piątek, 26 maja 2017

śp. Bogumiła Dmochowska i pies

Jest piątek 26 maj, Dzień Matki, godz. 4:20 Właśnie wróciłem z nieomal godzinnej modlitwy spod Pomnika Bożego Miłosierdzia. Gdy się w nocy obudziłem  zaczynało świtać, ubrałem się na roboczo i rozpocząłem nietypowo od różańca za duszę śp Bogu miłęj osoby. Była gdzieś 3:30 i ludzka cywilizacyjna cisza. Od dwupasmowej teraz już drogi nr 92, dawnej trasy A 2 nie dochodziły żadne piski opon, a lokalne Baranowo spało, tylko świergot ptaków był wszechobecny. W tej scenerii wybrałem pozycję leżenia krzyżem w miejscu gdzie dostąpiłem 1 marca 2015 roku łaski uzdrowienia kolana. Gdzieś w połowie biczowania Jezusa gdy w oczach stanęły mi łzy stała się rzecz nie do przewidzenia. Do mego ciała doskoczył duży wilczur obskakując mnie i próbując się dostać ze swym psim oddechem i wyciągniętym jęzorem do mojej twarzy, którą ukryłem w ramionach. Po chwili usłyszałem głos ludzki "zostaw",  "choć tutaj" Nade mną  stał człowiek próbujący odciągnąć zwierzę od mojej wstającej na nogi postaci. Pies nie miał ani kagańca, ani obroży, a właściciel stosownej smyczy. Gdy wstałem powiedziałem do obskakującej mnie psiny  "Zostaw mnie w spokoju piesku" i zostawił pobiegł za właścicielem w kierunku jeziora, a ja niezrażony przybrałem z powrotem pozycję leżącą kontynuując modlitwę. Na twarzy czułem liźnięcie psiego języka, a wyobraźnia podsunęła mi obraz psa Bogumiły, dziękującego mi za modlitwę za jego Panią, która na zawsze od niego odeszła. Wstając prawdopodobnie sam rozerwałem różaniec na dwie części, ale zupełnie tym nie zrażony wgłębiłem się w tajemnicę koronowania. Gdy pomyślałem o Królu w cierniowej koronie nad moją głową i leżącym ciałem znowu się zakotłowało. Zwierzę skakało nade mną na siłę wciskając pysk między moje dłonie zakrywające twarz starając się ją osuszyć z lejących się lez. Tym razem nie miałem się siły już podnieść. Nie czułem żadnego strachu, mimo, że łapy psiny rwały mój różaniec. Na moment jego ciepłe ciało położyło się nawet na moich plecach dociskając mnie do zimnych cegieł. W duchu wiedziałem, że mi krzywdy nie zrobi. Nim doszedł do mnie właściciel psa zdążyłem się podnieść na kolana, a on odciągnął zwierzę i oddalił się z nim bez słowa przeprosin w kierunku Poznania. 
Wziąłem więc ten krzyż porwanego na części różańca na siebie i spokojnie położyłem się na cegłach by go dokończyć licząc na koniec pieskich odwiedzin. Ale nie, po kilku Zdrowaś Maryjo psina po raz trzeci zajęła się moim umęczonym ciałem. Sytuacja z zachowaniem psa nieomal się powtórzyła z tym tylko, że jego pan pojawił się po dłuższej chwili. Prawdopodobnie zwierze uciekło mu spod furtki domu i miał dłuższą drogę do przebycia by dojść do mnie leżącego cały czas na ziemi. Odwołał w końcu psa, nie mówiąc do mnie słowa, a ja nie miałem zupełnie ochoty w takiej scenerii, gdy Jezus umiera na krzyżu z nim rozmawiać. Co mu miałem mówić, że właśnie Zbawiciel świata umiera na krzyżu, a zwierze przybiegło po raz trzeci mi dziękować za modlitwę? I tak by prawdopodobne nie uwierzył w moje słowa. Ziemia się nie zatrzęsła, a to, że lampy uliczne oświetlające Plac Zmartwychwstania zgasły wytłumaczył by tym, że właśnie zrobiła się 4:00 rano z ludzkiego nastawienia zostały wyłączone. Kończę więc tym razem już całkowicie pewien, że nie spotka mnie już żadna niespodzianka ostatnią dziesiątkę różańca i potem już tylko na klęcząco Koronkę do Bożego Miłosierdzia i wracam do domu by spisać to coście Szanowni Państwo przed chwilą przeczytali. Na zdjęciu porwany różaniec. 


Czemu kuzyn nie jedzie na pogrzeb?
        Gdyby Dąbrowa Wielka była w takiej odległości od Poznania jak Sokolniki Wielkie z pewnością bym pojechał jutro z "Pojednaniem", ale to są dla mnie min. 3 dni drogi. To przekracza moje fizyczne możliwości. Widocznie mam dzwonić do bramy św. Piotra z Placu Zmartwychwstania, jutro 27 maja o 14:00 kiedy to w Dąbrowie Wielkiej rozpocznie się pogrzeb śp. Bogumiły Dmochowskiej.

Brak komentarzy: