wtorek, 20 czerwca 2017

Starzec

Narzekałem ostatnio na parafian, że tak trudno im indywidualnie okazać zewnętrzne oznaki wiary na Placu Zmartwychwstania, że tak wszystko co Boże chowają w sercach swoich. 

"Idźcie i głoście", to wezwane do ewangelizacji, to hasło tegorocznego programu duszpasterskiego. Jak podkreśla Ks. Arcybiskup Stanisław Gądecki „każdy ochrzczony jest powołany przez Boga do zaangażowania się na rzecz głoszenia światu Ewangelii”.

Ks Arcybiskup zachęca kapłanów do włączenia  w tę misję nie tylko dorosłych, ale również dzieci i młodzież, których entuzjazm i zaangażowanie, jak pisze, są potrzebne w Kościele. 

Swoje pasterskie błogosławieństwo kończy słowami: "Idźmy przez życie z podniesionym czołem, świadomi godności, którą otrzymaliśmy. Dzielmy się naszą wiarą z odwagą, ale i z wielką pokorą, świadomi, że skarb wiary nosimy w naczyniach glinianych." To ostatnie zdanie podkreśliłem pół roku temu w broszurce "Idźcie i głoście" opracowanej przez ks. prob. Marcina Węcławskiego, a wydanej przez Kurię Metropolitalną w Poznaniu. Niech przykład św. Brata Alberta, którego wspomnienie w ostatnią sobotę obchodziliśmy, a któremu poświęcony jest ten rok, "stanie się okazją do uwiarygodnienia czynami miłosierdzia tego, co będziemy głosić." napisał Ks. Arcybiskup. 

O jakich czynach czynach miłosierdzia myślał mój Metropolita, nie wiem? Uważam, że największym czynem miłosierdzia dla bliźniego, jaki możemy mu okazać, jest troska o zbawienie jego duszy.  

W czasie rannej modlitwy znowu miałem zbliżenie z wilczurem. Tym razem właściciel miał go uwiązanego na smyczy. Gdy tylko psina mnie dostrzegła, smycz się nagle wydłużyła, a piesek koniecznie chciał się ze mną przywitać. Po skończeniu ze spokojem rannych pacierzy poszedłem w stronę  jeziora, by podziękować właścicielowi za smycz. Piesek biegał luzem i koniecznie chciał się ze mną bawić.

W piątek, zaraz po Bożym Ciele zlikwidowałem napis KRÓLOWI  POLSKI na Placu Zmartwychwstania wykonany z żywych bratków na trawniku przed domem i skosiłem trawnik. Z tym koszeniem trawy po stronie POLSKI mam kłopoty, bo Polska zarosła samosiejkami nagietek które aktualnie zaczęły kwitnąć i żal mi je likwidować przed wydaniem nasion. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko nożyczkami ścinać trawnik, by nie uszkodzić dorodnych samosiejek. Tą żmudną pracę dokończyłem w sobotni ranek i gdy chciałem przystąpić do sadzenia kwiatów na pogodne o świcie niebo nadciągnęły zza domu ciemne chmury i zaczął padać deszcz. Zamiast sadzić kwiatki wsiadłem  w samochód i pojechałem na pierwszą Mszę Świętą, na 6:00 do Poznania. Po krótkim dziękczynieniu przed wystawionym Najświętszym Sakramentem  w domu byłem przed 7:00. Szybkie śniadanie po wczorajszym poście o suchym chlebie i wodzie i biorę się za sadzenie. Nadal siąpi, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Niech pada, będzie wszystko lepiej rosło, byle wiara w nas rosła.

Pana arch. Zbigniewa Dłużniewskiego znają wszyscy w Baranowie. Jest znanym w całym świecie jako kombatant Bitwy o Monte Cassino. Pan Zbigniew po powrocie do kraju został architektem, a jego ostatnią w życiu robotą, do jakiej udało mi się go namówić, był projekt Pomnika Bożego Miłosierdzia jaki stanął po śmierci Papieża Jana Pawła II w stanie surowym dwanaście lat temu na skwerze przed moim domem, obecnym Placem Zmartwychwstania. Każdego roboczego dnia rano pan Zbigniew ze swoimi pieskami, idzie do sklepu po zakupy, by po dłuższej chwili tą samą drogą wrócić do domu. Ta droga prowadzi przez środek Placu Zmartwychwstania. Zarówno idąc do sklepu, jak i z niego wracając za każdym razem oddaje cześć, salut, hołd, Panu Jezusowi zdejmując, czy to zimą, czy to latem swoją czapeczkę z rydelkiem (w gwarze poznańskiej rydelek to daszek przy czapce). Wiadomo stara żołnierska szkoła. Władzy, każdej władzy, bo i cywilna pochodzi od Boga, należy się szacunek i oddanie czci, czy to poprzez salutowanie do hełmu, do rogatywki, czy też poprzez zdjęcie czapki, ukłon, przeżegnanie się przed świętą figurą, krzyżem przydrożnym, czy pomnikiem Bożego Miłosierdzia. W tym ostatnim przypadku Stary Wiarus nie oddaje czci swojemu ludzkiemu dziełu. O nie, ale samemu Bogu.         

Wie Pan jak się te kwiatki, którymi napis KRÓL  POLSKI wysadzam nazywają zagaduję go w piątek po Bożym Ciele. 
Starce, tak starce ... 
Szanowny Pan starzec i ja starzec, a tu do ziemi zapuszczam korzeniami 107 kolejnych starców. 

Jak tam pieski - zgaduję?
Tak patrząc na nie, nigdy nie wiem czy Pan je prowadzi, czy też one Pana prowadzą? Obserwuję Szanownego Pana nieomal co dzień jak pan w drodze "tam", i w drodze "z powrotem", zdejmuje czapeczkę i chciałbym ciepłe słowo na blogu o panu okrasić Pańskim zdjęciem przed Pomnikiem. 

Nie jestem fotogeniczny, delikatnie się wzbrania, ale czego to się nie robi dla młodszego kolegi, tak się do mnie zwraca, co mnie nobilituje. 
Nie walczyłem jak On z nim z Niemcami w czasie II wojny światowej

Robiłem wtedy kupy w flanelowe pieluchy, na które każda polska, a więc i moja mama w Kraju Warty dostawała od niemieckich władz przydział 10 sztuk na jedno dziecko. Pieluch jednorazówek, co oczywiste wtedy nie było, papieru toaletowego też nie było.

Czytający Polacy musieli kupować niemieckie gazety i nimi załatwiać potrzeby fizjologiczne. Flanela potrzebna była na onuce dla wermachtu jak mi mama mówiła. A 10 moich pieluch prała na okrągło w misce z wodą czerpaną ze studni i zimą suszyła przy angielce w kuchni, która obsługiwała kilkanaście osób stłoczonych w niewielkim  mieszkaniu dziadków, po części wysiedlonych ze swoich mieszkań w Poznaniu i okolicy. 

Nie siedziałem też z Panem Zbigniewem w jednej ławce ani w szkole, ani na studiach. On skończył architekturę, a ja budownictwo ze specjalnością drogi i mosty, ale za to siedzimy od lat w jednej ławce w kościele i podajemy sobie ręce na znak pokoju.  

Obaj mamy sobie dużo do zawdzięczenia, jeśli chodzi o powstanie pomnika Bożego Miłosierdzia. Prawdą jest, że żaden z nas przy najlepszych chęciach nie doprowadził by sam tego dzieła do końca. Trzeba powiedzieć, że byliśmy dla siebie stworzeni by w efekcie naszej współpracy Bóg mógł doznawać uwielbienia w tym miejscu. Pan Zbigniew do którego zwróciłem się o pomoc, po usłyszeniu o co chodzi, od razu włączył się ciałem i duszą w realizację zamierzenia. Byliśmy dla siebie po prostu stworzeni.    


Brak komentarzy: