wtorek, 13 września 2016

Krzesiny - defilada na zakręcie

      Na nie udanym "występie" dzwonu "Pojednanie" przed pomnikiem Gen Andrzeja Błasika zakończyło się jego bicie na lotnisku w Krzesinach. Już zupełnie nie mieścił się w Uroczystym  Apelu zakończonym defiladą wojskową. Ceremoniał okazał nadrzędny.
       Po zrobieniu tego zdjęcia odprowadziłem dzwon na parking pod opiekę Żandarmerii Wojskowej, a sam poszedłem oglądać defiladę. 

     Jako dowódca plutonu żołnierzy, których dostałem na okres unitarny, miałem za zadanie nauczyć ich musztry. Robili to w moim imieniu trzej kaprale, dowódcy drużyn, a ja tylko sprawdzałem postępy. 

Wojsko było surowe, i jak to się mówi wzięte od pługa, tak że mało kto z nich miał skończoną zawodówkę. 
     Jednego przyłapałem jak w sedesie mył nogi, bo wychodek miał w domu za stodołą i nie wiedział do czego to służy.  

Po przysiędze mieli tworzyć budowlaną brygadę remontową. Postępy ich musztry oceniałem zawsze na końcu ćwiczeń, jak ten oficer stojący na zdjęciu na chodniku.  
Wtedy, gdy żołnierze byli zmęczeni wychodziły na jaw wszystkie mankamenty szkolenia, na które zwracałem uwagę dowódcom drużyn. 

By ocenić defiladę na lotnisku w Krzesinach zachowałem się podobnie. Stanąłem w miejscu, gdzie poszczególne pododdziały schodziły z płyty przedhangarowej 

i znikały z widzenia nie tylko władzom odbierającym defiladę ale i nieomal wszystkim gościom, którzy przyszli oglądać pokazy lotnicze nie tylko na ziemi ale i w powietrzu. 

Przede mną szły krokiem defiladowym poszczególne oddziały, a ja stałem i patrzyłem oraz porównywałem do obecnych defilad w Moskwie, Chinach czy w Wietnamie.   

Białe galowe rękawiczki lotników ostały się tylko na co dzień u służby liturgicznej u Ks. Piotra Marii Natanka, a panowie podoficerowie dawno pewno nie ćwiczyli musztry na placu apelowym.  


Na zdjęciach tylko nieznaczna część pododdziałów. Nie sposób było robić im wszystkim podobne zdjęcia. Wniosek jest jeden braknie w wojsku służby zasadniczej. Jedyny plus to ten, że skończyła się "fala". 


Leżąc 29 lat temu w 111 Szpitalu Wojskowym z żołnierzami służby zasadniczej i mając dużo czasu wolnego napisałem rozprawkę pt: "Fala Kota Kowalskiego" opisującą w szczegółach życie szeregowca w Ludowym Wojsku Polskim w latach 1985-1987.

Wnioski płynące z opracowania wysłałem do Redakcji Żołnierza Ludu, która to redakcja próbowała w tamtych latach walczyć ze zjawiskiem powszechnej wtedy fali w wojsku rozmawiając z żołnierzami jednostek, w których dochodziło do samobójstw "kotów".

Zacytuję swoje końcowe podsumowanie: 
" Panie Pułkowniku. Rozmowa z żołnierzami będzie szczera i skuteczna, jeśli będzie prowadzona z pozycji ja oficer polityczny, 

wasz dowódca, zatroskany i rozumiejący problemy fali chciałbym wam rezerwiści i wicerezerwiści dać argumenty, abyście sami z siebie dobrowolnie zrezygnowali ze stosowania wobec kotów niedozwolonych praktyk. 

Byście sami doszli do tego, że służyć w wojsku trzeba radą, wyrozumieniem, własnym dobrym przykładem, niewykorzystywaniem stanowisk do swoich prywatnych interesów. Byście sami z siebie zrezygnowali z tych niegodnych człowieka praktyk i metod jakie swego czasu w stosunku do was stosowano. 

Krótko mówiąc poprawa stosunków międzyludzkich w wojsku, to  odnowa moralna wojska. Tak, tak Panie Pułkowniku. Nie wstydźmy się tego powiedzieć. Od kogo ją zacząć? Ja zacząłem od siebie. 
26.07.1987 rok.

Brak komentarzy: