnym z przyciągnięciem śpiewaczek które pod jego przewodem śpiewały regularnie w niedziele i święta w czasie Mszy św. i nieszporów  Świeccy członkowie tutejszego dozoru i parafianie moi długo nie mogli J Pana Zygarłowskiego zapomnieć . W stanie nietrzeźwym nigdy J.Pana Zygarłowskiego nie widziałem i nigdy nie dał mi powodu do zarzucenia mu jakiejś niewierności. 
Wielichowo, 28 stycznia 1904 roku 
X Walenty Gimzicki proboszcz 


Kolejną parafią w której przez dwa lata grał na organach dziadek Stefan było Spławie pod Poznaniem. Tu dziadkom urodziła się dwójka dzieci Florian i Barbara. 

Ciocia Barbara z wójkiem  Walentym Borkowskim oraz moja kuzynka Gabriela tak jak za życia mieszkali z dziadkami na jednym mieszkaniu tak razem zostali pochowani w jednym grobie, nad którym stoją zebrani.

Trudno dociec co było przyczyną przeniesienia się dziadków na kolejne trzy lata do parafii w Rososzycy, gdzie rodzi się kolejne dziecko. W bardzo pochlebnej opinii z Rososzycy czytany, 

że dziadek oprócz organisty był przy kościele "złotą rączką" (introligatorem, szklarzem), a odchodzi z posady by poszukać sobie lepszej i donioślejszej posady, 

którą znajduje na krótki czas w Rogoźnie a potem w Głuszynie pod Poznaniem. Tu rodzi się dziadkom ostatnia dwójka dzieci Stanisław i Ludwik. Jego proboszcz ks Mieczysław Mrugas tak pisze w opinii o dziadku

"Obowiązki swoje spełniał zawsze sumiennie dbając przede wszystkim o porządek i czystość w kościele. Obdarzony silnym i pięknym tenorem wystarczającym i na większy kościół 

(przypominam, że w tamtych czasach nie było znane nagłośnianie kościołów), gra dobrze na organach, prowadził męski chór kościelny i był dyrygentem Koła Śpiewaczego. 

Zawsze chętnie pomagał w pracy w innych towarzystwach (polskich - świeckich). Poza tym uczciwy, trzeźwy i pracowity, oddany trosce o wyżywienie licznej swojej rodziny tak, że go sumiennie polecić mogę. Wędrował  z Głuszyny na własne żądanie, aby się przenieść na lepszą posadę i byt sobie polepszyć."

organyDo najcenniejszych zabytków kościoła w Głuszynie należy zaliczyć organy piszczałkowe, zbudowane przez jednego z najbardziej znanych mistrzów swojego czasu - Friedricha Ladegasta z Weissenfels. Instrument ten przedstawia wysoką wartość jako zabytek kultury muzycznej XIX stulecia. 
Parafianie głuszyńscy otrzymali organy 16 grudnia 1884 r. Niewątpliwym atutem organów jest ich oryginalny, nienaruszony stan zachowania, co jest ogromną rzadkością. 
Większość instrumentów z XIX w. była przerabiana lub uległa zniszczeniu – tutejsze organy przetrwały upływ czasu. Dziadek Stefan uczył się gry na podobnych organach w poznańskiej farze. To drugi egzemplarz w Polsce wykonany przez tego samego mistrza.  


Ale i ta praca nie zadowoliła widać finansowo dziadka, bo gdy po 8 latach pracy w Głuszynie nadarzyła się okazja w 1916 roku przeniósł się na rok z rodziną do Pierania, a potem na 2 miesiące do Każmierza by zakończyć swą karierę zawodową 19 letnią pracą skaperowany przez ks. Czesława Starka do Bytynia.

Tu trafił na wyjątkowego kapłana, Polaka, społecznika naukowca i pasjonata. ogłoszonego patronem poznańskich doktorantów.  

