sobota, 15 kwietnia 2017

Wielki Piątek

Dwie minuty trwało zanim załączył się komputer. Jest Wielka Sobota 15 kwiecień 2017 rok, godz. 5:41 rano. Obudziłem się po krótkiej nocy z wyraźnym przesłaniem by opisać wczorajszą Wielkopiątkową adorację Jezusa Chrystusa. Było ich wiele, wszystkie zupełnie nie planowane, jeśli chodzi o miejsce i czas, nie licząc tej, która zwykle umyka z pamięci. Tej najdłuższej, całodziennej, w domu spędzonej przy zwykłych życiowych czynnościach. 
          Spoglądam na zdjęcia z wczorajszego dnia. Niech one mnie prowadzą po wczorajszym dniu.  Jest na nich nadruk z datą i godziną zrobienia zdjęcia. Wybaczcie, mam jeszcze czas zimowy, a więc słoneczny, kiedy to padający cień od patyka wbitego w ziemię jest najkrótszy. Jak wiecie jedyny zegar jaki mam chodzący w domu po śmierci Ewy to ten w komputerze.
        Wielkopiątkową adorację zacząłem na Placu Zmartwychwstania od leżenia krzyżem. Był wczesny ranek, spokój ale nie cisza. Tylko śpiew ptaków towarzyszył mi w czasie modlitwy. Przepraszałem Boga za grzechy niedowiarstwa. "Nie wierzę, że to Arcybiskup przeczytał". Publicznie wobec ludzi w kościele powiedziane musiało być publicznie na Placu Zmartwychwstania odszczekane. I nie ważne przez kogo. Ja jestem człowiek grzeszny, a za moje pomówienia, przeinaczenia, nadinterpretacje być może ktoś inny szczerze Boga przeprasza.
         Potem wziąłem się do pracy. Wieki Piątek post ścisły. Dla mnie nieomal taki sam jak inne piątki, czy środy o suchym chlebie i wodzie.
        A wczoraj? 
        Wczoraj starałem się ograniczyć chleb i wodę. Nie jestem jak niektóre święte, które przez lata żywiły się tylko Eucharystią. 

        Zabrałem się za wyklejanie tablicy wotywnej. Biała kartka formatu A4 a na niej tylko pod światło zauważalne nacięcia, cienkie jak nitki jedwabnika. W każdej z moich rąk szpilka, a na nosie dwuogniskowe okulary Ewy doskonale nadające się do tej zegarmistrzowskiej roboty oddzielenia liter od tła, w taki sposób, by w ostatecznym efekcie  uzyskać dwa obrazy: jeden  (jak wyżej) z samych białych samoprzylepnych liter do naklejenia na pomniku

i drugi obraz (jak obok) z naklejonego białego tła na kolorową folię samoprzylepną. Ta benedyktyńska praca, w czasie której jak mi powiedział ks. Arcybiskup Stanisław Gądecki błogosławiąc to dzieło  "w kółko Macieju to samo" powtarzałem sobie nie tylko treść napisu, ale z dziękczynieniem do Jezusa czy to słuchałem Radia Maryja,  czy sam rozważałem Jego mękę. Po dwóch godzinach miałem oddzielone ziarno (pojedyncze literki) od plewy (od tła). 

      Ścierpłem przy tej pracy, była więc okazja rozprostować kości. Poszedłem z aparatem na Plac Zmartwychwstania by już za dnia pokłonić się Panu. Tak przy okazji zrobiłem zdjęcie "fuchy". Na nic zdały się moje przestrogi by zwłaszcza tu przed Jezusem dołożyć wyjątkowej staranności. 
Zamiast wykonać z betonu kilkunasto centymetrową ławę pod krawężnik i pod ściek,  lawy pod ściek nie wykonano, a niektóre kostki betonowe (które miały mieć grub. 8 cm jak na wjazdach nie tylko że ograniczono ich grub. do 6 cm to jeszcze te cieńsze przekrojono na dwa plastry 3 cm i takie ułożono w ścieku. Dobrze, że tą lipę wychwyciła kolejna brygada regulująca wys. włazów i rozebrała tą lipę.

Po modlitwie spod pomnika wróciłem z gotowym konkretnym planem.  Mam jak najszybciej nad tabliczką wotywną Ewy umieścić podpisaną 01. 03. 2015 roku sekwencję tyle, że z moim osobistym dziękczynieniem za łaskę wiary,  jaką to treść poprzedniego dnia pobłogosławił mi w bazylice  archikatedralnej mój Arcypasterz. 
Na poprzedni hołdowniczy tekst z  Jezusem Chrystusem Królem Polski sygnowanym przez Polaków z kraju i z zagranicy z ks. prob. Andrzejem Strugarkiem mimo że podpisanym przez Arcypasterza przed dwoma laty nie miałem zgody ze strony ks. Proboszcza.

       Tym razem było inaczej. Tabliczka jest moim prywatnym dziękczynieniem za łaskę katolickiej wiary i wyraża jasno moje stanowisko, które uzyskało błogosławieństwo Arcypasterza. 
     To że parafianie nie dojrzeli jeszcze do tego by Jezusa Chrystusa nazwać Królem Polski ma tyko takie znaczenie, że mam się o co dla ks. Proboszcza i parafian modlić. 

       Wyklejam zatem szybko napis na pomniku i idę na jutrznię do kościoła parafialnego.

      O 9:02 robię tylko dwa zdjęcia prawego i lewego chóru. Gdy się im przyjrzałem, a konkretnie tekstowi na ekranie znalazłem na nim słowa:
doskonale uzupełniające moją tablicę wotywną, a konkretnie mówiące za jaką wiarę składam Bogu dziękczynienie.

Po powrocie z jutrzni zająłem się sprawami firmy. Wykończenie kwartalne zajęło mi gdzieś 2 godziny. Nie był to czas stracony tylko na pracę. Radio Maryja cały czas utrzymywało mnie w klimacie rozważań o męce Jezusa Chrystusa, tak, że najpierw praca zarobkowa, a potem kolejne oddzielanie ziarna od plew stało się dodatkiem do rozważań.  

Początkowo planowałem zakończyć wyklejanie białych "plew" (normalnie są to odpady) na żółtej folii samoprzylepnej do czasu  koronki do 15:00. Niestety nie wyrobiłem się z czasem i gdy przyszedłem do kościoła po Drodze Krzyżowej dla dzieci, po dzieciach nie było już ani śladu, a kościół zastałem zamknięty. Sprawa była jasna jak spojrzałem na zdjęcie obok. Jezus Chrystus zszedł do odchłani.

Otwarte na oścież tabernakulum zakryła  pozioma belka, a ciemna ciemnica w narożu sprawia z daleka wrażenie głośnika. 
Nie. Jezus Chrystus teraz do mnie z odchłani nie przemówi. Opuściłem po krótkiej, może 10 minutowej modlitwie parafialną świątynię szukając Jego grobu. 

Gdy wszedłem do świątyni, u św. Antoniego w kościele było kilka osób. Za kratą obraz głowy Ukrzyżowanego Pana. Panie mój i Królu ja się Ciebie nie zaprę. Nie pisz "nigdy nie zaprę", bo jak wiesz Jerzy nawet Św. Piotr się trzykrotnie zaparł. 

Człowiek się przez te lata nic nie zmienił. Jak był grzeszny, tak nadal każdy nowo narodzony już rodzi się w grzechu. i trzeba go jaknajszybciej ochrzcić. Dziękuj każdego dnia za łaskę wiary i proś o dar wytrwania do końca dni swoich w tym postanowieniu. 

      Gdy zastałem sam  w kościele próbowałem śpiewać : "miej miłosierdzie Boże dla nas i całego świata". Nic z tego. Głos uwiązł mi w gardle, a do tego co ktoś wszedł to po chwili wychodził i tak nie chcąc zostawić grobu samego po odmówieniu całej koronki wyszedłem zostawiając ciemnicę i grób z duszami czyśćcowymi. 

Do dusz czyśćcowych pojechałem na cmentarz. Nigdy mnie nie nawiedzają, i dobrze. Staram się im nie tylko zapalić fizycznie znicz ale i się za nie każdego dnia za przyczyną Maryi modlę mówiąc "Pod Twoją obronę". 
Tym razem pojechałem na przyszłe miejsce wiecznego spoczynku swego ciała.  Jak Pan Bóg przykazał: z lewej strony Ewy,  jak w małżeńskim łożu. 
      Póki co w miejscu gdzie potomni wpiszą moje imię i daty urodzin i zgonu zostawiłem swoje przesłanie testamentowe, wzór, deklarację, manifest. Nie potrafię dobrać właściwych słów, najlepiej chyba pasuje świadectwo wiary z nienapisanym i nie wyrażonym głośno życzeniem, aby i Wam Kochani moi potomni była dana podobna łaska od Boga, byście i wy mogli dziękować Trójjedynemu Bogu za otrzymaną łaskę wiary.   

Wyjeżdżając na wieczorną liturgię miałem dylemat jechać do parafii czy do Sokolnik Wielkich? Co mnie tak ciągnęło do tych Sokolnik spytacie? Krótko odpowiem. Ciekawość. Gdyby to była ciekawość Boga nie byłoby sprawy, ale ja byłem ciekawy czy Sokolniccy parafianie uznają Jezusa Chrystusa za swego Króla i Pana i czy padają przed nim na kolana, czy też wzorem sióstr twardo stoją, a co gorsze niektórzy wyciągają ręce po Eucharystycznego Jezusa Chrystusa? 

Ciekawiło mnie także czy na początku liturgii Wielkiego Piątku prowadzący jak Jezus wielkopiątkowe obrzędy kapłan padnie krzyżem na posadzkę tak jak to zrobił mój ks. Proboszcz.  Ostatecznie poskromiłem  grzeszną ciekawość i posłuchałem głosu Sokolnickiego celebransa ks. bpa  Zdzisława Fortuniaka: liturgię należy przeżyć w swojej parafii, a sprawę Sokolnik zostawmy na inny czas. 

       Gdy rodził mi się w głowie pomysł wyjazdu do Sokolnik była Wielka Środa i nie miałem jeszcze w planie wyjazdu na ranną Wielkoczwartkową Mszę Świętą Krzyżma do Archikatedry Poznańskiej. W Wielką Środę  nie miałem odlanej gotowej tablicy wotywnej, nie było więc z czym iść do Księdza Metropolity Poznańskiego. Sokolniki to był mój ludzki plan. Boże plany są inne. Bóg dobrze wie jak takie sprawy prowadzić i potrafi je zawsze we właściwym czasie kończyć. 

"Oto drzewo krzyża na którym zawisło zbawienie świata".  Po trzykroć  śpiewał Ks. Proboszcz by uświadomić wiernym z Kim mają do czynienia. Wierni nie za bardzo kwapili się z odpowiedzią. Była krótka, ale wyjątkowo dla mnie tego roku zobowiązująca: " Idźmy z pokłonem". 

Co to oznacza? 
Tylko jedno. Podejść do Ukrzyżowanego a po śmierci Zmartwychwstałego Eucharystycznego Jezusa Chrystusa i oddać mu jako Królowi królewski pokłon. Nie inaczej.  Przed Królem bije się pokłony także Tym na krzyżu. 

       Byli wczoraj  tacy co te słowa zrozumieli tak jak ja. Nie byłem sam i to cieszyło wyraźnie ks. kan. Zbigniewa Tokłowicza udzielającego Komunii Świętej przy balaskach zastawionych na stopniach kwiatami. Gdzie grób, a gdzie kwiaty ja się pytam?  Nie przed dekoracją z kwiatów chcę klękać, a przed Ukrzyżowanym Bogiem.  
         Nie podszedłem jak inni do adoracji Krzyża by ucałować na stojąco jego stopy. Naszymi Wielkopiątkowymi modlitwami miał zostać wywyższony, ale czy został? Wywyższony na co? na Kogo? Na Króla Żydowskiego, tak kazał napisać namiestnik Piłat. Na Króla rozumiecie, na Króla. To nie była kpina. W imieniu cesarza mianował go królem żydowskim. W obliczu śmierci, a tym bardziej śmierci krzyżowej nie kpi się nie tylko z Boga ale i z człowieka, by go do końca upodlić. Zakpiono z narodu, który był narodem wybranym. I z naszego Polskiego narodu Bóg zakpi, jak go nie uznamy Królem Polski. 
      To nie są śmieszne sprawy, gdy dodatkowo z ambonki na koniec liturgii Wielkiego Piątku słyszę herezję. Tak:  TO  HEREZJA  należało mi krzyknąć głośno na całą świątynię. Cytuję być może nie dokładnie, ale z usłyszanym sensem: Jezus umarł tylko raz i już więcej nie umiera. 
       Bzdura, bzdura po wielokroć bzdura! 
       Umiera i to w czasie każdej Mszy Świętej która jest Ofiarą. Jeśli kapłan tego nie rozumie i zawęża Ofiarę tylko do pamiątki przyjęcia, to, to już nie jest katolicka wiara. Jeśli tego nikt nie prostuje, a z ambony tego nie wyjaśnia, to brak mu całkowicie ducha Łagiewnik. 

      Gdy nadszedł czas Apelu Jasnogórskiego zamiast włączyć TV Trwam musiałem się położyć do łóżka. Ogarnęło mnie tak wielkie znużenie, że nie mogłem dłużej wysiedzieć. Zasnąłem nieomal natychmiast. Gdy się obudziłem wiedziałem że to noc. I wtedy nim na komputerze wyświetliła się godzina powziąłem postanowienie:  jeśli to już Wielka Sobota to kładę się dalej spać, ale jeśli to jeszcze Wielki Piątek to idę od razu na Adorację. 

      Ubrałem się odświętnie i założyłem nowe buty. Po raz pierwszy je włożyłem i poszedłem pieszo do kościoła. Nowe buty. Ach, od razu   poczułem się nowym człowiekiem, jak kobieta która sobie nowy ciuch sprawi. Nowe buty z niedziurawą podeszwą i suchą skarpetką. 

     Teraz mogłem spokojne uklęknąć i zrobić zdjęcie figurki Jezusa leżącego w grobie. To było ostatnie zdjęcie jaki wykonałem tego dnia. Ostatnie i całkowicie nieudane. Jedyne tak nieudane tego dnia na którym można tylko odczytać godzinę początku mojej adoracji. Bóg wiedział co uczynił, ja się o tym przekonałem dopiero dzisiejszego ranka. Pozwolił mi tylko zapisać czas, który miał należeć się tylko Jemu. Od tego momentu przestał dla mnie istnieć nie tylko aparat fotograficzny, ale i wzrok okazał się nie potrzebny. Klęczałem na posadzce otoczony pustymi krzesłami i nic poza Nim nie było dla mnie ważne. W tym Swoim cierpieniu stał się dla mnie bliski. Nie interesowało mnie zupełnie co się wokół mnie dzieje. Wiedziałem po co tu przyszedłem i żal by mi było każdej utraconej chwili. Tylko tu, a nie w Sokolnikach było moje miejsce. Wielbienie, dziękczynienie i  prośby łączyły paciorki różańca. W pewnej chwili poczułem bolący kręgosłup. Gdyby było miejsce rozłożyłbym się krzyżem, tak jak Jezus z rozłożonymi na bok ramionami. Wokół mnie nie było miejsca, a nie miałem w tym momencie sił by się podnieść z kolan i upaść krzyżem na środku kościoła.  I wtedy uświadomiłem sobie, że chcę sobie ulżyć, że chcę pozbyć się bolącego krzyża. O Panie, to, o co cię proszę warte jest każdego ludzkiego krzyża. Nie ma nic za darmo. Ktoś to musi wziąć na siebie. I wziąłem. I ulżyło. Krzyż przestał boleć, a ja mogłem się tym żarliwiej modlić do czasu aż zgasły dwie palące się świeczki przy tabernakulum. Był to znak, że rozpoczęła się Wielka Sobota, kolejny dzień adoracji Żywego Eucharystycznego Chrystusa Króla nie tylko Polaków ale i Polski. Ale do tego trzeba dojrzeć by w Ukrzyżowanym widzieć Króla i podchodzić do Niego tylko z pokłonem niezależnie czy są balaski czy ich nie ma, czy jest podkładka pod kolana, czy goły kamień. Podchodzić z takim pokłonem na jaki jeszcze pozwala zdrowie, ale zawsze z pokłonem i nie żyć w zakłamaniu klękając tylko przed dużą Hostią w monstrancji, a stojąc przed małym okrągłym opłatkiem. Przed opłatkiem możesz stać, ale przed Bogiem pokłoń się jak przed Królem. Jako człowiek zasłużył sobie poprzez swoją śmierć krzyżową na ten tytuł. A ty masz wątpliwości czy przed Bogiem masz klęknąć? Nie gorsz innych i nie utwierdzaj innych w swoim faryzeiźmie. Nie bój się  On da odpowiednie siły ludowi swojemu.  

   

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Panie Jerzy życzymy aby każde cierpienie każdy "Wielki Piątek' kończył się radością Zmartwychwstania. Niech Zmartwychwstały Jezus błogosławi we wszystkich pańskich wyborach i trudnościach oraz aby pomagał kochać i tym samym pomnażał radość.

Anonimowy pisze...

Jurku sprawdź konewkę bo podobno masz tam nektar bogów, a po drugie dlaczego pokłóciłeś się z mydłem tabalugo