piątek, 9 grudnia 2016

Prawdziwych Przyjaciół poznaje się w biedzie.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie", tym przysłowiem zakończył kapłan homilię na dzisiejszych piątkowych rannych roratach. 
      O co temu księdzu chodziło, że powiedział to przysłowie? Nie miało żadnego związku z jego całą wcześniejszą wypowiedzią. Trudno też znaleźć jakikolwiek związek tego przysłowia z dzisiejszymi czytaniami mszalnymi.

A jednak padło i trafiło do mnie w taki sposób, że wyjąłem z kieszeni kartkę z rysunkiem Weroniki z Sokolnik Wielkich, by je zapisać, jako temat dzisiejszego wpisu, po czym już spokojny złożyłem tą sprawę kapłanowi na ołtarzu.

Po przedwczorajszych i wczorajszych  czwartkowych  przeżyciach należało mi pokornie i z miłością powiedzieć: Jezu ty się tym zajmij.
     Moje dalsze dzisiejsze modlitwy obracały się wokół prawdy o tym, że prawdziwej miłości uczymy się  i doznajemy od Jezusa i Maryi i że Oni są moimi najlepszymi niezawodnymi Przyjacielami. 

     Wracając  z wczorajszych czwartkowych rannych rorat w parafii w skrzynce na listy znajduję listowne wezwanie do zapłaty z wypełnionym przelewem na kwotę 295 zł płatną do dzisiaj na konto Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczych i Firm 00-835 W-wa ul Miedziana 11/12 żądającą uregulowania fakultatywnej opłaty rejestracyjnej. Termin podpadająco krótki, 2 dniowy. 
Niedokonanie terminowej płatności spowoduje zmiany opisane w regulaminie CEDGiF, to znaczy brak wpisu do CEDGiF. 
        Dlaczego brak, a nie skreślenie z wpisu myślę sobie. Póki co odłożyłem tę sprawę do dzisiaj, kiedy to będąc w banku, popłacę przed 10 tym wymagane należności.

         W czwartkowe wczorajsze południe odbieram telefon od Przyjaciela. Informuje mnie, że przyjedzie z cennym bagażem pociągiem na dworzec P-ń Główny nie o 16:00 jak byliśmy wcześniej umówieni a o 16:30. Ofiarowałem się, że odwiozę go z dworca do domu.

        Trzy godziny później telefon od pana Ryszarda z Warszawy. Prosi o pożyczkę. Nie pierwszy i pewno nie ostatni
Pyta mnie czy go pamiętam
Tak 12 maj tego roku. Kościół Św. Krzyża w Warszawie - mówię do słuchawki, a dalej dla czytelników bloga cytuję swój wpis sprzed pół roku:
Krakowskim Przedmieściem idzie marsz "Z Królową do Sejmu". Opuszczam marsz. W czasie 25 min. indywidualnej Adoracji Najświętszego Sakramentu w kaplicy MB na moje pytanie:  Po coś mi Jezu kazał jechać 300 km z dzwonem "Pojednanie" do W-wy na marsz, kiedy miałem nim nie dzwonić, zamiast odpowiedzi słyszę pytanie:
A jak bym ci nie kazał jechać z dzwonem, to byś bez dzwonu pojechał
Sercem odpowiadam przecząco.
I co żałujesz, że pojechałeś
Nie, nie żałuję.
Dzisiaj, po pół roku od tej rozmowy a Kościele Św. Krzyża, tak jak wtedy, tak i dzisiaj mogę powtórzyć, że te 25 min adoracji było dla mnie najważniejsze w całym "Marszu z Królową do Sejmu".



Po adoracji podchodzę pod Ołtarz Ojczyzny przysłonięty niechlujnie rozwieszoną reprodukcją obrazu Jana Matejki "Chrzest Polski". Obraz złożony z trzech części materiału przesunął się tak, że napis: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego stał się nieomal nieczytelny z powodu braku niektórych w nim liter.
       "To ujma dla Boga". Jak można dopuścić do czegoś takiego?  
        Siostro, zrobiłem zdjęcia i próbowałem zwrócić uwagę  miejscowej siostrze zakonnej, która mnie zbyła.
        "To rani uczucia wierzących". - mówi mi siostra modląca się w kościele. 
        To ja zapiszę to co siostra powiedziała. Czy ma siostra coś do pisania pytam? 
       Odpowiada, że nie ma długopisu. 
       I w tym momencie staje nad nami siedzącymi w ławce pan Ryszard i podaje mi długopis. 
       Skąd się wziął? 
       Nie wiem. 
Minęły dwa tygodnie, a ja nie mogę znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Wyrósł jak spod ziemi, z długopisem w dłoni. Po ludzku spekulując nasunęła mi się tylko jedna odpowiedź: śledził mnie i widząc jak siostra szuka czegoś do pisania podszedł do mnie, aby ze mną zawrzeć znajomość. 
        Do broszurki "Królowa idzie do Sejmu" wydanej przez Ks. Piotra Marię Natanka wpisałem słowa siostry zakonnej, a poniżej na moją prośbę wpisał się pan Ryszard pisząc o sobie: filozof, emeryt, przymierający głodem.
Porozmawialiśmy sobie pół godziny. 
Niech nie wie lewica co czyni prawica.
A konkretnie
O wierze i życiu.
Rozstaliśmy się jak kumple.
Dałem mu wizytówkę i resztę śniadania.
Czy się odezwie jak obiecał?
Zobaczymy.
Przez dwa tygodnie nie dał znaku życia

Tyle znalazłem w moim wpisie z 27. 05.2016 roku
Istota wyjazdu do Warszawy , do którego jeszcze wrócę opisując dalej historię pożyczki dla pana Ryszarda. 
       Czy pan Ryszard zadzwonił w późniejszym terminie  dziękując za wsparcie finansowe nie pamiętam, bo moja lewica zapomniała co uczyniła prawica.

       Wczorajszy czwartek: W parkomacie na ul Dworcowej wykupiłem paragon do 16:44. Do przyjazdu pociągu miałem ponad pół godziny czasu. Na przejechanie z Baranowa na poznański dworzec starczyło mi 26 minut. Punkt 16:00 stanąłem w 8 -10 osobowej kolejce na Poczcie nr 2 przy Dworcu Głównym od strony ul. Zachodniej. O 16:15 obsługująca mnie pani potwierdziła stemplem dziennym i swoim podpisem przyjęcie ode mnie pożyczki dla pana Ryszarda. Przez dłuższą chwilę wahałem się w jaki sposób wysłać panu Ryszardowi pieniądze. Sam zasugerował mi tzw. "Błyskawicę", która polega na tym, że po 15 minutach od wpłacenia przez klienta pieniędzy adresat może je odebrać w dowolnej placówce pocztowej na terenie kraju. Przyznam się, że nigdy wcześniej nie słyszałem o takiej formie przekazywania pieniędzy. Jak do tej pory stosowałem przekazy pocztowe. Poprosiłem więc pana Ryszarda, aby podał mi namiary na siebie. Otrzymałem wszystko co potrzeba, a więc nazwisko i dokładny adres pana Ryszarda. Obiecałem mu,  że pieniądze wyślę w piątek, tak że w poniedziałek winien je otrzymać. On poinformował mnie, że zadzwoni jeszcze wieczorem we czwartek. Nie spytałem go na co pieniądze są mu potrzebne. Uznałem, że skoro po ponad pół rocznej przerwie dzwoni, to widocznie tak jak w maju jest w tragicznej sytuacji i skoro mogę, to mu pomogę nie wchodząc w szczegóły po co i na co. Obiecał mi oddać pożyczkę do Świąt, a kwota nie była dla mnie w tym momencie wygórowana.     


      Pociąg z Przyjacielem nie miał spóźnienia. Zadowoleni ze  spotkania jedziemy do domu. Przyjaciel radosny, bo w torbie wiezie trzy galowe stroje: czerwony, zielony biały (złoty). Staram się skupić na jeździe, gdyż jest już ciemnawo, a do tego pada deszcz.  Miasto zapchane. Na Kaponierze korek, dalej w kierunku domu to samo
       Od wylotu ul. Dworcowej na ul. Św. Marcin do Rynku Jeżyckiego 1 km, odmówiliśmy tajemnice bolesne. (gdy miałem napisać słowa "odmówiliśmy tajemnice bolesne", pisanie przerywa mi telefon od pana Ryszarda, jest 16:30 równo doba od powitania  na dworcu Przyjaciela, który rozpoczynając różaniec prosił Maryję o pomoc i opiekę dla nas obojga). 
      Na skrzyżowaniu ul. Dąbrowskiego z ul. Żurawia nieomal bym  przejechał kobietę na pasach. Cokolwiek bym dalej nie napisał, gdyby doszło do wypadku, a dojść mogło, gdyby nie krzyk Przyjaciela i moja natychmiastowa nań reakcja, wszystko, cała moja obrona, nie miała by przed prokuratorem żadnego znaczenia. Czy musiało dojść do wypadku? Po ludzku tak, a to że nie doszło zawdzięczam Maryi, do której wstawiennictwo i ochronę obaj się modliliśmy. Samochód stanął wszystkimi kołami na rozmalowanych pasach przejścia dla pieszych, a ja miałem z lewej strony, za boczną szybą, sylwetkę kobiety. Odwróciłem głowę w lewo i widząc co się dzieje na jezdni natychmiast ruszyłem w kierunków Ogrodów za kolumną, która zdążyła odjechać 10 -12 m do przodu, tak by kobieta i pozostałych  trzech - czterech  pieszych mogło zejść z jezdni za tyłem mego samochodu na chodnik po mojej prawej stronie, rozładowując nad wyraz niebezpieczną sytuację. Piesi za plecami mieli ruszający w stronę Teatralki tramwaj, który ich przepuścił, gdy wcześniej weszli na przejściu na jezdnię, a gdy się zatrzymałem znajdowali się w wąskiej maksymalnie  trzy metrowej strefie torowiska tramwajowego prowadzącego w kierunku Ogrodów. 
      Przyjaciel jest wstrząśnięty tym zdarzeniem. Pyta czy nie widziałem pieszych na przejściu. Jadąc stosunkowo wolno w kolumnie widziałem tyko czerwone światła stopu jadącego przede mną samochodu. Po 200 metrach za ul Kościelną opowiadam mu historię mojego wypadku w jakim brałem udział przed około 40 laty jako rowerzysta potrącony przez samochód oznakowany jako "Nauka Jazdy", a prowadzony przez mojego ówczesnego sąsiada, instruktora nauki jazdy, u którego zdawałem egzamin na prawo jazdy. Potrącenie i moja wywrotka na szyny tramwajowe była tak bolesna i dotkliwa, że od tego czasu zaprzestałem jeździć do pracy rowerem, obawiając się o swoje zdrowie. 
     W dalszej drodze miałem czas by opowiedzieć w detalach Przyjacielowi o majowym spotkaniu z panem Ryszardem i dzisiejszej pożyczce. Wysłuchał nie przerywając całej historii do końca, a gdy po kolacji siedzieliśmy przy stole, na spokojnie podsumował moje zachowanie. 
     Tak jak w tytule napisałem: "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie". A ja znalazłem się w biedzie.  Uświadomił mi to Przyjaciel wykazując w obu przypadkach:  kobiety na pasach i udzielonej pożyczki całkowitą moją głupotę i niefrasobliwość. Słowa Jego ostrzeżenia zmusiły mnie do poważnego przeanalizowania swojego postępowania.
      Jak naprawić tą biedę w jaką się wpędziłem? Odpowiedź przyszła dzisiaj na rannych roratach, w tym jednym, jedynym zdaniu kapłana: Prawdziwych Przyjaciół poznaje się w biedzie. To ja jestem w tej biedzie, a nie pan Ryszard, to ja jako kierowca jestem w biedzie, a nie pani którą mogłem potrącić na pasach. Słuchaj Jerzy co ci Bóg mówi. Nie zawsze wprost, a najczęściej przez ludzi. 
      Gdy dzisiaj o 16:30 zadzwonił Pan Ryszard i spytał co z pożyczką powiedziałem mu, że jej nie udzielę. Życząc mi Wesołych Świąt prosił tylko bym nie łączył jego pożyczki z nakazem płatniczym, o którym wspomniałem na wstępie. Z ciekawości spytałem na co mu potrzebne te pieniądze, odpowiedział podobnie jak w maju, że na opłacenie mieszkania. Nie spytałem dlaczego nie mieszka z rodziną, tylko wynajmuje pokój gościnny w Federacji Związków Zawodowych "Metalowcy" w Warszawie przy ul Długiej 29. A może należało mi spytać ...? Ciekawe co by mi wtedy odpowiedział?  
Tak dla informacji podaję ceny minimalne pokoi za jedną dobę w pokoju 1 osob = 86 zł w 2 osob = 129 zł, w 3 osob = 194 zł, a w 4 osob = 236 zł. Proszę te ceny przemnożyć przez 30 a otrzymamy niebagatelne kwoty ponad 2,5 tys złotych miesięcznie za pokój 1 osobowy  i ponad 7 tys zł za pokój 4 osobowy. Niech nawet w takim 4 osobowym pokoju ze wspólną łazienką na korytarzu zakwateruje się czterech takich panów Ryszardów to i tak i tak każdy z nich będzie musiał miesięcznie za siebie zapłacić 1770 zł. Pan wybaczy panie Ryszardzie, ale nie chcę grzeszyć i nie mogę wspierać zła. Tak jak nie wspomogłem Pańskiego imiennika tak i nie wspomogę Pana. Okazanie "miłosierdzia" bliźniemu, byłoby w tym przypadku popieraniem zła. Pan to chyba doskonale rozumie że Miłosierdzie to troska o zbawienie bliźniego. Wobec tego ja się od pożyczania Panu pieniędzy całkowicie odcinam, podobnie jak Pan odciął się od sprawy wyłudzenia ode mnie 295 zł za wpis do Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczych i Firm, mimo, że poza kwotą 295 zł, jaką mam do zapłaty, nic więcej Panu nie powiedziałem. A to ciekawe ... ? A może tego uczą w Centrum Szkolenia Praktycznego dla Księgowych jakie się mieści pod Pańskim adresem? Wie Pan, ja do swoich klientów od razu rozesłałem wici, że te 295 zł szkoda płacić, bo to będzie zbędny wydatek za ich głupotę. O Wesołej Szkole Nauki Jazdy mieszczącej się pod Pańskim adresem nawet nie wspominam, bo zupełnie mi nie do śmiechu, po wczorajszym zdarzeniu na przejściu dla pieszych. Tak więc bez opicia tego w Mekongu, lub w Tay Ho, dwóch lokalach mieszczących się pod Pańskim adresem, jak mówią Polacy bez pół litra nie rozbierosz

Jako człowiek światowy znający języki, po studiach wyższych, super elokwentny filozof, emeryt i do tego  przymierający głodem w stolicy może pomoże mi Pan wyjaśnić tę statystykę z ostatnich dni. To  dobowe wejścia na mój blog z 6/7 grudnia z terenu Rosji 186, z Polski 168, kiedy dzisiaj z Polski jest 127 wejść, a z terenu Rosji nie ma żadnego. Co Pan na to?

1 komentarz:

Jerzy pisze...

W czasie dzisiejszego obiadu w Kazimierzu usłyszałem od Przyjaciół dobrą radę: "Z szatanem się nie dyskutuje".
Maryjo wspomóż.