Przytaczam streszczenie numeru specjalnego wydanego z okazji rozpoczęcia roku akademickiego 2013/2014 pana Mateusza Hurysza ze strony Towarzystwa Miłośników Miasta Poznania za:
/http://www.tmmp.poznan.pl/cms/content/view/224/192/

Ksiądz Czesław Stark - Patron poznańskich doktorantów (numer specjalny 2/2013)



 

                                                                                 Ksiądz Czesław Stark (1881-1927) 
Patron poznańskich doktorantów
    Patronactwo jest rozpowszechnioną metodą pozyskiwania sobie względów lub uczczenia pamięci wybitnej postaci dla danej społeczności, która poprzez swoje życie doskonale koresponduje z przyjęciem opieki nad daną dziedziną. Patron w tym ujęciu jest, poza wyjątkami, osobą nieżyjącą, co implikuje, iż jego życiorys jest już dokładnie poznany, i nie wzbudza kontrowersji.
   Życie księdza Czesława Starka, zwłaszcza po roku 1918, predestynuje Go do obrania Jego postaci za patrona poznańskich doktorantów. Po powstaniu Uniwersytetu Poznańskiego w 1919 r., za zgodą władz kościelnych, pierwszy wstąpił na studia, otrzymując indeks z numerem "1". Studiował na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym w Zakładzie Zoologicznym, zajmując się badaniami skorupiaków wioślarek na terenie położonego w jego parafii rozległego Jeziora Bytyńskiego. Pod kierunkiem rektora Uniwersytetu, wybitnego zoologa prof. Jana Gabriela Grochmalickiego, napisał pracę doktorską pt. „Wioślarki Jeziora Bytyńskiego i ich przemiany sezonowe”, opublikowaną w skrócie w „Archiwum Hydrobiologu i Rybactwa", t. IV, 1930. Praca została przyjęta, jednakże poważna choroba przeszkodziła mu w złożeniu egzaminu doktorskiego. Na pięć dni przed egzaminem ustnym zachorował na zapalenie nerek, walcząc 12 tygodni z chorobą, zmarł 13 września 1927 r. w szpitalu św. Józefa Sióstr Elżbietanek w Poznaniu. Jego przedwczesna śmierć wywołała powszechny żal parafian i współpracowników. 
(Mój tato Ludwik nad którego grobem stoją na powyższych zdjęciach uczestnicy I Zjazdu Rodu Zygarłowskich miał wtedy 16 lat i był, jak sam wspominał, ulubionym ministrantem księdza Czesława Starka - mój dopisek) 
Pochowany został na nieistniejącym już starym cmentarzu Świętomarcińskim przy ul. Towarowej w Poznaniu.
   Należy ubolewać nad tym, iż programy doktoranckie nie uwzględniają dwóch bardzo istotnych aspektów w kreowaniu wizji absolwenta III stopnia w systemie bolońskim – rozwoju wewnętrznego (nie naukowego, lecz duchowego) i służby dla narodu (pożytek dla społeczeństwa). Są to elementy wymykające się pomiarom, które tak sobie upodobali współcześni edukatorzy. Nikt nie może być obdarty z humanizmu, każdy musi pracować nad swoją głębią i słabościami. Nie powinno to być obojętne społeczeństwu i decydentom, którzy nie wykazują żadnego zainteresowania w tym kierunku. Niestety zapowiada się, że ta grupa będzie się czuła mocno oszukana i ze swoimi kompetencjami jednak niepotrzebna…
Niech śp. ks. Czesław Stark otacza doktorantów poznańskich swoją opieką i wstawiennictwem w potrzebie.
Mateusz Hurysz

Z tej długoletniej pracy dziadek nie posiadał prawdopodobnie żadnej opinii. Nie potrzebował jej, gdyż w Bytyniu zakończył swoją 50 letnią pracę organisty na etacie kościelnym. 

Myślę, że wystarczającym dokumentem jest list gratulacyjny Prymasa Polski X kard. Augusta Hlonda z okazji 50 lecia służby kościelnej, z którego odpisu sporządzonego własnoręcznie przez dziadka załączam zdjęcie. Gdzie się znajduje oryginał nie mam pojęcia.  



Na tym nie zakończyło się granie dziadka. Na ile zdrowie i siły pozwalały grywał i śpiewał Panu Bogu do końca życia w parafii im Maryii w Poznaniu w Krzyżownikach prowadzonej przez księży Zmartwychwstańców na terenie której przyszło mu mieszkać, ale nie tylko. Dotarły do mnie sygnały, że grywał także w innych poznańskich parafiach zastępując w potrzebie młodszych kolegów organistów. W swojej kronice nie omieszkał napisać że 2 lutego 1952 roku obchodził w Poznaniu oprócz 60 lecia małżeństwa także 65 lecie organistrzowskiej służby Bogu.

cd dot. I Zjazdu w następnych odcinkach

Brak komentarzy: