czwartek, 9 marca 2017

EVITA P

Właśnie wróciłem przed czasem z Teatru Muzycznego w Poznaniu. Wytrwałem tylko do pierwszej przerwy.
      Dlaczego? 
      Bo spektakl Ewita P ranił mnie i nie wnosił niczego dobrego w mój rozwój życia duchowego.
      Ależ to miała być rozrywka!
      Tak, miałem tą świadomość decydując się godzinę przed spektaklem, że Teatr Muzyczny czyli Operetka Poznańska uraczy mnie rozrywką i choć przez jakiś czas zapomnę o bólu środkowego palca sprasowanego przez ciężki krawężnik betonowy. W tej chwili boli i jest do połowy fioletowy.
       Co mnie zatem pokusiło by w Wielkim Poście, pierwszy raz po śmierci Ewy wybrać się samemu do teatru i to do operetki? 
      Decyzja była całkowicie spontaniczna, a u jej podstawy leżała chęć by być taki jak inni, nie odbiegać od otoczenia, od środowiska. 
     Pracując przez cały dzień fizycznie na Placu Zmartwychwstania już tym samym odbiegałem od otoczenia.     
     Nikt inny na nim nie pracuje. Po rannej przy czwartku Mszy Świętej w parafii pojechałem kupić oponę do koła od taczki. Zamiast opony kupiłem całe koło za 25 zł. Wcześniej pojechałem do wulkanizatora, który chciał mi odsprzedać za 50 zł też całe koło, ale nie pasowało. 
     Do południa sprzątałem po zimie zeschnięte liście za pomnikiem. Przeleżały przez całą zimę doskonale chroniąc samosiejki niezapominajek, które nieomal całkowicie zniknęły z ogrodu. Tych liści było co niemiara, sześć czubatych dobrze ubitych taczek znalazło przeznaczenie na rabacie na zewnątrz działki przed św. Papieżem Janem Pawłem II. Z resztek obrzeży z hałdy przeznaczonej do wywózki i pozostawionych przez drogowców w granicy między działką Plac Zmartwychwstania 1, a sąsiednią działką Plac Zmartwychwstania 2 ułożyłem linię rozgraniczającą dziki trawnik przed działką brata i moją rabatą przeznaczoną na kwiaty. I przy tej robocie przytrzasnąłem sobie palec. Potem wziąłem się za zakopywanie liści na rabacie. Tuż przed 18:00  jedno, a potem drugie małżeństwo z sąsiedztwa idzie wystrojone w kierunku przystanku autobusowego. 
      A państwo gdzie tak uroczyście ubrani dopytuję? 
      Do operetki. 
      Na końcu pozdrawiając mnie pracującego przy łopacie idą pan Sołtys z Małżonką. Też bym z Wami się wybrał by oderwać się od całodziennej roboty.
      A są jeszcze dwa wolne miejsca, bo ktoś zrezygnował w ostatniej chwili i nie może jechać. 
      Po chwili z biletem w dłoni jestem w dom, by w 5 min przebrać się w wyjściowe ciuchy. Podstawiony przez Gminę pełen mieszkańców autobus zdążył już jednak odjechać. Wsiadam w samochód i jadę swoim pojazdem. 
     Pod operetką spotykam autobus z którego wysypują się mieszkańcy Baranowa. Po wejściu do Teatru spoglądam po raz pierwszy na bilet: spektakl EVITA, parter rząd 7, miejsce 8, cena ulgowa 70 zł. Dobra cena, ale jaka będzie sztuka? zastanawiam się pijąc filiżankę herbaty w teatralnej kawiarence. To pierwsze moje picie od śniadania.  
     Już na wstępie dostaję obuchem Evita - Ewa P. 
Toć to moja Ewa. Tak przed ślubem na nastolatkę wołały koleżanki. I pierwsza scena pogrzebu, Modernistyczny, groteskowy, na laicko wesoło przedstawiony operetkowy pogrzeb Ewy P. Kilkanaście przebranych na czarno dziewczyn czyniących znak krzyża na czole, piersiach i ramionach prawą ręką ale odwrotnie i do tego klękających na kolana w szeregu  na scenie śpiewających radosną ale muzycznie zawierającą jakieś strzępy fraz katolickiego pogrzebu wywołuje u mnie bunt na tyle silny, że chcę już wyjść. Problem jest tylko taki,że na miejscu "5" siedzi starsza zniedołężniała na tyle starsza pani, że wchodząc na salę aby zająć swoje miejsce miałem ogromny kłopot się przecisnąć. Podobny kłopot jak ja miały osoby siedzące na miejscu "6" i "7". 
    Siedzę więc dalej i obserwuję historię życia Evity P. czyli Ewy, Evity Peron żony argentyńskiego dyktatora, Juana Perona . Ten katolicki polityk, w kraju jak Polska katolickim, w latach bezpośrednio powojennych, prowadzący na kontynencie Południowo Amerykańskim niezależną politykę w stosunku do USA i ZSRR odegrał wielką rolę. Niektóre sceny budziły we mnie wielki niesmak np: śpiewający i sikający do pisuarów 4 oficerowie. Symboliczny groteskowo pokazany ślub - kapłan przewiązujący stułą ręce dyktatora i jego kochanki odebrałem jako satyrę z sakramentu małżeństwa. Podobne uczucia miałem oglądając rozgrywające się sceny na tle "ołtarza" zrobionego z pionowo zwisającej flagi argentyńskiej, w którym  żółte Słońce Majowe, dla mnie widza  siedzącego na sali, odebrane było jako profanacja złotej monstrancji.
Już to wszystko stanowiło wystarczający powód by w czasie przerwy poprosić szatniarza (prawdopodobnie aktora) o skafander i po krótkiej rozmowie z niedawnymi solenizantami (na sobotę proszony jestem na imieniny) opuścić przed czasem Teatr Muzyczny w Poznaniu.

Brak komentarzy: