środa, 28 grudnia 2016

Dialog ze zmarłą Ewą

Rzadko się zdarza bym nim zacznę pisać znał już tytuł jaki nadam wpisowi  "Dialog ze zmarłą Ewą".
Od samego rana nic nie wskazywało na to, że będę rozmawiał ze zmarłą, bo też po prawdzie nie zamieniłem z Nią ani jednego słowa. Wiara mi mówi, że ze zmarłymi się nie rozmawia, to też od Jej śmierci nic nie czynię by nawiązać z Nią kontakt słowny. 
       Już ostatnie miesiące choroby odzwyczaiły mnie od konwersacji z gasnącą na moich oczach małżonką. Ważniejszy, a także łatwiejszy dla Niej do przekazania i odebrania niż słowa był uśmiech i gest, których starałem się Jej nie szczędzić. 

      Ale dzisiaj po 3 latach bez 20 dni, w czasie których tylko jeden raz mi się przyśniła i do tego stojąca do mnie tyłem, gdzie tu było mi myśleć o jakiejś konwersacji, a tym bardziej o dialogu ze zmarłą. 

     A jednak mimo, że nie wszeptałem żadnego do Niej żadnego słowa, zdarzenia dzisiejszego dnia nazwałem dialogiem.
Istotne fakty tegoż dialogu uwypuklę pogrubioną czcionką osadzając je w ziemskiej codzienności trzy letniego wdowca. 

       A więc budzę się wcześnie rano i po krótkim westchnieniu do Boga siadam do komputera by po łepkach sprawdzić wczorajsze dwa wpisy. Gdy  w połowie sprawdzania kazania ks. Piotra oderwałem się od tekstu, był najwyższy czas jechać na ostatnią ranną Mszę Świętą. Do świątyni im. Maryi wszedłem razem z kapłanem. 

        Musiałem jechać bardzo ostrożnie, gdyż jezdnia nawet na głównej trasie była oblodzona, a na przeciwległym kierunku od wiaduktu w Krzyżownikach do nieomal drugiego wiaduktu w Smochowicach praktycznie na  5. pasach stało w korku z racji wypadku chyba kilka tys. samochodów. 
       Dzisiaj wspomnienie Św. Młodzianków, patronów dzieci nienarodzonych, to pierwsi męczennicy krwi. Dzieci mimo, że obarczone grzechem pierworodnym, można by powiedzieć grzechem pokoleniowym zawsze są niewinne. W modlitwie za zmarłych tym razem modliłem się za zmarłych rodziców z zamiarem odwiedzenia po Mszy Św ich grobu. Po Mszy Św. zostałem, tak jak bez mała wszyscy obecni, na Koronce do Bożego Miłosierdzia. Zwykle śpiewam ostatnią dziesiątkę, ale dzisiaj skupiony byłem tylko na słowach "Miej miłosierdzie dla nas i dla całego świata"
       W drodze powrotnej wstąpiłem po zakupy do Chaty Polskiej. Nie miałem specjalnych potrzeb i skończyło się na okazjach (5 dużych budyni po 0,99; 2,4 kg kiszonej kapusty też po 0,99 za kg; niecały 1 kg bigosowego po 8,88 za kg; wiaderko 1 kg twarożku za 8,99 i z tą samą cenę 1 kg mintaja oraz 2 op. żelatyny). Gdy przyszło do płacenia okazało się, że jestem bez pieniędzy, które zostały w świątecznym ubraniu. Zamiast na cmentarz wróciłem po kasę do domu. Pogotowie drogowe kończyło załadunek rozbitego samochodu. Po 20 minutach odebrałem z kasy swoje ranne zakupy i zapominając o cmentarzu wróciłem do domu. 
       W planie na dzisiaj miałem dzień gospodarczy, czyli odłożone w czasie świąteczne sprzątanie po świętach, które spędziłem generalnie poza domem. Wigilia z dziećmi i wnuczkami, pierwsze święto u brata, a drugie u rodziny żony.
Świąteczne sprzątanie czyli coś więcej niż to co czyni raz na dwa tygodnie sprzątaczka, czyli wykonanie tego wszystkiego, o co prosiła by mnie Ewa gdyby żyła. Kto mnie dzisiaj poprosił? Stojąc twarzą w kierunku czarnej komody spojrzałem przez okno. Przed oczyma mam Jezusa Chrystusa Króla. Kwiaty i znicze częściowo wczoraj rozbite przez wichurę, dzisiaj nie ruszone. Jezu ufam Tobie i biorę się do roboty. Kurze ściera sprzątaczka (jedyna rzecz, której nie cierpię robić), ale by jej ułatwić prace na poziomych powierzchniach winno być maksymalnie mało przedmiotów. Kilkanaście zdjęć oprawionych w ramki czeka na zawieszenie, obrazki, listy, suweniry itp czekają na pochowanie

     Jako pierwsze w rękę wpada mi złożona na cztery biała kartka papieru. Otwieram, moje słowa: "Kocham Cię Twój Jurek" i dwa dzieciątka jak aniołki: 

z lewej dziewczynka, Ewcia z białą różyczką i gołąbkiem, a z prawej chłopczyk, z jabłuszkiem. Pisałem ten ostatni miłosny liścik  ze szpitala na Lutyckiej, gdzie przebywałem w separatce przez Boże Narodzenie. Z rana, równo trzy lata temu odwiedziła mnie wtedy Ewa, by wieczorem  siedząc na wózku inwalidzkim zastąpić mnie na ślubie i weselu mojej chrześniaczki. 

Wielkiej pokory uczył mnie wtedy Pan Jezus. Do betlejemskiej stajenki nie przyszedłem z pustymi rękoma. Panie mój, Boże nasz, siłę masz, siłę dasz modliłem się za nas obojga. Tylko Ty, tylko Ty Panie nasz i Królu możesz dać nam siłę na te ostatnie dni życia Ewy. Kto z nas ludzi mógł wtedy przypuszczać, że Ewa ubrana na balowo, na wózku inwalidzkim, z kolejną wznową glejaka w mózgu za dwie dekady, nie będzie już żyła. Miałem świadomość, że mnie cieleśnie, fizycznie opuści, ale że już ...
Gdzie złożyć ten liścik miłosny niebiańska dzieweczko (gołębica) ubrana w sukienkę przyozdobioną koralikami?
Tu, jak zwykle w takich chwilach bywa, włączył się mój Anioł Stróż.  

Tak jak dla mego ziemskiego ciała za najlepsze i jedyne miejsce na małżeńskim łożu wskazałeś mi mój opiekunie miejsce, na którym duch Ewy opuścił jej ziemskie ciało, tak od tyłu, za portretem Ewy, pod którym każdego dnia, od dnia pogrzebu zasypiam, jest najlepsze miejsce dla tego ostatniego wyznania na piśmie naszej ludzkiej miłości.  
A słownie
A słownie to w ostatnich miesiącach życia Ewy głównie się modliliśmy, a jak mówiłem "Kocham Cię", to najczęściej, kiedy Ewa mogła jeszcze mówić, dostawałem odpowiedź: "Ja Ciebie też". Krótki ale bardzo konkretny owocujący działaniem i modlitwą był ten nasz małżeński miłosny dialog.
Tak więc na początku sprzątania moje "Kocham Cię" znalazło się na zdjęciu jakoby "wewnątrz głowy Ewy"
Sprzątając dalej dom kilka godzin czekałem na odpowiedź. Po kolei kolejne zdjęcia znajdowały swoje miejsce na ścianach domu
       W końcu zostało mi tylko jedno, nasze wspólne małżeńskie zdjęcie z dnia ślubu kościelnego. Ewa jest ubrana w bardzo skromną, a jednocześnie wytworną suknię, którą osobiście wykończyła naszywając na nią białe perełkowe koraliki. Sukienka z wdziankiem była na tyle uniwersalna, że z powodzeniem spełniała w pierwszych latach małżeństwa suknię balową. Nie pamiętam kto zlecił wykonanie i oprawę tego zdjęcia. Bardzo prawdopodobne, że dopilnowała tego przed śmiercią sama Ewa.  
     Obok zdjęcia, na tej samej komodzie, wśród innych rzeczy znalazłem porcelanową szkatułkę w formie jajka, której nigdy wcześniej nie otwierałem. Stała wśród innych przedmiotów i gdyby ją ktoś zabrał, pewno bym tego nawet nie zauważył. Dzisiaj spróbowałem ją otworzyć. Zrobiłem to bardzo niezgrabnie i ze środka wypadły na posadzkę jadalni białe koraliki.  

Tam były koraliki ze sukni ślubnej. Policzyłem te, które zostały w szkatułce. Było ich piętnaście. Na podłodze bez wysiłku znalazłem jeszcze jeden. I w tej chwili doznaję olśnienia, szukaj siedemnastego, musi ich być siedemnaście. Jak będzie siedemnaście, to będzie dla mnie wyraźna odpowiedź Ewy. Siedemnasty dzień stycznia, data zgonu Ewy, siedemnaście pozostawionych przez Nią koralików. 

      Szukaj a znajdziesz. Znalazłem siedemnastego. Szukałem jeszcze długo osiemnastego. Ale więcej ich nie było. 
     Zostawiła mi znak myślę sobie
    Czy miała tego świadomość Po ludzku rzecz biorąc chyba nie, ale po Bożemu
     Po Bożemu nie tylko się takie cuda dzieją 


Teraz idę pod pomnik na wielbienie i dziękczynienie, a jak wrócę i będę miał siły, to uzupełnię ten wpis o zdjęcia. 

Brak komentarzy: