poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Niedziela z Ks.kan. Wojciechem Pawelczakiem.

       Uwaga porządkowa: W dzisiejszy tekst wplotłem zdjęcia z pielgrzymki do Lichenia. Ich związek z tekstem po ludzku można powiedzieć jest żaden, a po Bożemu zobaczę co z tego wyjdzie. 
       To niesamowite jak się rano człowiek budzi z ułożonym scenariuszem, którego poprzedniego dnia nie układał. Ludzie zwykle przed zaśnięciem starają się zaplanować  następny dzień. Zasypiając z modlitwą można ułożenie harmonogramu następnego dnia powierzyć temu, który jest wpisując się "w ciemno" w Boży plan. Na zdjęciu obok podświetlony napis w zwieńczeniu ołtarza głównego bazyliki licheńskiej głosi 
 JESTEM 
    KTÓRY            JESTEM"

Takie całkowite zdanie się na TEGO  KTÓRY  JEST , jest z jednej strony bardzo wygodne, ale z drugiej wymagające wielkiej pokory, bo świadomie pozbywasz się na rzecz Stwórcy wolnej woli, którą cię Bóg obdarzył. Pakujesz się sam na Jezusowy krzyż mówiąc sobie nie moja, ale Twoja Boże wola niech się stanie. 
       Tak też było przedwczoraj w sobotę. Singiel taki jak ja, który nieomal przez całe dorosłe życie nic innego nie robił jak tylko planował i projektował różne warianty położył się przedwczoraj spać kompletnie zmęczony. 

      Gdy przyszło do modlitwy wieczornej wyszedłem jak co dzień pod pomnik Bożego Miłosierdzia i chyba po raz pierwszy poddałem się po jednym Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo. Wierzcie mi, nie miałem siły odmówić koronki. Przeprosiłem tylko Boga, że Go tak lekko potraktowałem, że tak nagle opadłem z sił i obiecałem Mu, że w niedzielny ranek "nadgonię" pacierze. 
       Widocznie Pan przyjął to moje pokrętne tłumaczenie, o nadgonieniu modlitw. Miłości do Jezusa nie da się bowiem nigdy nadgonić. W kontaktach z Bogiem sprawdza się reguła "co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj". 

      Wróciłem spod pomnika sfrustrowany niemocą do domu, wyrzucając sobie w rachunku sumienia, że przecież mogłem pomodlić się godzinę wcześniej, a nie przeciągać czas na kontakt z Bogiem do ostatniej chwili dnia tłumacząc się przed samym sobą, że to co robię, to też są przecież sprawy Boże.    
      Gdy po wieczornej toalecie złożyłem głowę na poduszce,  tak jak wspomniałem, zdołałem tylko westchnąć do Boga i natychmiast usnąłem bez żadnego niedzielnego scenariusza. 

      O ile dni powszednie upływają mi na konkretnych zajęciach - pracach, o tyle z niedzielami mam kłopot. Szczególnie w niedzielę wokół siebie widzę tyle rzeczy do zrobienia. Można by powiedzieć nie wiadomo co tu pierwsze wziąć do roboty. W dzień roboczy, biorę się za robotę, ale w niedzielę, w dzień święty, w dzień poświęcony tylko Bogu?        Leżę w łóżku i mówię Bogu: skoro to Twój taki szczególny święty dzień Boże, to Ty się nim zajmij. Panie mój Boże nasz siłę dasz siłę dasz. Tylko Ty, tylko Ty. No i zasnąłem


       W nocy, jak co noc, budzę się ze dwa razy. To normalka dla człowieka z prostatą. Za każdym razem usypiam po chwili bez problemów. 
      W niedzielny ranek budzę się z modlitwą na ustach i gotowym scenariuszem w głowie.


 Brzmi nieomal jak rozkaz: jedź na 14:00 na Mszę Świętą do franciszkanów na górę Przemysła, tam spotkasz się z celebransem Ks. Wojciechem Pawelczakiem, porozmawiasz z nim, a potem odwiedzisz ciocię Elę, reszta do ciebie należy. 

      Ranna toaleta i wychodzę na nieomal pół godziny pod pomnik na modlitwę i rozmowę z Bogiem. Przepraszam za sobotni wieczór i dziękuję za gotowy plan dnia.
 
      Nie powinienem mieć pytań, a tu od razu same wątpliwości i góra przeszkód, które mam pokonać. A skąd wiesz, że ks. Wojciech Pawelczak będzie odprawiał Mszę Św? Jest przecież czterech kapłanów wyznaczonych przez ks. Arcybiskupa w diecezji do odprawiania Mszy św. w rycie rzymskim? 

       No nie wiem. 
       A skąd wiesz że uda ci się z nim porozmawiać i będzie gotów spełnić twoją prośbę? 
       Też tego nie wiem. 
       Chcesz jechać do cioci Eli, a nie masz nic przygotowane. Mógłbym te pytania mnożyć, a mnożąc torpedować Boży plan. Ale po co? Wziąłem się za jego realizację. 

      Kuwetę z galartem (galaretą) z szyjki indyczej sporządzoną w sobotę, która się przez całą noc w domu nie stężała wystawiłem z rana na betonową pokrywę studni na ogrodzie. Po 2 godzinach luźna galareta stężała na tyle, że można było ją wstawić na dalsze trzy godz. do lodówki, a na drogę i czas parkowania samochodu na słońcu przed kościołem  zrobiłem ze styropianu specjalny termos do tejże kuwety. I najważniejsze nie poszedłem na ranną Mszę Św. do parafii, a to spowodowało, że odeszły ode mnie myśli by zrezygnować z jazdy na 14:00, na wielką niewiadomą do oo franciszkanów. 

        O 13:25 byłem gotowy, spakowany do wyjazdu na Mszę Św. a potem na kawę i kolację z galartem do cioci Eli. 

       Do Mszy Święty wychodzi w asyście 2. wspomagających  ministrantów Ks. kan. Wojciech Pawelczak. A więc Panie Boże jestem dokładnie wpisany w Twój plan. Gdy kapłan rozpoczął kazanie od prośby o podwózkę go do domu po skończonej Mszy Świętej, już wiedziałem, że mnie przypadnie ta przyjemność. 

        W kazaniu, gdy nawiązując do uczynków miłosierdzia co do ciała i co do duszy podał przykład żebraczki proszącej o pieniądze na chleb, aż mnie ciarki przeszły bo opisał w detalach podobną sytuację jaka mi się przytrafiła ostatnio z żebraczką na Górczyńskim cmentarzu.  
       Po Mszy Świętej do zakrystii wchodzę jako pierwszy. Ks. Wojciech z radością przyjmuje moją propozycję, mówiąc że gdy tylko zobaczył moją twarz, jak podawał mi Żywe Ciało Jezusa Chrystusa, też już wiedział, że podwózkę z mojej strony ma zapewnioną.  
       Gdyśmy ustalali sposób i miejsce podjechania pod kościół podziękował serdecznie dwom pozostałym osobom, za dobre chęci. Państwo się czujcie tak, jak byście mnie fizycznie podwieźli ale pozwolicie, że z tym panem pojadę do domu, Tak, tak ja już rano miałem przekaz z góry że mam się Księdzem zainteresować dopowiadam obu rodzinom.  
       Księże mam dwie niezależne sprawy. Jedna to ta, że po kościele miałem odwiedzić prawie 90 letnią ciocię. To takie nawiązanie do uczynków miłosiernych co do duszy, o których ksiądz wspominał w czasie homilii. 

      Ależ tak, możemy podjechać odwiedzić chorą osobę.    
      Ciocia nie jest obłożnie chora, jest po prostu niesprawna i ma kłopoty z chodzeniem. 
     Jedziemy zadecydował ks. Wojciech, będę miał zaliczony na dzisiaj dobry uczynek do bramy miłosierdzia, jaką jest kościół oo franciszkanów. 
      A druga sprawa, to kwestia przekazania tradycji memu kuzynowi.
      Tą sprawę muszę z nim osobiście omówić, najlepiej za tydzień po Mszy Świętej. 

      Wypiliśmy po herbatce, zjedliśmy po ciasteczku i na rozmowie z ciocią spędziliśmy resztę czasu. Cioci zostawiłem kawałek galartu na spróbowanie. Ks. Wojciecha zdążyłem szczęśliwie podwieźć  na 18:00, na kolację, do Domu Księży Emerytów.

Brak komentarzy: