sobota, 3 grudnia 2016

Nie dochowane przyrzeczenie.

Wtorek 29 październik, ranek, przyszpitalna przychodnia lekarska. Siadam w kolejce ze skierowaniem do szpitala czekając na lekarza. Przeglądam i porządkuję wypisy szpitalne z ostatnich lat układając w głowie plan wizyty, co powiedzieć, na co zwrócić uwagę lekarzowi. Przy okazji przyglądam się siedzącym w kolejce mężczyznom. Wszyscy po pięćdziesiątce. 

Gdy jeden z pacjentów  wychodzi od specjalisty uświadamiam sobie, że go znam. To znajomy mi ksiądz. Zamiast go pozdrowić i powitać słowami "Króluj nam Chryste", jak to mam w zwyczaju mówić przez telefon, milczę tchórzliwie.  No cóż, myślę sobie i jego dorwało jakieś choróbstwo. Jak go pozdrowię zaczniemy mówić o chorobach, a mnie, i pewno jemu też, nie uśmiecha  się dzielić z ludźmi swoimi dolegliwościami. Ale sumienie nie daje mi spokoju. Przecież on, kapłan, jest tak jak ja po rannej Mszy Świętej i każdy z nas ma w sobie Żywego Eucharystycznego Jezusa Chrystusa naszego wspólnego Króla i Pana. Pozdrawiając go publicznie obaj damy świadectwo naszej wiary.

Ja pozdrowieniem: "Króluj nam Chryste", a on odpowiedzią: "Zawsze i wszędzie", a więc i tu, w tej  przychodni lekarskiej. Czyż może być piękniejsze świadectwo wiary dwóch chrześcijan jak publiczne przyznanie się do Zmartwychwstałego.
Przecież dwa tygodnie temu przyrzekałem głosić Królewską chwałę Chrystusowi Królowi (patrz zdjęcie obok), 

przyrzekałem budować Boże Królestwo w naszym Narodzie, (patrz zdjęcie obok).  Jak ja to głoszenie  tak na co dzień wyobrażam? Złamałem swoje przyrzeczenia dane Królowi i próbuję się tłumaczyć, że kapłan był bez koloratki, bez sutanny. Przecież to nie moja sprawa. Czyżby? Pewno gdyby był w stroju duchownym łatwiej byłoby mi pozdrowić naszego wspólnego Króla. A może mnie trzeba wrócić do pozdrawiania na co dzień kapłana, a jemu do stroju kapłańskiego?

Z wielką wiarą i miłością wołałem wraz z innymi 20 listopada (patrz zdjęcie obok) Króluj nam, Chryste w naszych urzędach, w miejscach pracy, służby  i odpoczynku. I co, gdy przyszło indywidualnie iść i głosić, dając świadectwo wiary zabrakło mi odwagi. Przecież nie dochowanie przyrzeczenia złożonego Bogu, to grzech. Dobrze, że go sobie dzisiaj uświadomiłem. Lepiej późno niż wcale. Dotarło to dopiero do mnie na dzisiejszych roratach. Od Bożego kapłana usłyszałem kilka słów prawdy o sobie. Naukę roratnią poświęcił odwadze w głoszeniu wiary. Tak , tak to było specjalnie dla mnie przygotowane kazanie. Aż mnie ciarki po plecach przeszły, jak usłyszałem o sobie Słowo Boże. Ja jestem całą Prawdą i dzisiaj, w pierwszą sobotę grudnia zwiastuję ci chłopie Dobrą Nowinę: Oto Polska w 1050 , rocznicę swego Chrztu uroczyście uznała królowanie Jezusa Chrystusa i ty nie możesz się migać ze złożonych Bogu przyrzeczeń. 
Chwała niech będzie Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu, jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.

Ps.  Po roratach, czując się zaproszony przez Ks. Proboszcza poszedłem na plebanię na wspólnotowe śniadanie, a potem do kaplicy całodziennej adoracji, by śpiewem błagać Boga o miłosierdzie dla nas i całego świata. Zamiast do konfesjonału zmyć grzech nie dotrzymania Bogu przyrzeczeń, pojechałem po roku na myjnię umyć samochód. Do domu wróciłem bez części dokumentów, które przed chwilą przywiózł mi uczynny nie znany mi człowiek. Dlaczego jedną część dokumentów i kasę miałem w kieszeni, a z tej samej kieszeni wypadła mi przy myjni druga część dokumentów, tego nie potrafię sobie w żaden sposób wytłumaczyć. Dokumenty wyjmowałem i chowałem do kieszeni wewnątrz budynku stacji benzynowej Czyżby kolejny znak dany od Pana?

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

😅